Pożegnanie z nosidełkiem, straszna Chatka Puchatka, Tarnica i gorączka, czyli Biesy i Czady – majówka 2017

A może by tak pieprznąć tym wszystkim i wyjechać w Bieszczady? 😉 Dowcip stary jak świat, a jednak coś w tym jest. Na codzień mieszkamy w mieście. Samochody, tłumy ludzi, wrzawa, korki i te sprawy. Nie jesteśmy z tych narzekających, toteż nie narzekamy. Wolimy raczej akceptować rzeczywistość, w jakiej żyjemy i cieszyć się z tego, co mamy, niż biadolić z takiego czy innego powodu. Narzekać to każdy głupi potrafi i jak bardzo chce, to powód zawsze sobie znajdzie. Jednak, gdy w dniu wyjazdu, nagle znaleźliśmy się na końcu świata, otoczeni jedynie szumem drzew i szmerem strumyka, jakaś cząstka nas zatęskniła za życiem z dala od cywilizacji. Ten spokój i cisza (nie licząc oczywiście dźwięków wydawanych przez dzieci 😀 ), panujące w Smereku spowodowały tęsknotę za Bieszczadami ogarniającą nas na samą tylko myśl o powrocie do domu. Aby nie popadać jednak w zbytnią melancholię, przejdę do meritum.

Tegoroczna majówka była kolejnym już wyjazdem z moim bratem i jego rodziną, a zatem czasu na nudę zwyczajnie nie było. Bieszczady przywitały nas mało optymistycznie – zimnem i deszczem… Ale my wiedzieliśmy, po co tam przyjechaliśmy. Nie jesteśmy ani strachliwi, ani nie dajemy się tak łatwo zniechęcić. Dlatego też, nie bacząc na deszczowo-wietrzno-zimną niedzielę, wybraliśmy się na Połoninę Wetlińską. Owszem, spodziewaliśmy się, że droga może nie należeć do najprzyjemniejszych, ale błoto sięgające za kostki nas zaskoczyło… Już po pierwszych kilkuset metrach wyglądaliśmy, jakbyśmy wracali z Przystanku Woodstock 😀 Dodatkowo Mat zaliczył glebę z Werą na plecach, a więc i poziom adrenalinki wskoczył wszystkim nad właściwą kreskę… Na szczęście oboje wyszli z tego obronną ręką. Trudność trasy też nieco nas zaskoczyła. Nie wiedzieć czemu, do tej pory na hasło „Bieszczady” każdy z nas reagował podobnie: wiadomo – góry, ale takie jakieś bardziej pagórkowate, no i połoniny i generalnie to raczej płasko i chyba niezbyt wymagająco… Tymczasem szybko okazało się, że to nie będzie taki sobie tylko „lajtowy” spacerek do „Chatki Puchatka” (schron na Połoninie Wetlińskiej), jak z początku zakładaliśmy. Nie twierdzę, że trasa była nie wiadomo jak trudna technicznie, czy też wymagająca, ale kilka dość stromych podejść musieliśmy pokonać, co w takim błocie męczyło podwójnie. Warto zwrócić także uwagę na sam moment wyjścia z lasu na połoniny. To jakby nagle przejść z jednego świata w drugi. Kilka metrów różnicy, a warunki pogodowe znacznie gorsze: zimny wiatr, temperatura o kilka stopni niższa, a także leżący tu i ówdzie śnieg. Do tego trzeba koniecznie dołożyć wydzierającą się Weronikę, która akurat wtedy postanowiła już na dobre powiedzieć nosidełku: dzięki, miło było, ale spadaj! Ani prośbą, ani groźbą… Częstotliwość podkręciła na maxa, więc jestem prawie pewna, że tego dnia słyszeli ją na Tarnicy… „Siama! Na nóźkach!” stał się tej pamiętnej niedzieli okrzykiem z rekordową ilością powtórzeń na minutę :P. Ale „najlepsze” wciąż było przed nami…Na szczycie… Gdy w końcu, po wielkich bojach, dotarliśmy do słynnej Chatki Puchatka, szczęśliwi, że przez chwilę będzie gdzie usiąść i się zagrzać oraz odpocząć w przytulnym schronisku, rzeczywistość dała nam w pysk. Słynna chatka to nic innego jak klaustrofobiczna nora bez prądu, wody i kibla, z klepiskiem pod oknem i pięcioma ławkami, w tym dwoma tuż przy obskurnych kubłach na śmieci. Sorry, może to jest jakaś legendarna miejscówa, pewnie jest kupa ludzi, którzy żywią do niej jakiś niewytłumaczalny sentyment, ale dla mnie – osoby zupełnie niewymagającej – to już gruba przesada. Weronika chciała siku. Zabrałam ją więc do czegoś, co podobno miało być toaletą (powyżej chatki, w miejscu, gdzie jest punkt widokowy). Gdy jakimś cudem udało nam się, pomimo unoszącego się tam odoru, wejść do środka, mała po 15 sekundach stwierdziła, że jednak się jej nie chce… Wróciłyśmy zatem do chatki (cud, że nikt nie wybił zębów w tych egipskich ciemnościach) i wraz z resztą ekipy zgodnie stwierdziliśmy, że nie ma sensu tam dłużej siedzieć… Wera oczywiście do nosidełka już nie weszła i ponad połowę trasy (ok. 3,5 km) powrotnej pokonała na nogach. Z jednej strony byliśmy wściekli na ten jej kosmiczny upór, a z drugiej pełni podziwu, bo to właśnie ów upór pchał ją do przodu i sprawiał, że pomimo trudnych warunków i kaloszy na nogach ten 2,5-letni brzdąc zaczął swoją przygodę z górami na serio. Koniec końców, wędrówkę zakończyliśmy NAPRAWDĘ szczęśliwi. Szybko wróciliśmy na kwaterkę się przebrać i migusiem na zasłużony obiad. Wieczorem piwko przy kominku i planowanie najważniejszej wyprawy – głównego celu, dla którego zdecydowaliśmy się na ten wyjazd – TARNICY.

