4 dni, 6 szczytów do Korony, pyszne pstrągi i pogodowy kalejdoskop, czyli Ziemia Kłodzka – czerwiec 2017

Ależ to był wyjazd! Krótki, intensywny i dostarczający tylu wrażeń, że muszę wszystko czym prędzej opisać, bo aż trudno to zapamiętać. Na początku warto tylko wspomnieć, iż celem, jaki przyświecał nam przy okazji tego wyjazdu było powiększenie naszej „kolekcji” szczytów do Korony Gór Polski o kolejne cztery. Z racji tego, że trzeba było wziąć pod uwagę wędrowne możliwości Weroniki, plan był następujący: Szczeliniec Wielki, Śnieżnik, Jagodna i Wielka Sowa.

Dzień 1 – czwartek 15.06.2017 SZCZELINIEC WIELKI

Dzień naszego przyjazdu na Ziemię Kłodzką. Przeznaczyliśmy go na Szczeliniec Wielki. Trudno tu mówić o zdobywaniu jakiegokolwiek szczytu. Auto zostawiamy na parkingu w Karłowie i spacerowym tempem pokonujemy sześciokilometrową pętlę, wiodącą najpierw wokół Szczelińca Małego, przez szczyt właściwy z powrotem do samochodu. Otoczenie przepiękne – nasycone zielenią przeplataną ogromnymi głazami, a w tle świergot ptaków… Ten dzień mógłby trwać wiecznie! Wercia, zafascynowana wspinaczką po skałach, calutką trasę (nie licząc kilku schodów w dół) przeszła sama.

Krótka historia obrazkowa:

20170615_143457Im większy głaz, tym większa frajda 🙂

20170615_145217Mała pomoc mamy i śmigamy dalej

20170615_150231Siostrzyczki na szlaku

20170615_151749Wspaniała panorama z tarasu widokowego przy schronisku

20170615_151920Tenże taras, którego zdjęcie/podobizna gości na wieeeeelu pamiątkach

20170615_152822 A kuku 😉

20170615_154848Jedziemy sobie na Wielbłądzie

20170615_160750Małpolud

20170615_172629Lody, czyli punkt obowiązkowy każdego wypadu (nawet na Antarktydzie znalazłyby budkę 😀 )

20170615_203640„Raj Pstrąga” w Stroniu Śląskim – czyli jedne z najlepszych pstrągów, jakie do tej pory jedliśmy. Regionalny specjał, zdecydowanie wart polecenia!

Wieczorem przyjeżdżamy na kwaterę – szybkie mycie i do spanka, bo nazajutrz Śnieżnik! 😀

Dzień 2 – piątek 16.06.2017 ŚNIEŻNIK

Szczyt długo przez nas wyczekiwany. Od dawna byliśmy ciekawi szlaku i widoków z góry. Oczywiście dodatkowo pociągała nas ta wybitność…trzeci po Śnieżce i Babiej Górze. Wczesnym rankiem, bez zbędnego ociągania, zjedliśmy śniadanko, wypiliśmy kawę, spakowaliśmy plecak i pojechaliśmy do Kletna. 15 zł za parking z deczka nas zaskoczyło, ale broń Boże nie zniechęciło ;). Po zaledwie kilku krokach zobaczyliśmy takie cudeńka:

Może i szkodniki, może i oślizgłe, może u niektórych budzą odrazę, ale te muszle! No bajka!

Dalej mijamy miniaturkową wręcz kapliczkę św. Bernarda i zmierzamy w kierunku Jaskini Niedźwiedziej. Szkoda, że wcześniej nie wiedzieliśmy, że tam takie obłożenie i trzeba bilety rezerwować, bo chętnie byśmy w drodze powrotnej wdepnęli 🙂 Ale, jak to mówią, co się odwlecze, to nie uciecze.

