Bo w życiu chodzi o to, żeby być troszeczkę niemożliwym, czyli Bałkany 2016, cz. 1

Od powrotu z niemalże miesięcznego pobytu na Bałkanach minęło już półtorej miesiąca. Post pojawia się dopiero dziś, gdyż wcześniej, najprościej rzecz ujmując, nie miałam dłuższej chwili, by siąść i w spokoju go napisać. Bez zbędnych wstępów i sztucznego przedłużania zaczynam.

Plan był następujący: Bośnia, chwila w Chorwacji, Macedonia i Bułgaria, a do tego trzy szczyty do Korony Europy – w Bośni Maglic, w Macedonii Golem Korab i w Bułgarii Musała. Początkowo plan realizowaliśmy krok po kroku w 100%, ale potem zaczęła się WIELKA IMPROWIZACJA. Opowiedzmy jednak wszystko po kolei. Na marginesie wtrącę tylko, że Eldzia też z nami pojechała 😀

Podróż zaczęliśmy od Medugorje. Jesteśmy ludźmi wierzącymi, więc nie ma co ukrywać, że był to ważny punkt na naszej trasie i od tego właśnie miejsca postanowiliśmy zacząć. Z Bielska wyjechaliśmy w sobotę, tak żeby w niedzielę rano być w sanktuarium. O 9:00 wzięliśmy udział w mszy po włosku i pojechaliśmy szukać campingu. Znaleźliśmy go szybciutko i taniutko (14 € za noc za nas wszystkich!) w odległości ok. 1,5 km od ścisłego centrum. Ugotowaliśmy obiad i migiem polecieliśmy do wodospadów Kravica, nie tylko po to, by je podziwiać (a jest co), ale przede wszystkim, aby się wykąpać! Woda była naprawdę zimniutka, co przy lejącym się z nieba żarze było wręcz zbawienne. Turystów z Polski było multum, ale jedna Pani okazała się szczególnie sympatyczna i kontaktowa, więc zamieniliśmy z nią parę słów 🙂 Kiedy wcześniej oglądałam te cuda natury jedynie w Internecie, za nic do głowy by mi nie przyszło, że będę sobie w ich otoczeniu pływać. Życie potrafi zaskoczyć 😉 Pod wieczór, gdy słońce nie grzało już tak mocno, a w wodzie nie było już tak przyjemnie, zjedliśmy lokalne danie w przybrzeżnej knajpce i w drodze na camping przespacerowaliśmy się jeszcze na Górę Objawień. Tej nocy zasnęliśmy błyskawicznie. Na kolejne 2-3 dni zaplanowaliśmy sobie błogie lenistwo w cudownej Chorwacji. Stwierdziliśmy, że trzeba odpocząć po długiej drodze i naładować akumulatory przed tym, co dopiero na nas czekało. Zanim jednak wyruszyliśmy w kierunku granicy, podjechaliśmy pod słynny Krizevac, czyli Drogę Krzyżową. Nie planowaliśmy przejść jej całej, a tylko zobaczyć jej fragment, dlatego nosidełko zostało w aucie. W trakcie podejścia zmieniliśmy jednak zdanie i stwierdziliśmy, że idziemy na sam szczyt. Podejście jest kamieniste, wszędzie pełno dość sporych głazów, drzew jest niewiele, a zatem nie bardzo ma się możliwość ukryć gdzieś przed palącym słońcem. Dodając do tego, że przez 85% drogi niosłam Weronikę cały czas na rękach, to w sumie nieśmiało mogę stwierdzić, że przeszłam prawdziwą Drogę Krzyżową… 😉 W aucie byliśmy po ok. półtorej godziny i w końcu można było ruszać do Chorwacji. W domu zaplanowałam, że zatrzymamy się w Breli, ale gdy na miejscu zobaczyliśmy jakie tam oblężenie, ruszyliśmy nieco dalej. W poszukiwaniu campingu trafiliśmy nawet na taki, co to się reklamował już chyba z 20 km wcześniej, a do którego prowadziła droga z płatnym tunelem, co totalnie nas zaskoczyło. No, ale co zrobić jak Ci nagle bramka na drodze wyrośnie… Dojechaliśmy w końcu do tego cuda, a tu pustynia… Kwadratowa i kamienista pustynia. W kanciapie po boku (przepraszam, powinnam napisać „w oazie”) siedział sobie pan. W promieniu 20 km, oprócz pana, jedynymi żyjącymi stworzeniami były cykady. Drzewa albo nie lubiły właściciela, albo nie miały pojęcia, że takowy plac w Chorwacji istnieje, gdyż nie uświadczyliśmy na miejscu ani jednego. Ziemia oczywiście twarda niczym skała, a my z namiotami. Mat pyta pana ile wyniesie nas ta przyjemność, a on, że jedyne 45 €. Noż kurna, nie dość, że pustelnik to jeszcze kabareciarz! Żałowaliśmy, że nie będzie nam dane poznać go bliżej, ale niestety cena, którą zaproponował za niewątpliwie kuszący nocleg to był nasz budżet dzienny, czyli nocleg plus jedzenie, a zatem musieliśmy ten rarytasik odpuścić… Gdy w końcu dojechaliśmy do cywilizacji, a naszym oczom powtórnie ukazało się morze, wiedzieliśmy, że gdziekolwiek nie wylądujemy, będzie super. No i było! Znaleźliśmy świetny camping z drzewami, nad samiutkim Adriatykiem, z piękną, dużą, czystą, kamienistą plażą i poczuliśmy, że jesteśmy w raju. Obok namiotu był nawet murek, na którym mogliśmy postawić kuchenkę, deskę, kubki i wszystko, co było nam potrzebne do gotowania 🙂 Kolejne dwa dni spędziliśmy więc na błogim wylegiwaniu się na plaży, kąpaniu w krystalicznie czystej wodzie, popijaniu orzeźwiającego Karlovacka, podziwianiu nocnego nieba i planowaniu dalszego pobytu. Całe szczęście, że trwało to tylko (i aż!) dwa dni, bo dłużej takiego leniuchowania byśmy nie zdzierżyli!

