Bo w życiu chodzi o to, żeby być troszeczkę niemożliwym, czyli Bałkany 2016, cz. 4

Bułgarię wspominamy jako kraj dość specyficzny. Drogi makabryczne; średnia prędkość 40 km/h, w dodatku podobno płatne! Piszę, że podobno, bo my nie wykupiliśmy żadnej winietki, ale z tego, co wyczytaliśmy, to gdyby nas złapali, zapłacilibyśmy niezły mandat. Ludzie raczej niesympatyczni i mało otwarci. Jedzenie paskudne! Na wpół surowy i zupełnie niedoprawiony kurczak to już gruba przesada. Camping, poza lokalizacją (tuż obok belogradchiskich skał), marny. To znaczy, miejsce bardzo atrakcyjne, natomiast sam camping wyjątkowo zaniedbany. Humorystyczny akcent to łazienka „wszystko w jednym”, czyli umywalka, podpięty do niej wąż prysznicowy oraz stojący tuż obok kibelek. W sumie myjąc siebie, można przy okazji umyć całą łazienkę – zawsze to jakiś pomysł 😉

Wszystkie jednak te niedogodności warto było znieść dla widoku Skał Belogradchiku. Po pierwsze, pokrywają ogromny obszar, o czym nie miałam bladego pojęcia, gdy planowałam ich zwiedzanie. Po drugie, skały same w sobie są ogromne, a fakt, że można się na nie dostać po schodach i oglądać miasto z ich wierzchołków, zwalił nas z nóg. Uprzedzam tylko, że zabójczo tam wieje, no i trzeba uważać, żeby zbytnio się nie zagalopować przy zwiedzaniu, bo można postawić jeden krok za daleko i polecieć w niezłą przepaść… Ze skałami związanych jest kilka legend, ale nie będę ich tu opowiadać, bo musiałabym kleić jeszcze jednego posta. W każdym razie skały Belogradchiku to, naszym zdaniem, zdecydowanie „must see” Bułgarii. Zwiedzanie zakończyliśmy późnym popołudniem, jednakże nie było na tyle późno, by wracać na camping. Postanowiliśmy karnąć się trzydzieści kilosków i obadać, gdzie dokładnie mieści się jaskinia Magura, do której mieliśmy pójść następnego dnia. Gdy podjechaliśmy na parking, szybciutko wyskoczyłam z samochodu, podbiegłam schodami do góry, obadałam godziny wejść oraz ceny i wróciłam do samochodu. Nie było mnie może z dziesięć minut. Schodząc, zauważyłam, że auto ma włączone światła. Wsiadam do środka, a meganka dead… Trzeci raz w ciągu czterech dni. Wiedzieliśmy, że coś jest na rzeczy. Tylko teraz, czy to akumulator, czy jeszcze coś innego? Sytuacja zrobiła się nieprzyjemna. Godzina 18:00, a my pośrodku niczego; do najbliższej cywilizacji dobrych dwadzieścia kilometrów, namioty na campingu, dzieci zaraz będą głodne, a auto zdechło. Zesztywniałam. Co robić? Cholera, żeby to był benzyniak, to spróbowalibyśmy „na pych”, ale diesla? Strzeli rozrząd i dopiero będziemy w d*pie. No trudno. Ryzyk fizyk. Mat mówi, że od jednego razu z rozrządem nie powinno się nic stać i, że musimy spróbować, bo innej rady nie ma… No to próbujemy. Eldzia za kierownicę, a my pchamy, żeby tylko dokulać dziada do minimalnej góreczki, z której to już Mat się sturlał i… zrobił to! Odpalił! Ja się oczywiście poryczałam z radochy. Pojechaliśmy na camping, umyliśmy się i obgadaliśmy cały plan, co zrobimy, jak jutro też nie zapali. Na szczęście zapalił, więc bez obaw mogliśmy pojechać do jaskini. Tam też nie było się czym martwić, gdyż samochodów było od groma, a zatem zawsze ktoś z kabli by nam odpalił. Co do samej jaskini, to nie spodziewaliśmy się tego, że jest taka ogromniasta i, że zwiedza się ją ponad godzinę! Pod koniec było już naprawdę zimno… Szkoda tylko, że przewodniczka posługiwała się wyłącznie językiem bułgarskim i niczego nie zrozumieliśmy, ale przynajmniej już wiedzieliśmy, co przeżywali przy nas ci biedni turyści w Kanionie Matka 😛