Dokładnie rok wcześniej, 01.05 zdobywaliśmy Sokolicę. W 2017 r. ta data przeszła do naszej rodzinnej historii jako dzień zdobycia kolejnego szczytu do Korony Gór Polski. Tym razem trasa była prawie dwa razy dłuższa niż poprzedniego dnia. Ale i pogoda była o niebo lepsza. Chmury zniknęły, temperatura się podniosła, a i błoto o wiele płytsze się zrobiło. Wera wyszła z nosidełka po jakichś pięciu kilometrach i od tej pory na zmianę: raz szła na nogach, raz musiałam ją nieść na rękach. Nie zapominajmy, że kawał z niej baby i swoje waży! Dokładnie jakieś 18 kg… Po dłuższej chwili, gdy zauważyłam, że na samodzielną wędrówkę nie ma już co liczyć, postanowiłam, że trzeba wpakować ją do nosidełka, bo takie niesienie jej z przodu przez kolejne dwa kilometry nie miałoby szans powodzenia. Niestety Werci ostatnio znowu włączył się „syndrom bałkański”, a to oznacza, że nikt, poza mamą, nie ma do niej dostępu. Tata nie mógł zatem wziąć jej na plecy, bo gdy tylko próbował, to zaczynały się dantejskie sceny. Ktoś mógłby powiedzieć, że na takie fanaberie nie można pozwalać i, że dzieciak nie powinien rządzić. Zgadzam się – ja też wyznaję taką zasadę, tyle że osobiście nic mnie tak w górach nie wyprowadza z równowagi, jak wrzaski i bek Wery… A proszę mi wierzyć – ona nie jest z tych, co to chwilę pobeczą i przestaną, jak zobaczą, że nic nie wskórają. Dlatego też dźwiganie jej jest niczym w porównaniu z jej wymuszaniem. Jednakże podkreślam: tego typu sytuacje stanowią u nas wyjątek – tylko w górach. Wracamy na szlak: niosę ją w tym nosidełku, wiatr prawie jak na Babiej, Wera opatulona wszystkimi możliwymi kurtkami i polarami zasypia. Ramiona i plecy bolą mnie niemiłosiernie, ale krzyż na szczycie z każdym krokiem jest coraz bliżej… Trzeba iść, więc idę. W końcu docieramy na wymarzony szczyt. Ogrom radości i dumy przesłania wszystko inne. Zapominam o zmęczeniu i wkurzeniu. Liczy się tylko ten moment. I te widoki. Chwila, by nacieszyć oczy, zrobić pamiątkowe zdjęcia i nadchodzi czas powrotu. Do auta ponad 9 km… W plecakach Lyofoody – nasz dzisiejszy obiad. Schodzimy ze szczytu, do siodła; tam zalewamy nasze jedzonko i po 15 minutach zaczynamy jeść. Wszyscy, oprócz Wery… Od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Jej nie zdarza się NIE jeść… Mogłaby nie spać, ale jedzenie to jej ulubione hobby. Wmawiałam sobie, że może to ze zmęczenia, ale podświadomie czułam, że ją rozbiera. I to konkretnie… Zawodniczka z niej twarda, więc jeszcze ok. 4 km przeszła o własnych siłach, ale za to po powrocie padła jak kłoda, a temperatura jej ciała była taka, że spokojnie można by było odpalać od niej fajki… Wiedzieliśmy, że nazajutrz już nigdzie nie pójdziemy… Pozostało więc jedno wyjście: posiedzieć przy grillu i piwku na łonie natury, zrelaksować się po trudach dnia minionego i przed czekającą nazajutrz podróżą – a tak właściwie to czemu by nie? 😉 I tak oto upłynął nam trzeci dzień. Nietypowo, ale bardzo sympatycznie 🙂

Wercię co prawda nam rozłożyło i siedziała tydzień w domu, ale to był przełomowy i bardzo potrzebny wyjazd. Potrzebny, bo wiemy już jak wybierać i planować kolejne trasy. Póki co, odpadają te długie i wymagające. Weruś stopniowo musi oswajać się z wędrowaniem, dystansami i trudnościami tras – w końcu nie ma jeszcze nawet trzech lat! Plan na długi weekend czerwcowy został więc już odpowiednio zmodyfikowany i dostosowany do jej możliwości, ale na szczęście wcale nie oznacza to, że musimy rezygnować z KGP! Po prostu kolejność zdobywania szczytów się zmieniła 😀 Jednak, widoki na przyszłość są obiecujące: niedawno mała odbyła już swoją pierwszą samodzielną pieszą wędrówkę na Kozią Górę. Z sześciu kilometrów (w obie strony) przeszła 5,5. Jesteśmy z niej dumni! Mamy nadzieję, że z każdą kolejną wyprawą będzie tylko lepiej 🙂

Póki co zamieszczam parę zdjęć z bieszczadzkich wędrówek:

 A tutaj bonus z Koziej Góry:

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s