Świętujemy wcześniej, pogoń za jedzeniem i noworoczny mandat, czyli Sylwester 2016 – Wilno

Nowy Rok przywitaliśmy w stolicy Litwy. I to godzinę wcześniej niż w Polsce. A zaczęło się właściwie całkiem spontanicznie. To nie było tak, że planowaliśmy ten wyjazd przez pół roku. Wręcz przeciwnie – po prostu któregoś dnia doszliśmy do wniosku, że wszystkie te najbliższe stolice mamy już „zaliczone” (no może poza Bratysławą, ale nieszczególnie nas tam ciągnie), a w Europę Zachodnią raczej nie będziemy celować… Wybór padł zatem na Kresy. Bez dłuższego zastanawiania, zaklepałam noclegi przez Internet i 30.12 rano wyjechaliśmy. Myśleliśmy, że uda się przejechać tych osiemset kilometrów nieco szybciej niż w trzynaście godzin, ale w podróżowaniu z dziećmi trzeba liczyć się z tym, że średnio co 40 minut słyszy się komendę typu: siusiu, kupa, jeść, gorąco mi, mogę rozpiąć pasy? itd., a to znacznie wydłuża czas jazdy. Najlepszy numer wycięły nam nasze kochane córcie już na Litwie, kiedy to, będąc jeszcze ok. 150 km od kwatery, stwierdziły , że są głodne i koniecznie muszą coś zjeść. Od granicy jechaliśmy takimi zadupiami, że gdy w końcu na horyzoncie wyłoniła się budka z kebabem, doszliśmy do wniosku, że trzeba się tam zatrzymać i wziąć im chociaż frytki. Jak już stanęliśmy przy okienku, to też nagle zachciało nam się jeść, więc zamówiliśmy sobie po kebabie, a laskom po porcji frytek. Pani po angielsku ni w ząb, a litewski jest tak dziwną mieszanką fińskiego i rosyjskiego (przynajmniej jak na nasze ucho), że tym razem metoda „my po naszemu, wy po waszemu” nie sprawdziła się tu kompletnie. Na szczęście była tam druga babka i dobrze, że znamy trzy słowa po rosyjsku, bo przynajmniej wiedzieliśmy, że gdy pytała czy „balszoj” mają być te kebaby, to zgodnie kiwnęliśmy, że „da”. Czas mijał… Ja poszłam do dziewczyn, żeby nie siedziały same w aucie, a Mat czekał przy budce. Minęło PÓŁ GODZINY (!!!) i w końcu wydały mu jedzenie. Fakt faktem, wszystko było pyszne, ale nasze kochane dziewczynki zjadły po cztery frytki i stwierdziły, że są pojedzone. No udusić to mało… Z duszą na ramieniu jechaliśmy na kwaterę, bo meldować się tam można było do 22:00, a jako że na Litwie jest godzina do przodu, tak więc mieliśmy mniej czasu niż przypuszczaliśmy. Na szczęście się udało. Hotelik z zewnątrz nas przeraził, bo wyglądał na opuszczony, jednak w środku było już całkiem przyjemnie. Duży pokój, wygodne łóżka, tylko łazienka zbyt chłodna. Na szczęście gospodarze wyposażyli nas w grzejnik elektryczny, a zatem zasnęliśmy w ciepełku.

Nazajutrz zeszliśmy na litewskie śniadanie, czyli ogromne porcje naleśników (dla mnie i Mata zapiekane z  serem żółtym i szynką, a dla dziewczyn z białym serkiem i dżemem) serwowanych z pyszną śmietaną. Do tego aromatyczna kawka i kompot, którym Weronisia oczywiście zalała stół… Wyglądało to mniej więcej tak:

20161231_0908141Tu jeszcze kompot był cały

Po jedzeniu wróciliśmy do pokoju. Dziewczyny obejrzały trochę bajek po litewsku, a my chwilę odpoczęliśmy. Koło południa zebraliśmy się na zwiedzanko. Oczywiście pełen luz. Potraktowaliśmy to, jak zwykle, jako spacer a nie „bieg po atrakcje”, byleby tylko odhaczyć wszystko, co się da. Zaparkowaliśmy przy bazylice archikatedralnej, czyli chyba bardziej w centrum się już nie da i uderzyła nas jedna rzecz. Jakież to Wilno inne od pozostałych stolic, w których byliśmy. Wszędzie zawsze były tłumy ludzi, grała muzyka, sprzedawali uliczne żarełko, grzane wino, a tu cisza i spokój. Ludzi malutko. Na placu przy bazylice stoi ogromna choinka z tysiącami światełek i w zasadzie tyle. Dzień jak codzień. Poszliśmy zatem w górę głównej ulicy i podziwialiśmy takie widoczki:

20161231_132010120161231_13244820161231_134119120161231_134206120161231_1343521Bardzo ładny budynek ratusza mają.

20161231_134802

Cerkwi i kościołów multum.

20161231_140905

A tu Ostra Brama. Kolejne miejsce, o którym kiedyś tylko czytaliśmy w lekturze, a teraz mogliśmy zobaczyć je na własne oczy. Bardzo fajne uczucie 😉

20161231_1415091

A tak jest w środku.

Wyszedłszy poza Ostrą Bramę, pogadaliśmy chwilę z panią sprzedającą pamiątki. Ona trochę po rosyjsku, my po polsku no i fajnie się gawarilo 🙂

Potem, czystym przypadkiem trafiliśmy na Ulicę Literacką. Zuzol poleciał do Informacji po ulotki; kuknęliśmy więc na mapę, gdzie jesteśmy i czy w pobliżu jest coś ciekawego, no i ta właśnie ulica przykuła naszą uwagę. Całe szczęście, że tam poszliśmy! To unikat. Wspaniały sposób na oddanie hołdu pisarzom, tłumaczom oraz wszystkim związanym z kulturą i literaturą litewską. Jak wyczytałam na http://www.vilniustourism.lt:

Sądzi się, że ulicę tę nazwano „Literacką” dopiero w pierwszej połowie XIX w., na cześć zamieszkałego tu Adama Mickiewicza. Na początku ulicy Literackiej mieszkał poeta Adam Mickiewicz, świadczą o tym także trzy tablice na ścianie domu, w języku litewskim, rosyjskim i polskim.

W 2008 roku grupa artystów wpadła na pomysł ożywienia ulicy i ozdobienia jej dziełami sztuki, nawiązującymi do literatów. Na ulicy uroczyście odsłonięto ścianę, na której malarze i artyści z innych dziedzin sztuki przez dwa lata tworzyli metalowe, drewniane, szklane i inne płytki lub obiekty, poświęcone literatom.

A oto kilka naszych zdjęć:

20161231_145711120161231_1459011

20161231_150304

20161231_150050120161231_1504191

 

Czas leciał, robiło się coraz ciemniej i chłodniej. Zuzia zaczęła marudzić, że jest głodna. Trzeba było pomalutku rozglądać się za jakąś knajpką. Gdy tak plątaliśmy się tamtejszymi bocznymi uliczkami, nagle wyrósł przed nami słynny kościół św. Anny. Grzechem byłoby nie wejść. Akurat w środku była jakaś polska wycieczka, więc posłuchaliśmy trochę pana przewodnika i ruszyliśmy na poszukiwania jedzenia. Chcieliśmy siąść w typowej litewskiej knajpce, ale nie dość, że w centrum lokalnych restauracji jak na lekarstwo (są za to włoskie, portugalskie, tajskie, indyjskie i japońskie), to jeszcze Sylwester, czytaj: albo się zamykają o 15:00, albo trzeba mieć rezerwację, albo cały lokal wynajęty pod imprezę i zakaz wstępu dla Ciebie, głodny turysto z Polski! Na zewnątrz coraz ciemniej, a my coraz bardziej nerwowi. Powtórka z Pragi – tam był przecież dokładnie ten sam scenariusz. Teraz jeszcze na dokładkę, Werka zdjęła rękawiczki i mimo, że jej łapki przybrały kolor purpury, za nic w świecie nie chciała ich ubrać… Po chyba półgodzinnym kręceniu się po wszystkich możliwych ulicach, w końcu wylądowaliśmy w serwującej dania europejskie restauracji Totorino. W środku było tak cieplutko i przytulnie…Myślałam, że się stamtąd nie ruszę.