Nadszedł czas na powrót do Bośni. Przejechaliśmy dość spory kawałek na północ i tuż przy chorwackiej granicy o jedenastej w nocy rozbiliśmy namioty, by już na drugi dzień udać się do jednego z najpiękniejszych miejsc, w jakich do tej pory byliśmy. Strbacki Buk, bo taką nazwę nosi kompleks wodospadów znajdujący się na terenie Parku Narodowego Una, to miejsce magiczne, którego nie chce się opuszczać. Cisza, spokój, szum wody, soczysta zieleń drzew i traw przeplatająca się z błękitem nieba, kaczka płynąca z nurtem wprost do gardła wodospadu w ostatniej chwili uciekająca przed śmiercią, zero ludzi – słowem recepta na udany dzień. Wracając, zatrzymaliśmy się jeszcze nad Uną. Myślałam, że będzie się dało popływać, ale woda była tak lodowata, iż mieliśmy wrażenie, że ktoś wbija nam w nogi igły. Niemniej, jej kolor oraz to, jak wkomponowuje się w krajobraz zapiera dech w piersiach. Na brak atrakcji też nie mogliśmy narzekać, jako że miejscowi przy dźwiękach lokalnego disco polo imprezowali w najlepsze, tzn. jeden właśnie się przebudzał przy stole, jeden dla równowagi zasypiał, trzech się chichrało, a kierowca siedział i się patrzył. My się też napatrzyliśmy. A potem pojechaliśmy na obiad. Właściwie to na obiadokolację, bo pora była już mocno popołudniowa. Zamówiliśmy jedzonko i czekamy. Czas mija, my czekamy. W końcu patrzymy, a tam nasz kelnerek wysiada z auta i szybciutko popyla do kuchni z zakupami. No cóż, przynajmniej mieliśmy pewność, że wszystko było świeże. Mało tego, było pyszne, a porcje ogromne! A to wszystko za naprawdę rozsądną cenę, czyli w sumie tak jak lubimy najbardziej 🙂

