Bo w życiu chodzi o to, żeby być troszeczkę niemożliwym, czyli Bałkany 2016, cz. 2

Słońce zaczyna powoli chować się za Górami Dynarskimi, a my stoimy jak wryci, słuchając opowieści przewodnika. Pokazuje nam całą drogę na Maglic, łącznie z krótkim aczkolwiek niemalże pionowym i chyba najbardziej wymagającym odcinkiem szlaku, przekonując, że z takimi dziećmi naprawdę nie powinniśmy tam iść. Czy faktycznie miał rację? Kiedyś się przekonamy. Jednak nie opowieści o szlaku wprawiły nas w osłupienie, a swoista TAK BARDZO ANTY – reklama Macedonii. Gdybym w kilku słowach miała ująć jego wypowiedź, podsumowałabym ją tak: nigdy tam nie jedźcie, a już na pewno nie z dziećmi! Wszędzie jest pełno radykalnych islamistów, władze sobie z nimi nie radzą i na całych Bałkanach nie ma drugiego tak niebezpiecznego kraju jak Macedonia i Albania (bo to stamtąd przyszło to złooo); że o górach już nie wspomnę. Zapomnijcie o Korabie! Na to nie byliśmy przygotowani. Tym bardziej, że czytałam na necie dość sporo o tym kraju i nigdzie nie znalazłam takich informacji. Z drugiej jednak strony, doszliśmy do wniosku, że to w końcu on jest miejscowy, a nie my i, że niezależnie od tego jaka jest prawda, może należałoby go posłuchać, zwłaszcza, że jest z nami trójka dzieci… Ja oczywiście natychmiastowo zaczęłam przekopywać głowę w poszukiwaniu nowych pomysłów: może Czarnogóra albo Bułgaria na dłużej niż planowaliśmy? A może w ogóle zaszalejemy i do Rumunii skoczymy? Nawałnica myśli, jaka przetoczyła się przez moją czachę, narobiła takiego zamętu, że w pewnym momencie poczułam się po prostu bezradna. Na szczęście to uczucie szybko minęło. Wzięłam się w garść i wiedziałam, że nic nie dzieje się bez przyczyny – na pewno świetnie zorganizujemy sobie czas! Ubraliśmy się cieplej i wyruszyliśmy w drogę powrotną do auta. Na parkingu byliśmy ok. 20:00. Spotkaliśmy naszego Serba po raz drugi, a on wręczył nam ulotkę z reklamą campingu, na którym pracuje, reklamując go przy tym jako najlepszy camping w całej Bośni, z mnóstwem atrakcji i w ogóle. Stwierdziliśmy, że w sumie to możemy tam pojechać bo i tak nasza przygoda z tym krajem powoli dobiegała końca, więc przekimamy się i rankiem zdecydujemy, co dalej.

W Tjentiste byliśmy o 22:00. Trzeba było szybko złożyć namiot, który zostawiliśmy, chcący nie tracić czasu, gdy wyruszaliśmy na Maglic. Ok. 22:30 wyjechaliśmy w kierunku miejscowości Foca, gdzie mieścił się camping przewodnika. Mieliśmy do przejechania chyba trochę ponad 30 km, ale droga ciągnęła się niesamowicie. Miałam wrażenie, jakbyśmy pół nocy jechali. W końcu zasnęłam… Na miejscu obudził mnie Mat, informując, że namiot już jest rozłożony. Kochany 🙂 Eldzia też kochana, bo mu pomogła 😀 Camping jest świetny, to fakt, pod warunkiem, że nie masz namiotu… Jest to typowe miejsce, gdzie wynajmuje się domki. Nie mieliśmy możliwości wjechać na jego teren i postawić sobie auta przy namiocie, więc po każdą pierdołę trzeba było zasuwać na parking… Nasza miejscówa była krzywa, trawa po kolana, a w pobliżu jakiś pies zostawił niespodziankę i waliło aż miło… Atrakcje faktycznie były – rafting na rzece Tarze, wyprawa na Maglic właśnie, wyprawa do lasu Perucica i do ukrytego w nim wodospadu Skakavac, no i różniaste jeszcze takie adrenalinowe sprawy; tyle, że my w głowie mieliśmy co innego – zmianę planów. Pomysły znowu piętrzyły się jak talerze w zlewie po rodzinnym obiedzie u babci, ale wciąż brakowało konkretów. Do tego wszystkiego Weronika cichcem zajumała Matowi klucze od auta i posiała gdzieś kluczyk, który w razie awarii karty – pilota ratuje nam tyłki i umożliwia dostanie się do samochodu. Przeczesaliśmy cały camping kilkukrotnie – diabeł ogonem nakrył. Nie ma. Do dziś, gdy patrzymy na tę kartę, przypominamy sobie tamten dzień.

