W krainie Zlatoroga, turkusowych wód,alpejskich szczytów i bajkowych wodospadów, czyli Słowenia maj 2016

Perła Europy. Tak o niej mówią. Jakiś czas temu zaintrygowało mnie to na tyle, że postanowiłam, iż musimy to sprawdzić. Dzisiaj bezsprzecznie stwierdzamy, że Słowenia to, jak do tej pory, najpiękniejszy kraj, jaki odwiedziliśmy. Przebiła nawet Norwegię… Tym razem wypad był krótki, bo zaledwie czterodniowy, ale w najbliższej przyszłości wracamy tam po więcej!

Jako, że w drodze „do” żadnych większych przygód (poza rozbiciem przez Zuzię kubka na śniadaniu w Austrii) nie było, przejdę od razu do kraju właściwego.

Naszą przygodę rozpoczęliśmy w Bledzie, czyli krótko mówiąc, tzw. „must see” Słowenii. Auto zostawiliśmy na parkingu nieopodal jeziora, gdzie za 2€ można było stać maksymalnie dwie godziny. Pomyśleliśmy, że tyle powinno wystarczyć nam na spacer, jako że jezioro nie jest duże. Widok rzeczywiście imponujący. Górujący na skale zamek, gdzieś obok most, kościół na maleńskiej wysepce, a to wszystko skąpane w turkusowej czyściuteńkiej wodzie i otoczone alpejskimi szczytami wciąż jeszcze miejscami pokrytymi śniegiem. Po około dwóch kilometrach marszu znaleźliśmy spory kawałek skoszonej trawy, żeby usiąść i nakarmić dziewczyny gulasikiem przyrządzonym i zapasteryzowanym jeszcze w Bielsku 🙂 Obok nas swobodnie przechadzały się kaczki i łabędzie. Czas mijał nieubłaganie, ale zamiast wracać do auta, postanowiliśmy przejść się jeszcze kawałek. Gdy tak sobie szliśmy, napotkaliśmy na murku artystę, który to momentalnie nas zaczepił i, właściwie nie czekając na żadne przyzwolenie z naszej strony, zaczął opowiadać o pracach, które tworzy oraz o tym, żebyśmy wybrali jeden z jego malunków, a on na odwrocie namaluje specjalną wiadomość tylko dla nas. Cała ta przyjemność miała nas kosztować 4€. Kupa kasy – pomyślałam. Mówię, że damy mu 3 (niech będzie, przynajmniej będziemy mieć jakąś pamiątkę), a on na to, że rozumie, że rodzina, dużo wydatków itd., ale że 4€ to naprawdę niewiele, za to co robi. Ok, szlag nas nie trafi, zobaczymy cóż to za niezwykłą wiadomość nam namaluje. Zaczął od dedykacji. Oczywiście dla Weroniki i Zuzi, no bo jakżeby inaczej… Potem się przedstawił, że on jest Bobi. Skrobnął na górze datę i imię. No to mamy naszą unikalną mesydż – przyszło mi do głowy. Jednak to nie był koniec. Mało tego, teraz dopiero się zaczęło. Najpierw kontury. Śmigał tym pędzelkiem tak zgrabnie po malutkiej powierzchni kartki, że aż miło było patrzeć. Tu taka kreska, tu inne pociągnięcie, za chwilę szmatką przyciska, żeby nadmiar farby usunąć; teraz bierze cieńszy pędzelek, zaznacza wyraźniejsze rysy; stoimy przy nim bite 15 minut jak nie więcej, a on się śmieje, opowiada i maluje. Efekt końcowy sprawił, że nie tylko nie pożałowaliśmy tych 4€, ale wręcz ucieszyliśmy się, że spotkaliśmy tego człowieka. Może Mat wyszedł mu najsłabiej, jednak mimo wszystko pamiątkę mamy wyjątkową. Dlatego też, jeśli kiedykolwiek spotkacie Bobiego nad brzegiem Bledu, dajcie mu się przekonać do namalowania specjalnej wiadomości tylko dla Was 🙂 Oprócz blejskiego kościoła i Waszej podobizny dostaniecie również certyfikat i schemat idealnej kompozycji. Poniżej dowód, aby nie pozostać gołosłowną:

Gdy spotkanie z Bobim dobiegło końca, uświadomiliśmy sobie, że zostało nam jeszcze… 10 minut parkingu, a zatem biegiem do auta! Mając przed sobą perspektywę mandatu albo i, cholera, odholowania pojazdu, wracaliśmy z duszą na ramieniu. Dodatkowo, pić nam się chciało jak skurczybyk, bo słońce podgrzało powietrze do 30°C. Spóźniliśmy się dobrych dwadzieścia minut, ale, dzięki Bogu, tym razem nam się upiekło. Czym prędzej podjechaliśmy do sklepu, uzupełnić zapasy płynów i ruszyliśmy na podbój wąwozu Vintgar. Poniżej wlepiam kilka zdjęć z uroczego Bledu:

 

