Bo w życiu chodzi o to, żeby być troszeczkę niemożliwym, czyli Bałkany 2016, cz. 3

Đavolja Varoš (czyt. dziawolja warosz) – Miasto Diabła, to położony bardzo blisko granicy z Kosovem zespół niezwykle ciekawych form skalnych w kształcie stożków i iglic „przykrytych” mniejszym lub większym kawałkiem skały. Tłukliśmy się tam pół nocy (jako, że na odcinku trzystu kilometrów nie uświadczyliśmy ani pół campingu) przez zabite dechami wiochy, aż w końcu, ok. 1:00 dotarliśmy na parking. Trochę byliśmy przejęci, no bo w końcu okolica mocno leśna, żywego ducha w pobliżu, a my z trójką dzieciaków w aucie, no i tak trzeba jakoś do rana przebidować. Ja co pół godziny się budziłam, sprawdzałam czy nikogo nie ma na zewnątrz, ale okolica była spokojna. Noc zdawała się nie mieć końca. Wyczekiwałam wschodu tak mocno, jak dziecko wyczekuje św. Mikołaja. W końcu zaczęło świtać. Zamknęłam oczy jeszcze na chwilę, by po pewnym czasie dojrzeć sylwetkę człowieka zmierzającego powoli w stronę samochodu. Mat też się przebudził i stwierdził, że pójdzie z gościem pogadać. Byliśmy pewni, że dostaniemy jakiś mandat, albo że w ogóle nie wiadomo czego się spodziewać, no bo przecież co to za człowiek? Chwilę przyglądałam się mężowi, jak rozmawiał z panem, ale coś mi nie pasowało i postanowiłam wyjść. Była godzina 6:45. Wychodzę z auta, rzucam z pięknym serbskim akcentem „dober dan”, po czym płynnie przechodzę na j. angielski, tylko po to, by po trzech słowach jeszcze płynniej przełączyć się na polski, jako, że pan po angielsku to chyba nieprzyzwyczajony i nie umi… Coś tam się po polsko – serbsku dogadujemy i dowiadujemy się, że to miejscowy sprzedawca pamiątek (ach, ten wyjazd obrodził w rewelacyjnych sprzedawców!), który to zaprasza nas…na degustację swoich alkoholi! O 7:00 rano. „Welcome to Serbia – smiling face of hospitality” – tak głosiły ulotki, którymi poczęstowano nas na granicy. No tośmy się właśnie przekonali, jak bardzo Serbowie są gościnni 😀 Mało tego. Nie dość, że spróbowaliśmy sześciu różnych alkoholi, kilku dżemów i czego by tam jeszcze nie było, to facio mówi nam, żebyśmy szybko brali dzieciaki i lecieli oglądać skały za darmo, bo właściciel przyjeżdża dopiero o 8:00, a wtedy już trzeba będzie kupić bilety. Czyż nie cudowny? Nie tracąc czasu na namysły, zrobiliśmy, jak kazał. Przeszliśmy może z kilometr lasem i już za chwilę naszym oczom ukazał się taki oto niezwykły widok:

20160715_080221

Przez chwilę mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w USA. Zdjęcie powyżej przedstawia oczywiście tylko fragment miasta, a najlepsze jest to, że iglic przybywa w zabójczym tempie. Podejrzewamy, że po każdych opadach tworzy się kilkanaście nowych i, że tworzą się naprawdę szybko! Widzieliśmy całe mnóstwo malutkich stożków, które dopiero uformują się w wyższe i bardziej majestatyczne. Obeszliśmy oczywiście całe miasteczko, a w związku z tym, że nikogo innego tam nie było, musiałam wykorzystać tę okazję i wyleźć poza platformę widokową. Na parking wróciliśmy ok. 8:40, a zatem i właściciel już był (ale nic się nie odezwał) i sklepikarzy więcej i wycieczki zaczęły się zjeżdżać. Pora więc była idealna, by się zmywać. W podzięce za zaoszczędzenie na biletach, kupiliśmy u pana kilka pamiątek, w tym dwie pyszne nalewki, a właściwie wino i nalewkę, a winko wciąż trzymamy na specjalną okazję 😉