Podążamy zatem za żółtym szlakiem. Chwilkę asfaltem, po czym odbijamy w lewo w las, by po ok. pół godziny dojść do jaskini, zejść po schodach i…znaleźć się na tym samym asfalcie, z którego, jak się okazało, mogliśmy w ogóle nie zbaczać – byłoby dużo szybciej…

W tym miejscu kończy się spacer i zaczyna już szlak właściwy, jeśli mogę go tak nazwać. Z początku jest dość łagodnie, ale za to pogoda zaczyna się coraz bardziej załamywać. Rano były tylko chmury, a teraz zaczyna już kropić. Nie zrażamy się, idziemy dalej. Deszcz przybiera na sile. Wyciągamy kurtki przeciwdeszczowe i zasuwamy dalej. Po cichu liczymy, że to tylko chwilowe i, że niebawem przejdzie. Wyżej jest jeszcze ciekawiej: pojawia się mgła – idziemy w chmurze. W końcu, po dwóch godzinach z hakiem, dochodzimy do schroniska. Szybka decyzja – idziemy za ciosem. Pogoda jest zbyt niepewna, żeby teraz robić jakieś przystanki – trzeba zdobyć szczyt. Ruszamy. Po chwili zaczyna się przejaśniać, ale im wyżej, tym mocniej wieje. Trudno – w Bieszczadach nie takie warunki były i przeżyliśmy 😉 W końcu osiągamy szczyt! Jest pięknie! Nawet słońce przez chwilę przyświeca. Jednak na horyzoncie już czarne chmury – nie ma się co zasiadywać, bo jeszcze kawał drogi przed nami. Przy schronisku jesteśmy dość szybko, Zuzia z Matem i Werą idą po pieczątki, ja czekam na zewnątrz. Po chwili zaczyna kropić. Mżawka przeradza się w ostrą zacinkę już po kilku minutach. Myślę sobie: chwilowe, po czym wchodzę do przedsionka, żeby przeczekać. Wszyscy inni wpadli na dokładnie ten sam pomysł i już po chwili w schronisku nie było się jak obrócić… W końcu podejmujemy decyzję: idziemy; to prędko nie przejdzie, a wygląda na to, że może być dużo gorzej… Wychodzimy więc na tę ulewę; Mat Zuzę na barana, ja Werkę na ręce i: Alleluja i do przodu! Pech chce, że, zanim wejdzie się w las, trzeba pokonać chyba kilometrowy odcinek na otwartej przestrzeni, więc mokniemy aż miło. Jakby tego było mało, za plecami słyszymy grzmot… Wercia paluszkiem grozi burzy i rzuca jej trzy jakże wymowne i przerażające słowa: ty ty ty… Metoda działa, gdyż po kilku grzmotach, burza odchodzi w inną stronę 😉 Na dole deszcz przestaje padać i na chwilę wychodzi słoneczko. Głodni i zmęczeni, wszyscy zasłużyliśmy na pysznego pstrąga – jedziemy więc do Raju! Po kolacji wracamy do pokoju i planujemy kolejny dzień. Spontanicznie, między przeglądaniem tamtej czy innej strony, trafiamy na szczyt, którego do tej pory nie planowaliśmy, ale że jest w bliskim sąsiedztwie Jagodnej i nie wygląda  na zbytnio wymagający, decydujemy, iż sobotę zaczynamy od wejścia na Orlicę.

 

Dzień 3 – sobota 17.06.2017 ORLICA i JAGODNA

Kolejna ranna pobudka, szybkie śniadanko, wrzucenie gratów do auta i wyruszamy. Do pokonania 60 km. Tereny niezwykle malownicze, ale nawierzchnia pozostawia wiele do życzenia, a zatem trzeba jechać powoli. W końcu dojeżdżamy do schroniska (tak, jest tuż przy głównej drodze) w Zieleńcu, zostawiamy auto na parkingu po przeciwnej stronie i chodnikiem ruszamy w kierunku lasu. Po około kilometrze dochodzimy w końcu do charakterystycznego punktu, czyli Kamienia Rubartscha i stamtąd bardzo przyjemną, zupełnie niewymagającą i wcale niedługą trasą zmierzamy w stronę szczytu. Orlicę osiągamy relatywnie szybko, ale nie zostajemy tam zbyt długo, bo na górze wieje zimny wiatr, a poza tym mamy do zdobycia jeszcze jeden szczyt. Robimy więc wpis do księgi pamiątkowej, dojadamy kanapki i mykamy z powrotem. Wracamy 16 km do schroniska na Przełęczy Spalonej i, mimo nasilającego się deszczu, rozpoczynamy wędrówkę na Jagodną. Jeśli mam być szczera, to trasa nie zachwyca absolutnie niczym. Jest bardzo łatwa, prowadzi utwardzoną drogą, nie ma żadnych podejść, widoków także brak. Jest to szczyt (a właściwie punkt na trasie) z rodzaju tych, które po prostu trzeba odhaczyć. Jedynym powodem, dla którego z pewnością wrócimy w to miejsce jest jedzenie w schronisku Jagodna. Duże porcje, pyszne w smaku i taniutkie, czyli wszystkie trzy warunki dobrego posiłku spełnione 😉

20170617_104318Podobają nam się takie kamienne kościółki

20170617_105601Kiedy ten asfalt się skończy?