A tak wyglądały dziewczyny przed i po zamówieniu jedzonka:

20161231_16140220161231_1614071

😀 😀 😀

Zamówiliśmy doradę z pieczonymi ziemniakami i sosem z zielonego groszku, frytki z majonezem i prawdziwego hamburgera (z jajkiem sadzonym!). Do tego lokalne piwko (mniam!), cola dla lasek, a na deser ciasto czekoladowe z lodami. Pożarliśmy jak bąki! 🙂 Dziewczyny potańczyły sobie do muzyki, a na koniec zdążyliśmy jeszcze przebrać Werę, bo oczywiście na wychodne zwaliła kupsko 😛 Nie wiem nawet kiedy zleciały nam tam dwie godziny!

Gdy wyszliśmy było już całkiem ciemno. Ale my byliśmy pojedzeni i nie czuliśmy chłodu, więc chętnie jeszcze pokręciliśmy się po centrum. Choinka robiła zupełnie inne wrażenie niż za dnia. Weszliśmy do bazyliki, przy której zostawiliśmy samochód. Ilości palących się świeczek sprawiły, że w środku było niesamowicie ciepło! Chodziła nawet pani z taką specjalną metalową packą i gasiła te świeczki hurtowo. Nie wiem tylko, czy ze względów bezpieczeństwa, czy z zarobkowych 😛

W końcu uznaliśmy, że szwendaczki na dziś wystarczy. Dziewczyny muszą odpocząć i iść spać o normalnej porze, bo z racji tego, że w tym roku Sylwester nie wypadł dość szczęśliwie (w sensie, że w sobotę), to w Nowy Rok trzeba już wracać do domu… Werunia padła o 21:00, tuż przed tym, jak pod nami zaczęła się impreza (tak, pod naszym pokojem w budynku była biba aż do rana). Z Zuzą natomiast nie było tak łatwo. Najpierw musiały być tańce z tatą, potem z mamą, no a w końcu upragnione fajerwerki rozbłyskujące tuż nad naszymi głowami (mieliśmy okna dachowe, hihihi). Doczekała do końca, zamoczyła język w szampanie i poszła spać.

Rano zebraliśmy się szybciutko i wyruszyliśmy do domu. Wiedzieliśmy, że przed nami kilka/kilkanaście ładnych godzin drogi, a nie chcieliśmy wracać zbyt późno, bo nazajutrz przecież praca i szkoła. Litwę przejechaliśmy, nie mijając praktycznie nikogo… Natomiast tuż za granicą, już w Polsce, zatrzymał nas policjant. Byłam pewna, że to rutynowe badanie trzeźwości i nic poza tym, a tu okazało się, że mieliśmy o 23 km/h za dużo na budziku i…mandacik. Noooo, Nowy Rok zaczęliśmy z pompą, a co! 😀 Jak cały będzie taki przebojowy, to aż strach się bać… A planów i marzeń do realizacji trochę mamy, więc prosimy – 2017 bądź dla nas dobry 🙂

Poniżej wklejam jeszcze kilka zdjęć z naszej wileńskiej tułaczki:

20161231_1438061

20161231_1509021Kościół św. Anny

20161231_153747

20161231_1540521

Trzeba było szybko uciekać spod teatru, bo Zuza bała się trzech muz 😀

20161231_175558

Może na kawkę do prezydenta?

20161231_180021

20161231_181715

20161231_181834

Reklamy

4 Comments Add yours

  1. Ks. Marek pisze:

    Widzę, że już i rok bieżący jest „posolony” podróżami 🙂 Super!

    Polubione przez 1 osoba

    1. asiok pisze:

      Ooo tak! I będziemy się starali go nimi „doprawiać” tak często, jak to możliwe 😁 Właśnie wracamy z Bieszczad 😊

      Polubione przez 1 osoba

      1. Ks. Marek pisze:

        A widzieliście Bieszczadzkie Anioły? 🙂

        Polubione przez 1 osoba

  2. asiok pisze:

    A widzieliśmy 😊

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s