Byliśmy już tak blisko macedońskiej granicy, iż stwierdziliśmy, że pieprzymy apokaliptyczne przestrogi naszego kolegi-przewodnika z Bośni i przynajmniej spróbujemy. Zobaczymy, czy rzeczywiście tak tam strasznie. Kanion Matka, bo to on był naszym celem, jest położony zaledwie 15 km od Skopje, więc najwyżej tylko tam pojedziemy i, jak na razie, pożegnamy Macedonię. Do granicy dotarliśmy stosunkowo szybko. Tam z kolei trochę postaliśmy, no bo przecież wszyscy na Grecję walą właśnie przez Macedonię… W końcu sprawdzili nam paszporty i pojechaliśmy. Przejechaliśmy dwa kilometry. Pierwsze wrażenie – tragedia… Brud, smród, kiła i mogiła. Jechaliśmy drogą krajową, a tymczasem mieliśmy wrażenie, że suniemy przez jedno wielkie wysypisko śmieci… Z lewej na wzgórzu powiewa ogromna flaga Albanii, a z prawej siedzi w aucie chłop z czteroletnim dzieckiem na brzuchu i pali śmieci… Koszmarny widok. Pomyślałam wtedy: jak tak wygląda cała Macedonia, to dziękuję – postoję. Po przejechaniu jakichś trzydziestu kilometrów śmieci nieco ubyło, ale za to na horyzoncie szalała prawdziwie apokaliptyczna burza. Na czarnym niebie jeden piorun walił za drugim. A my z namiotami… Im bliżej Skopje tym gorsze warunki. Podjechaliśmy szybko pod kanion, żeby zobaczyć, gdzie to w ogóle jest. Jutro przynajmniej nie będziemy tracić czasu na szukanie. W międzyczasie zahaczyliśmy o camping, a przynajmniej o coś, co z drogi jako camping się reklamowało… Wjeżdżamy przez bramę, a tam krajobraz jak po wybuchu jądrowym. Wszystko opuszczone, zaniedbane, brudne, prawdopodobnie po campingu została już tylko tablica na drodze… Nie przeszkadzało to jednak wcale miejscowym muzułmanom, którzy niezwykle licznie zgromadzeni siedzieli przy swoich namiotach… Zawinęliśmy stamtąd czym prędzej i zgodnie stwierdziliśmy, że nasza przygoda z tym krajem chyba nie potrwa długo… Cały czas zastanawiałam się, czy może nie lepiej byłoby przejechać jeszcze tych dwustu kilometrów i zatrzymać się gdzieś w okolicy Ochrydy, jako że bardzo zależało mi na tym, żeby ją odwiedzić, ale doszłam do wniosku, że zobaczymy ją kiedy indziej. Może jak kiedyś będziemy w tamtej okolicy przejazdem. Na chwilę obecną mieliśmy dużo poważniejszy problem na głowie – nadciągającą ulewę… Wiedzieliśmy, że rozkładanie namiotu gdziekolwiek miało tyle samo sensu, co spanie pod chmurką – w obu przypadkach bylibyśmy jednakowo mokrzy. W przypływie desperacji zaczęliśmy na szybko szukać darmowego wi-fi, a zaraz potem jakiejś kwatery za takie pieniądze, żeby nie zbankrutować… Po wielokrotnym wyprowadzeniu nas w pole przez GPS, w końcu trafiliśmy pod Hugo Hostel w centrum Skopje. Chłopak prowadzący hostel był ogromnie sympatyczny i uczynny – miła odmiana po kijowym pierwszym wrażeniu, jakie wywarł na nas kraj… Z przykrością poinformował nas, że nie ma już dostępnych łóżek w pokojach, ale na górze znajduje się apartament, który został na dziś zarezerwowany, jednak rezerwacji nie potwierdzono i w związku z tym może ją anulować. Normalna cena apartamentu to 50 € za noc, przy czym może nam ją opuścić do 35 €. No jak mi ktoś powie, że to nie był palec Boży, to chyba aż się zbulwersuję… 😛 Poprosił tylko, byśmy dali mu pół godziny na posprzątanie i możemy się wnosić. Idealnie się złożyło, bo akurat w tym czasie skoczyliśmy na miasto coś zjeść i, gdy już kończyliśmy posiłek, burza w końcu zawisła nad miastem. Było wszystko: oberwanie chmury, grzmoty i pioruny, a zatem atrakcji co niemiara. Ależ byliśmy szczęśliwi, że tę noc spędzimy w łóżkach, pod dachem! A z tarasu na drugi dzień widok mieliśmy taki:

20160716_090122

Rano szybko się spakowaliśmy i…nigdzie nie poszliśmy, bo klucz utknął w zamku i ani w jedną ani w drugą… Domofon, powiedzmy że był zamontowany, tyle że co z tego, skoro nie działał, więc kontaktu z chłopakiem z dołu zero… Dobrze, że przynajmniej w telewizji leciała (dodajmy, iż po macedońsku) „Świnka Peppa” i „Masza”, bo dziewczyny się nie nudziły. Nie pozostało nam nic innego jak tylko zadzwonić z komórki na numer hostelu i wezwać pomoc 😀 Na szczęście kolega szybko zadziałał i już po chwili opuszczaliśmy hostel, by wyruszyć do Kanionu Matka.

Warto było tam pojechać i spędzić prawie pół dnia, ponieważ kanion rzeczywiście wprowadza w zachwyt. Wynajęliśmy łódeczkę z przewodnikiem, który gadał po…polsku! Opowiedział nam, że już trzy lata jest z dziewczyną z Polski i, że kocha nasz kraj, a nasza flaga to jego flaga. Pomijam, że olał zupełnie innych ludzi, którzy płynęli razem z nami i naszego ojczystego języka ni w ząb nie rozumieli… Grunt, że z nami se pogadał. Gdy dopłynęliśmy do jaskiń (jednej do zwiedzania, a drugiej podwodnej), pan przewodnik opowiedział nam dużo różnych ciekawostek, podczas, gdy reszta załogi musiała zadowolić się zdawkowymi trzema zdaniami po angielsku. Po skończonym rejsie udaliśmy się na obiad i prędziutko z powrotem. Gdzie? No oczywiście, że do Serbii!!! A gdzież by indziej? Pięćdziesiąt kilometrów od granicy znaleźliśmy uroczy camping położony pomiędzy polami kukurydzy, z basenem i z najlepszą pljeskavicą, jaką jedliśmy na całym wyjeździe (a jedliśmy ich sporo). Camping ten wspominamy szczególnie miło ze względu na zarządzających nim ojca i syna, możliwość rozbicia namiotu pośród kwiatów i krzewów, czysty basen, wspaniałe jedzenie, świetnych ludzi których tam poznaliśmy (szczególnie małżeństwo Niemców i samotnego Francuza podróżującego wozem prosto z czasów dzieci – kwiatów) oraz cholernie mocną śliwowicę pędzoną przez właściciela. Cisza, spokój i rodzinna atmosfera – tak najkrócej można podsumować to miejsce. Jako, że jeden z noclegów wypadał akurat z soboty na niedzielę, w niedzielę rano podjechaliśmy do oddalonego o trzynaście kilometrów monastyru położonego przy żeńskim zakonie ortodoksyjnym, gdzie z dala od jakiejkolwiek cywilizacji, tuż przy lesie przemiło spędziliśmy blisko dwie godziny rozmawiając z jedną z sióstr na najróżniejsze tematy. Siostra poczęstowała nas kawą, kompotem i własnoręcznie pieczonymi ciasteczkami 🙂 Na marginesie dodam tylko, że tego dnia po raz pierwszy padł nam akumulator…

Kolejne miejsce na naszej trasie znajdowało się w Bułgarii. Po drodze zatrzymaliśmy się tylko na jeszcze jednym serbskim campingu, o którym właściwie lepiej nie pisać. Była to zdecydowanie najmniej przyjemna miejscówa podczas całej podróży. Zarządzający wyjątkowo niesympatyczny, okolica nieciekawa, a całość sprawiała wrażenie mocno PRL-owskie. Doszliśmy nawet do wniosku, że namiot rozłożymy tylko dla dziewczyn, a my sami przekimamy się w aucie, byleby rankiem jak najszybciej się zwijać i jechać prosto do Belogradchiku. A w Bułgarii to dopiero było wesoło… 😀

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s