20170617_110236Kamień Rubartscha

20170617_111423Dzielny piechur pomaga rodzicom dźwigać plecak

20170617_115352Orlica – szczyt graniczny między Polską a Czechami

20170617_120744W górach jest wszystko, co kochamy!

20170617_122806Uskrzydlona 🙂

20170617_134230Kto by się tam deszczem przejmował

20170617_144921„Szczyt” – nawet porządnej tabliczki nie ma, hahaha!

20170617_161627Jedzonko pierwsza klasa

20170617_172332Wiem, że zdjęcie rozmazane, ale to jest taki hicior, że nie mogłam sobie odmówić 😀

Dzień 4 – niedziela 18.06.2017 WIELKA SOWA i WALIGÓRA

I tak oto doszliśmy do ostatniego dnia naszych wędrówek. W niedzielę wpadł nam kolejny nieplanowany szczyt – Waligóra. Historia była analogiczna do tej z Orlicą. Między jednym a drugim czytaniem wpadła mi w ręce informacja, że 15 minutek i jest się na górze. No to przecież grzechem byłoby nie pójść!

Zaczęliśmy zgodnie z planem, czyli od Wielkiej Sowy. Wyruszyliśmy z parkingu na Przełęczy Sokolej i już po chwili rozpoczęliśmy wspinaczkę w górę stromej, ale na szczęście dość krótkiej ścieżki, dzięki której szybko pokonaliśmy przewyższenie, co dawało nadzieję na w miarę spokojne podejście na szczyt. Minęliśmy schronisko (jedno z dwóch, jak się potem okazało) i spokojnie zmierzaliśmy w stronę szczytu. Trasa bardzo przyjemna, łatwa technicznie, ale jednocześnie dość zróżnicowana. Pogoda znowu była piękna, tak jak pierwszego dnia, więc wędrowało się jeszcze lepiej. Szczyt osiągnęliśmy dosyć szybko, a panoramę podziwialiśmy z wieży widokowej – widoczność tego dnia była idealna 🙂 W drodze powrotnej zjedliśmy kolejny bardzo smaczny obiadek w schronisku i, zanim wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu, pojechaliśmy pod schronisko „Andrzejówka” w Górach Kamiennych, by w 15 minut zdobyć Waligórę… Wercia w międzyczasie zasnęła w samochodzie, ale stwierdziliśmy, że to niewielki problem – w końcu trasa krótka, to się ją wyniesie i już. O jakież wielkie było nasze zdziwienie, gdy już po pięciu minutach wędrówki okazało się, że na niepozorny szczycik wiedzie pionowa ścieżka pełna luźnych kamieni i wystających korzeni. Pierwsza myśl: czemu tu nie ma łańcuchów?! Na pewnych odcinkach trzeba było się trzy razy zastanowić, zanim postawiło się kolejny krok. W międzyczasie młoda się obudziła, ale włączył się jej tryb marudo-wymuszania i na szczyt musiała nieść ją mamusia… Wszystko fajnie, tylko tak mniej więcej w połowie drogi zapaliła mi się lampka: jak my zejdziemy? Gdyby mi ktoś wcześniej powiedział, że taka oto góreczka będzie nas kosztować tyle wysiłku i adrenaliny, to bym go wyśmiała. W końcu, po wielkich trudach, dotarliśmy na szczyt. Cieszyliśmy się, jakbyśmy na Kilimandżaro weszli. Napstrykaliśmy głupkowatych zdjęć, a dziewczyny mają nawet filmiki, jak skaczą ze słupków. Postanowiliśmy, że najbezpieczniej byłoby, gdyby Wera schodziła o własnych siłach, oczywiście cały czas trzymana i asekurowana przez nas. Pomysł się jej spodobał, a realizacja przebiegła dość sprawnie. Co by nie mówić, Aniołowie Stróże tego dnia mieli roboty po łokcie 😉

W planach oczywiście kolejne górskie wędrówki, ale teraz, póki co, trzeba siadać do planowania wyprawy wakacyjnej – jak ja to kocham! 😀

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s