W końcu decyzja zapadła. Przyspieszamy plany i jedziemy najpierw do Bułgarii, a zaraz potem do Rumunii. Trzeba tylko jakoś przebrnąć przez Serbię… Tę niebezpieczną Serbię, o której tyle strasznych rzeczy się nasłuchaliśmy w Polsce. Obawiamy się, ale może uda się śmignąć niepostrzeżenie i nikomu nic się nie stanie…

Pakujemy zatem manaty i szybko się zwijamy, bo przed nami kawał trasy. Droga prowadząca do Visegradu momentami zdaje się biec przez Wietnam. Żałuję, że nie było żadnej zatoczki, w której możnaby się zatrzymać i zrobić zdjęcie tym niezwykłym porośniętym zielenią skałom wyrastającym z turkusowej wody…Sam słynny wyszegradzki most na Drinie nie zrobił na nas takiego wrażenia jak te skały właśnie. Kilkanaście kilometrów za miastem dojechaliśmy do granicy bośniacko – serbskiej. No i się zaczęło. Kotroman – tak nazywała się miejscowość, w której zaczęła się nasza przygoda z Serbią. To właśnie tam, może jeszcze trochę nieświadomie, a może z lekkim niedowierzaniem, zapałaliśmy miłością do tego kraju. Wszyscy, bez wyjątku. Zatrzymujemy się przy budce strażnika, a on z szerokim uśmiechem na twarzy wręcza nam pięć ulotek (dla Weronisi też!) Welcome to Serbia, z których dowiadujemy się o wszystkich większych i mniejszych atrakcjach oraz campingach na terenie całego kraju! Następnie podchodzi do nas sympatyczna pani, prosi o uiszczenie opłaty klimatycznej i życzy nam miłego pobytu w kraju. Nieco oszołomieni jedziemy przed siebie. Oglądamy ulotki z każdej strony i nie bardzo wiemy, co o tym wszystkim myśleć… To znaczy, że tu nie ma się czego obawiać, czy jak? Mniej więcej 20 km od granicy zauważamy pierwszy szyld z napisem CAMP, a tuż obok tablica informująca, że Park Narodowy Tara jest oddalony o zaledwie 6 km. Jest godzina 17:00. Dziś na pewno nie przejedziemy całej Serbii, tak żeby o rozsądnej porze znaleźć camping w Bułgarii, a po ostatnich przygodach i ciągłym rozbijaniu i składaniu namiotu (w tym kilkukrotnie w nocy) wypadałoby, żeby Mat w końcu dychnął. A może lookniemy na ten camping? Zapytamy po ile i obczaimy co to w ogóle za miejscówa? – wtrąciłam nieśmiało. No w sumie możemy – przytaknęła reszta. W końcu było jeszcze stosunkowo wcześnie, więc zawsze ze dwie-trzy godzinki można było jeszcze przejechać, co by znaleźć coś lepszego. Wjeżdżamy w polną drogę. Spodziewamy się najgorszego. Może kawałek jakiejś trawy przy czyimś domu, sanitariaty pewnie takie, że lepiej iść spać bez mycia. No nic, się zobaczy. Podjeżdżamy, wychodzi dziadziuś. Na oko, ponad siedemdziesiąt. Pyta na jak długo. My, że na jedną noc. Na jedną to za krótko! Co najmniej na dwie. Nie będziecie żałować 🙂 Kukamy przez okna samochodu, a tam El Dorado! Działka równiutka, skoszona, pełno na niej drzewek, widoczek na otaczającą okolicę wspaniały…

Ile za noc?