Następnym punktem na naszej mapie były Jajce – słynna miejscowość, gdzie łączą się dwie rzeki: Pliva i Vrbas. Ponadto na Plivie znajduje się trzydziestometrowy wodospad, który jest chyba najbardziej rozpoznawalnym symbolem miasteczka. Dzień spędziliśmy, podziwiając ów wodospad, rozmawiając ze sprzedawcą pamiątek o wojnie w Bośni, jedząc pizzę i lody oraz szwendając się po katakumbach, szczątkach średniowiecznych obwarowań i wąziutkich uliczkach pomiędzy domami mieszkańców. Namiot rozbiliśmy gdzieś po drodze do Blagaju – kolejnego niezwykle malowniczo położonego miasteczka, gdzie tuż pod urwiskiem nad wywierzyskiem rzeki Buny mieści się Tekija – dom Derwiszów. Część mieszkalną można zwiedzać normalnie, czyli w butach i swoich ubraniach, natomiast część przeznaczoną na modlitwę można zobaczyć tylko po wcześniejszym zdjęciu obuwia i zakryciu głowy,ramion (kobiety) oraz nóg (kobiety i mężczyźni). Z Blagaju, po długiej rozmowie z przesympatycznym sprzedawcą pamiątek, poszybowaliśmy wprost do oddalonego o kilkanaście kilometrów Mostaru, by stanąć tam, gdzie łączą się dwa światy – muzułmański i chrześcijański. Oczywiście, jak można było się spodziewać, Mostar to nic jak tylko kramy z pamiątkami, budki z lodami, restauracje i człek na człeku. Ponadto bruk ułożony z kamieni – tak śliski od ilości polerujących go podeszew, że trzeba uważać jak się nogi stawia, a także „śmiałkowie” skaczący z mostu do wody, tyle że po uprzednim zgromadzeniu 25 € od turystów. Nas w Mostarze spotkała jeszcze jedna „atrakcja”: gdy wchodziliśmy do samochodu podeszła do nas mała Cyganka (8-9 lat) i bez obciachu zaczęła wpychać nam się do środka, próbując przy tym zwędzić cokolwiek. Była tak nachalna i tak niewyobrażalnie konsekwentna w swoich działaniach, że w pewnym momencie, aż zaczęłam ją podziwiać. Dobrze, że Mat nie waży 60 kg i wygląda jak wygląda, bo przynajmniej jego trochę się przestraszyła i odsunęła się od drzwi na tyle, że mogliśmy wejść do środka, zamknąć je i odjechać.

Ruszyliśmy do Tjenstiste, by w końcu pójść w jakie góry – przecież po to też tam przyjechaliśmy! Plan był ambitny – Maglic. Camping (chyba jedyny) w Tjentiste owszem, ładnie położony, duży, równy, trawiasty, ale jakiś taki bez klimatu… Nie czuliśmy się na nim dobrze. W dodatku toalety były zamknięte, więc jak ktoś miał grubszą sprawę do załatwienia to musiał dylać do hotelu oddalonego o kilkaset metrów…W promieniu 30 km nie ma żadnego jako tako zaopatrzonego sklepu, więc po rzeczy na kanapki i po mleko Mat jechał do oddalonej o tyleż właśnie stacji benzynowej.

