Ucieczka znad Worthersee, na nowo rozkochani w Słowenii, pełna wrażeń podróż i szybka zmiana planów w Chorwacji, czyli magiczne Bałkany 2017 cz. I

Nie będę komentować tego, że wlepiam posty cztery miesiące po wyjeździe – po prostu przejdę do pisania.

Jak każdy nasz wyjazd, ten również był długo wyczekiwany. Postanowiliśmy wrócić na Bałkany, bo kochamy tamtejszych ludzi, uwielbiamy zażerać się ich pysznym jedzonkiem i sycić oczy bajkowymi widokami; a ponadto kieszeń też nie cierpi w czasie takiego wyjazdu, czyli same plusy 🙂

Zaczęliśmy od Worthersee – malowniczego turkusowego jeziora w Austrii, tuż przy granicy ze Słowenią. Stwierdziliśmy, że skoro jest po drodze, to grzechem byłoby nie zatrzymać się nad nim na jedną noc. Szkoda tylko, że nie do-edukowaliśmy się na tyle, żeby wiedzieć, że to nie jest jeziorko otoczone czymkolwiek, gdzie można dupę posadzić i posiedzieć. Wydaliśmy zatem kupę kasy na camping, na którym zarezerwowany był każdy centymetr kwadratowy, więc o swobodzie można było zapomnieć. Wejście na pomost było płatne, a zatem olaliśmy system; co więcej, po całodziennej podróży chcieliśmy w końcu rozbić namiot i jak najszybciej iść spać. Wiadomo – ja i Zuzka nie byłybyśmy sobą, gdybyśmy jednak kawałka wody nie znalazły. Ja co prawda tylko nogi zmoczyłam, ale młoda poszła na całość:

20170715_201659-1

Na drugi dzień szybko zwinęliśmy graty i wyruszyliśmy w poszukiwaniu czegoś, co można by było szumnie nazwać plażą, ale jakże okrutnie się rozczarowaliśmy, gdy po przejechaniu nastu kilometrów okazało się, że niczego takiego nie uświadczymy. Zaparkowaliśmy zatem samochód gdzieś nieopodal parku, w którym wszyscy, dosłownie WSZYSCY mieszkańcy tej mieściny (Klagenfurt) uprawiali jakiś sport. A to biegali, a to pedałowali, a to na rolkach jeździli, z kijkami popylali – wszystkie pokolenia. Społeczeństwo idealne. My w tym parczku znaleźliśmy trochę tej turkusowej wody, więc do niej wleźliśmy – w końcu taki był cel: pomoczyć się w Worthersee. Cel poniekąd zrealizowaliśmy – pomoczyliśmy się w czymś, co wpada do Worthersee, więc nie jest źle. Jednomyślnie jednak doszliśmy do wniosku, że te austriackie klimaty są dla nas niewystarczająco swojskie (mimo, iż widoki obłędne) i stwierdziliśmy, że czym prędzej wiatrujemy się do Słowenii – naszej przepięknej perełki, w której beznadziejnie się zakochaliśmy. Wsiedliśmy więc w automobil i pognaliśmy po przygodę, co sił w kołach.

Pierwszy nocleg spędziliśmy w Dolinie Logarskiej, uznawanej za najpiękniejszą alpejską (słoweńską) dolinę. Na tamtejszym campingu, na trawce ugotowałam nasz pierwszy iście domowy polski obiad – ziemniaczki z cebulą (a jakże!) i jajka sadzone. Można się śmiać, ale jak to wtedy smakowało…Jeszcze tego samego dnia, wieczorem, wybraliśmy się pod wodospad Rinka. Droga, jak to zwykle w Słowenii, prowadziła przez las, trochę pod górę, kawałek prosto. Niby droga, jakich wiele, ale w tym kraju wszystko jest niepowtarzalne…

Kolejnego dnia mieliśmy plan pozwiedzać Lublanę, jednakże tak szybko jak do niej wjechaliśmy, tak szybko ją opuściliśmy. Dla nas Słowenia i miasta to jak herbata i sól – no po prostu się nie łączą. Znaleźliśmy więc przecudny camping, zaledwie 15 km od centrum stolicy, położony nad jeziorem, wśród drzew i zieleni i już byliśmy u siebie. Zjedliśmy obiad, odpoczęliśmy nad wodą, a na drugi dzień wyruszyliśmy do miejsca, które, jak się potem okazało, było żywcem wyjęte z baśni.