-18 €

Kurdę, drogawo. Myśleliśmy, że będzie nieco taniej…

Ale tak jakoś dziwnie kusiła ta miejscówa. No i ten dziadzio taki fajniutki… A dobra. Raz się żyje. Zostaniemy na dwie noce. Przynajmniej Mat na chwilę odpocznie od tego cholernego namiotu. Parkujemy autko, wywalamy wszystko ze środka, ogarniamy lekko majdan i idziemy do dużej drewnianej altany, gdzie w jednej części mieści się recepcja, a w drugiej stoły i ławki. Rozglądamy się trochę, a tu dziadziuś przychodzi i mówi, żebyśmy usiedli razem z nim. Wyciąga mapy, ulotki i zaczyna opowiadać. Jutro pójdziecie na cały dzień do Parku Narodowego, wykąpiecie się w jeziorze i pospacerujecie, a na drugi dzień pojedziecie kolejką wąskotorową – jedną z atrakcji Europy. A teraz napijcie się ze mną rakiji własnej roboty. Jest unikatowa. Można ją dostać tylko u mnie i w (tu nazwa miejscowości, której nie pamiętam), a robię ją z tych gruszek, które tu u mnie rosną. No tak! Camp Viljamovka, od gruszek Williamsa – i wszystko jasne 😀 Wypiliśmy zatem po kielonku, a potem jeszcze po jednym i stwierdziliśmy, że nie ma bata – kupujemy jedną do domu. Rozmawiało nam się tak uroczo, że podjęliśmy decyzję, iż zostajemy nie na dwie a na trzy noce, tyle, że na trzeci dzień dziadzio też ma nam zorganizować jakąś atrakcję. 😀 Zerkając na mapkę okolicy, dostrzegłam magiczne słowo „mount”. Czytam dalej, patrzę: Zlatibor. Pytam co to, a dziadziuś tłumaczy, że Zlatibor to pasmo, a najwyższy jego szczyt to Tornik i, że jak lubimy góry to poleca na trzeci dzień. Nie było Maglica, nie będzie Korabu, no to będzie Tornik, a co! Decyzja podjęta. Mówię zatem, że zostajemy na trzy noce, ale pod jednym warunkiem. Płacimy nie 54, a 50 € za cały nocleg. Do tego bierzemy rakiję i zamawiamy lokalne śniadanie na jutro. Całość do równego rachunku wychodzi 70 €, mamy deal? Dziadek nie wytrzymał. Śmiał się do rozpuku, a my razem z nim. Popatrzył na mnie, pokiwał głową, stwierdził, że od razu widać, kto tu jest commando i, że puszczę go z torbami, ale zgadza się :). W tym momencie wiedzieliśmy już, że chrzanimy całą Rumunię. Rozpoczęła się nasza przygoda z Serbią. Nie mieliśmy pojęcia, gdzie wylądujemy, ani co nas czeka, ale wiedzieliśmy, że plany na najbliższe trzy dni już mamy. Resztą zajmiemy się później.

I faktycznie, pierwszego dnia spędziliśmy cały dzień w parku narodowym. Kąpaliśmy się nie w jednym a w dwóch jeziorach, jedliśmy frytki, spacerowaliśmy wśród drzew, aż zawędrowaliśmy na rewelacyjną platformę widokową w Banskiej Stenie, a gdy wróciliśmy, rozpaliliśmy grilla i do pierwszej w nocy cieszyliśmy się jak dzieci, że trafiliśmy do tak wspaniałego miejsca. Drugiego dnia pojechaliśmy do Mokrej Gory, by przejechać się tą słynną kolejką. Całość trwała około trzech godzin, a wrażenia i widoki połączone z grającą w tle serbską muzyką ludową zapadły nam w serca na dobre. Popołudniu zjedliśmy obiad w knajpce na stacji i wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że trzystugramowa pljeskavica (grillowany kotlet z mięsa wołowego, wieprzowego, a nawet baraniego) z frytkami i sałatką jest tym, co spełnia nasze oczekiwania w 258% i, że nie chcemy niczego więcej. Naturalnie, nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy o 21:00 nie rozpalili sobie ponownie grilla, ale my już tak mamy :D. Trzeciego dnia z łzami w oczach żegnaliśmy naszego dziadziusia. Z jednej strony bardzo nie chcieliśmy się z nim rozstawać, a z drugiej już gnało nas dalej, po więcej. Mieliśmy już pewność, że Serbia chce zaoferować nam więcej, no to jak mieliśmy nie wziąć? 😉 Zrobiliśmy sobie zdjęcie pamiątkowe, wyściskaliśmy dziadula i pognaliśmy w góry. Wcześniej wstąpiliśmy tylko do maleńkiej, ale za to przecudnej cerkiewki, która dzień wcześniej była już zamknięta, a którą bardzo chcieliśmy zobaczyć w środku. Wspaniale się stało, że podjechaliśmy, bo w środku siedział akurat jakiś uroczy jegomość, z którym to również chwilę pogadaliśmy i, który przybliżył nam nieco historię kościółka. No i w końcu przyszedł czas na góry 😀 Może nie specjalnie wysokie, ale za to jak zdobyte! Nie wiem, co my w sobie mamy, ale nie umiemy trzymać się wyznaczonych szlaków. No po prostu nie i koniec. Droga na Tornik wznosi się łagodnie przez cztery czy tam pięć kilometrów. Dodam, że Tornik to zimowy ośrodek narciarski, więc jest nawet wyciąg. No o wyciągu to właściwie nigdy nie ma mowy, ale żeby władować się z nosidełkiem pod samiutki orczyk i trawę po kolana, to już trzeba mieć z głową. Zamiast spacerkiem to pięć kilosków sobie machnąć, drużyna z Polski pokonała dwa kilometry terenem o nachyleniu chyba z trzydzieści parę procent… Wyszliśmy zmachani jak konie po westernie, ale warto było! Panorama z platformy widokowej była bajeczna 🙂 Gdy zeszliśmy (torem dla gokartów dla odmiany), Eldzia z Zuzią wskoczyły sobie jeszcze na kolejkę i wieczorową porą ruszyliśmy dalej. Tuż przy granicy z Kosovem czekało na nas Miasto Diabła…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s