Rano zebraliśmy się tak szybko jak tylko było to możliwe. Płacąc w hotelu za camping, dowiedziałam się, że muszę uiścić jeszcze dodatkowo 5 € (po 1 € za każdego) opłaty za wstęp do parku narodowego. Wydało mi się to nieco podejrzane, tym bardziej że różne informacje na ten temat krążą po necie, ale doszłam do wniosku, że w razie gdyby strażnik  nie chciał mi tego uznać, to na „biletach” jest pieczątka i adres hotelu, więc niech się dochodzą między sobą. Zapakowaliśmy się w samochód i ruszyliśmy przed siebie. Przygotowując się do tej trasy w domu wyczytałam, że można zaoszczędzić ok. 15 km drogi i podjechać autem na parking położony już praktycznie w górach. Wiedziałam zatem, że mamy się spodziewać „drogi szutrowej bardzo złej jakości”, ale ja nazwałabym ją inaczej: leśna wyboista droga naszpikowana kamieniami każdej wielkości, po której kilometr przejeżdża się średnio w 8 minut! Półtorej godziny z duszą na ramieniu i modlitwą w sercu, żeby opony nie przebić i wrócić cało… Pierwsze trzy czy cztery kilometry do szlabanu przy budce strażnika były jeszcze do przeżycia, ale po przekroczeniu tej magicznej granicy…jakbyśmy w dżunglę wjechali. Strażnik, nieco podchmielony, ale za to uśmiechnięty rzucił okiem na bilety, stwierdził że jak z hotelu to ok, wpisał nas do książki, podniósł szlaban i wrócił dokończyć piwo. My zaś po ponad godzinie męczarni w końcu podjechaliśmy na parking. Zerknęliśmy na znaki, no bo wypadałoby może obrać jakiś azymut i, ku naszemu zaskoczeniu, okazało się, że Maglic znajduje się 2 km od nas 😀 Tylko dlaczego piszą, że idzie się trzy godziny?! Przecież to niemożliwe. Ruszamy. Pierwszy kilometr pokonujemy w niecałe 20 minut. I co? Na kolejny mamy przeznaczyć dwie i pół? Ktoś se chyba jaja zrobił z tym znakiem. Ale moment…co jest? Drzewa się kończą, trawa się kończy, wychodzimy wprost na luźne kamienie, no i, cholera, wypadałoby wręcz iść na czworaka, żeby się nie poślizgnąć i nie spaść. Coś mi nie gra. Wiadomo, że ścieżka nie miała być spacerowa, ale o czymś takim na pewno nigdzie nie czytałam. Mimo wszystko jeszcze kilka kroków w górę. W pewnym momencie dostrzegamy dwójkę schodzących z góry ludzi. Super! Pytamy, jak daleko jeszcze, a oni z lekkim niedowierzaniem odpowiadają, że stąd to około dwóch godzin, ale że raczej nie polecają z dziećmi (zwłaszcza tym w nosidełku), bo to droga wspinaczkowa (!!!), a oni sami mają kaski i uprzęże. Szczeny nam opadły; trzeba było organizować szybki odwrót. Wytłumaczyli, że najłagodniejszy szlak na szczyt biegnie przez Trnovacko Jezero i, że właśnie tam powinniśmy się udać. I co? Nie czuwa Opatrzność? 🙂 Zleźliśmy czym prędzej, wróciliśmy do auta i wio! w przeciwną stronę. Godzina w plecy… Trudno. Gdzie dojdziemy to dojdziemy, ale idziemy. Do jeziora szliśmy niecałe trzy godziny. Droga do niego prowadząca jest niezwykle malownicza, a zarazem niewymagająca kondycyjnie. Na miejsce dotarliśmy poźno. Zbyt późno, żeby móc poświęcić kolejne trzy godziny na osiągnięcie szczytu. Podłamaliśmy się trochę. Bardzo liczyliśmy na to wyjście. Waliliśmy kupę kilometrów i spaliśmy na campingu bez kibla tylko po to, żeby móc postawić stopy na samej górze, a tymczasem nasze marzenia poszły się paść. Rozważaliśmy różne opcje: gdybyśmy mieli odpowiedni zapas jedzenia, to nad jeziorem jest możliwość wypożyczenia namiotu; a może wrócimy jutro? I co, znowu dwie godziny będziemy się tłukli tą świetną drogą? W końcu nie pozostało nic innego, jak tylko pogodzić się z tym, że jeszcze nie teraz, jeszcze nie w tym roku. Kiedyś wrócimy, na razie musimy zadowolić się podziwianiem szczytu z oddali. Być może wcale tak źle się nie stało. Spotkaliśmy bowiem pewnego przewodnika z Serbii, który trochę nam poopowiadał. Nie tylko o Maglicu i prowadzącej na niego drodze, ale też o kolejnym kraju, do którego lada dzień się wybieraliśmy. Jego opowieść sprawiła, że porzuciliśmy dotychczasowe plany i musieliśmy na szybko improwizować. Można powiedzieć, że wywrócił nam wyjazd do góry nogami, ale o tym już w kolejnej części 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s