Parking, z którego wyruszaliśmy na Veliką Planinę znajdował się w lesie. Zostawiliśmy więc auto pod drzewem i dość stromym podejściem zaczęliśmy przedzierać się przez las, by po ok. 40 minutach ujrzeć to:

Tego nie da się opisać; to trzeba zobaczyć! Te pagórki skąpane w soczystej zieleni, otoczone łańcuchem alpejskich szczytów, przykryte błękitem nieba… Spędziliśmy tam pół dnia, spacerując wśród krów, podglądając życie tych, którzy tam mieszkają i wsłuchując się w tę magiczną ciszę. Nie chcieliśmy stamtąd wracać. Najchętniej zostalibyśmy w jednym z tych malutkich domków. No, ale niestety – rzeczywistość i tym razem była bezlitosna.

Nazajutrz, w drodze na południe, zatrzymaliśmy się, by pozwiedzać Jaskinie Szkocjańskie i na własne oczy zobaczyć Predjamski Grad – oba miejsca zdecydowanie warte polecenia!

Ruszając niespiesznie w kierunku Chorwacji, planowaliśmy już kolejny pobyt w Słowenii…

Droga przez Chorwację była długa i męcząca. Gorąc momentami był nie do wytrzymania. Godziny mijały, kilometrów do celu ubywało, ale my chcieliśmy już być na miejscu. Pierwotny plan był taki, że mieliśmy płynąć na wyspę Brać. Po drodze miał być camping, na którym mieliśmy się tylko przespać i z rana ruszać na prom. No właśnie – miał być… GPS kazał skręcić z głównej drogi w prawo. Wąska droga z każdym kolejnym metrem coraz stromiej spadała w dół, a momentami zwężała się tak, że z trudem się na niej mieściliśmy. To „opadanie” zdawało się nie mieć końca. Jechaliśmy na jedynce, a silnik wył jakby go kto zarzynał. Jakimś cudem zjechaliśmy na sam dół, ale to wcale nie oznaczało końca kłopotów. Wręcz przeciwnie – znaleźliśmy się tuż nad wodą, przy jakichś zabudowaniach. Po lewej stronie stały zaparkowane samochody, a my jechaliśmy przed siebie, pomału tracąc nadzieję, że znajdziemy tu jakikolwiek camping. Nie pomyliliśmy się – żadnego pola nie było. Co gorsza, wszędzie było tak wąsko, że praktycznie każda próba zawrócenia autem mogła skończyć się upadkiem do wody. W końcu Mat podjął próbę, ale wszyscy w tym momencie zamarliśmy w bezruchu… Udało się – auto całe, my żywi, wciąż na asfalcie; trzeba jak najszybciej uciekać do głównej drogi! Nawet nie wiedzieliśmy, kiedy zrobiła się 23:00… Do tej pory nie wiem, jak wyszliśmy z tego cało, ale udało się – wróciliśmy na krajówkę i pojechaliśmy przed siebie, na pierwszy lepszy camping. Szczęśliwie, dość szybko coś znaleźliśmy. Było otwarte, można było się rozbić. Zasnęliśmy w pół minuty, a drugiego dnia z samego rana wyruszyliśmy do Makarskiej na prom. Dojechaliśmy na miejsce ok. 13:00 i okazało się, że akurat trafiliśmy na kilkugodzinną przerwę, a kolejny prom odpływa bodajże o 17:00. Czekać w tym upale 4 godziny? Z dziewczynami?! Dziękuję – postoję. Szukamy campingu i najwyżej jutro z rańca wypływamy. Decyzja podjęta. Pojechaliśmy. Szybki look na mapę – byliśmy bardzo blisko miejsca, w którym zatrzymywaliśmy się rok wcześniej. Camp Sirena. Doszliśmy do wniosku, że tam uderzymy – taka mała podróż sentymentalna. 😉 Na miejscu okazało się, że zostały już tylko cztery wolne miejsca, a więc właściwie zdążyliśmy na ostatni dzwonek. Zuza była tak szczęśliwa, że od razu poleciała na plażę i stwierdziła, że nigdzie się stąd nie ruszamy. Olewamy prom i wyspę – zostajemy w Sirenie! Po dłuższej analizie doszliśmy z Matem do wniosku, że w sumie to młoda ma rację. I tak nie przewidywaliśmy na Chorwacji więcej niż trzech – czterech dni, więc szkoda kasy i zachodu. Zostaliśmy i nie żałowaliśmy. Poznaliśmy świetnych ludzi, najedliśmy się pyszności, pobyczyliśmy się na plaży i naładowaliśmy akumulatory na to, co dopiero było przed nami. A przed nami była jeszcze Czarnogóra, Macedonia, Serbia i cała masa niesamowitych przygód!

Ale o tym w kolejnych częściach.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s