Początkowo planowaliśmy jechać w kierunku Gór Riła i spróbować zdobyć Musałę, ale stanąwszy przed perspektywą tłuczenia się dwustupięćdziesięciu kilometrów ze średnią prędkością 40 km/h, nie mając gwarancji, że uda nam się znaleźć nocleg, nie wiedząc jakie spotkają nas warunki pogodowe, a do tego wliczając jeszcze powrót, doszliśmy do wniosku, że faktycznie zostawimy sobie bałkańskie szczyty na kiedy indziej, a ostatnie dni pobyczymy się nad Balatonem. W ten oto sposób opuściliśmy Bułgarię i wyruszyliśmy w kierunku Węgier. Oczywiście przez Serbię. Oczywiście Serbia, jak zwykle, pokrzyżowała nam plany i oznajmiła, że na żadne Węgry nas nie puszcza. Znaleźliśmy camping, który dla nas był po prostu hotelem pięciogwiazdkowym i tak już zostaliśmy. Sanitariaty miodzio, sauna, siłownia i basen z podgrzewaną wodą, w dzień odkryty, wieczorem zadaszony, oświetlony wewnątrz i na zewnątrz cudnie nastrojowymi lampkami. Ponadto full wyposażona kuchnia, korty tenisowe, darmowa pralka i potężny ogród tylko do naszej dyspozycji. Takiego zakończenia pobytu nie spodziewaliśmy się w najśmielszych nawet snach. Camping schowany również pośród pól i zbóż, ale blisko stamtąd do centrum, a przede wszystkim do piekarni, w których do obrzydzenia zaopatrywaliśmy się w najlepsze i największe, jakie w życiu jedliśmy, pączki (dwa razy większe niż nasze) oraz rogale z czekoladą. Grzechem byłoby nie wspomnieć o serbskim specjale, czyli burkach. To nic innego jak kilka warstw naleśników z ciasta filo przekładanych serem, szpinakiem lub mięsem, sprzedawanych na ciepło. Smaku opisać się nie da. Tego trzeba spróbować!

Tak zatem ostatnie dni podróży spędziliśmy na maksa przyjemnie i beztrosko. W przeddzień wyjazdu popłynęliśmy w krótki rejs łódeczką, by poobcować jeszcze trochę z naturą i niestety, po raz kolejny, to, co dobre szybko się skończyło. No może nie do końca znowu tak szybko, bo jednak przez to nagromadzenie miejsc, przygód, ludzi i emocji, mieliśmy wrażenie, że ten wyjazd był duuuuużo dłuższy niż w rzeczywistości. Było szalenie intensywnie i spontanicznie. Przyjechaliśmy wyczerpani, ale uskrzydleni. Przez pół drogi opowiadaliśmy sobie wyjazd na nowo, a przez drugie pół snuliśmy plany na kolejny rok. Eldzia pokochała nasz styl podróżowania i wiem, że to nie była nasza ostatnia wspólna przygoda. W tym miejscu pragnę Ci, moja kochana Chrześnico, podziękować za notatki z podróży, bo to dzięki nim utrzymałam chronologię wydarzeń i (chyba) niczego istotnego nie pominęłam. 😛

Ciężko wyrazić słowami, ile znaczył dla nas ten wyjazd, a opisane przeze mnie wydarzenia, to i tak tylko namiastka tego, co przeżyliśmy i zobaczyliśmy. Wyryliśmy w swoich sercach kolejny ślad kolejnej pięknej przygody. W naszych głowach już roi się od pomysłów na następny wyjazd, a co czas przyniesie – zobaczymy. Jedno wiemy na pewno: tak długo, jak tylko będzie to możliwe, na nowo będziemy sobie udowadniać, że jesteśmy w tym życiu trochę niemożliwi 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s