Tak oto z jednej bajki przenieśliśmy się do następnej. Dzikość, niezwykłe barwy, szum wodospadów, turkusowa woda – słowem przyroda w baśniowej odsłonie. Chodziliśmy jak zaczarowani, wszystko chcieliśmy uwiecznić na zdjęciu (a to przecież niemożliwe!), wszystkiego chcieliśmy dotknąć, nawdychać się tego powietrza jeszcze na zapas i wędrować. Wędrować ile tylko się da. Przechadzka nie trwa długo, bo może ok. godziny w obie strony, ale oczy i dusza mają się czym nasycić. Poniżej zaledwie namiastka tego, co widzieliśmy:

Gdy opuściliśmy wąwóz, pojechaliśmy nad Jezioro Bohinj, a dokładnie do miejscowości Ukanc, skąd następnego dnia mieliśmy wyruszyć w kolejne niezwykłe miejsca. Kemping (nad samiutkim jeziorem) znaleźliśmy praktycznie od razu, a zatem nie musieliśmy się martwić, że nie będzie gdzie spać 😉 Miejscówa była świetna, tyle że dla kamperów… Rozbić namiot na tak twardym podłożu to był wyczyn. Na szczęście mam męża wyczynowca, więc sobie poradził, ale zbyt wygodnie to nie było. Rankiem ekipa wszystko posprzątała i można było ruszać do wodospadu Savica:

Mówi się, że to Boka jest najpiękniejszym słoweńskim wodospadem. W sumie to nie wiem dlaczego. Może dlatego, że jest najwyższy? Byliśmy i przy nim, więc potem wrzucę zdjęcia, ale zgodnie uważamy, że przy Savicy wypada blado… Wodospad Savica sam w sobie nie byłby imponujący, gdyby właśnie nie jego otoczenie. Położony w samym (ściśle chronionym) sercu Triglavskiego Parku Narodowego, wśród drzew i polodowcowych głazów, spada wprost do szmaragdowego bajorka i leci dalej, by skończyć swój bieg w największym słoweńskim jeziorze – Bohinj. Z drewnianego tarasu tuż przy wodospadzie podziwiać można przepiękną panoramę Alp Julijskich oraz położony cztery kilometry dalej Vogel, będący przede wszystkim centrum sportów zimowych. Gdy tak już spoglądaliśmy na ten szczyt i znajdujący się na nim budynek, Mat stwierdził, iż intryguje go on na tyle, że chciałby tam podjechać i sprawdzić ceny kolejki wyjeżdżającej na górę. Czemu nie? – pomyślałam. W końcu spontany są najlepsze. Zeszliśmy zatem na parking, ja i Zuzuś oczywiście musiałyśmy wleźć do LO-DO-WA-TEJ wody, co by się przekonać jak bardzo jest lodowata (nogi bolały, gdy się tam stało), następnie poszliśmy kupić magnesy na pamiątkę i pojechaliśmy kuknąć na tę kolejkę. Na miejscu okazało się, że za bilet rodzinny w tę i z powrotem zapłacimy 32€. Sporo kasy, no ale kurde, być tam i nie skorzystać z takiej okazji? Może dodam na marginesie, że taki „wagonik”, który wyjeżdża na szczyt, jest w stanie pomieścić 80 osób i pokonuje przewyższenie ponad 1000 m w trochę ponad cztery minuty! Nie zastanawiając się dłużej podjęliśmy decyzję – jedziemy. Decyzja okazała się najlepszą z możliwych, gdyż, pomijając adrenalinę towarzyszącą wjazdowi (w pewnym momencie ma się wrażenie, że zaraz roztrzaskamy się o skały), widoki z góry były nie do opisania. U stóp mieliśmy całe jezioro Bohinj, z naprzeciwka uważnie przyglądały się nam potężne alpejskie  szczyty, a gdy już zeszliśmy z tarasu widokowego, odkryliśmy, że wyjechanie kolejką na szczyt to nie koniec, a początek przygody! Za budynkiem a’la schronisko roi się od przeróżnych tras narciarskich, a i pieszych szlaków na inne szczyty jest sporo. Gdzieniegdzie zalegały jeszcze resztki śniegu, więc dziewczyny mogły się poczuć trochę jak Olaf z „Krainy Lodu”, gdy śpiewał o tym, co lód może robić w lecie 😀 Wybraliśmy się na mały spacer po okolicy, ale niestety czas mijał nieubłaganie, a nas czekała już dalsza droga i poszukiwanie kolejnego kempingu. Jednakże radochy i frajdy, jaką sprawił nam ten „kolejkowy” spontan, długo nie zapomnimy. Gdy już z powrotem byliśmy w aucie, gotowi do jazdy, zauważyliśmy, że nie ma plastikowego kubka Weronisi, z którego młoda uwielbia pić wodę. Po małej retrospekcji uznaliśmy, że najpewniej musiał zostać przy magnesach. Wróciliśmy szybko do sklepiku i okazało się, że mieliśmy rację. Sprzedawczyni, gdy usłyszała, czego szukamy, szeroko się uśmiechnęła i podała kubeczek, który zdążyła już odłożyć za ladę 🙂 Odjechaliśmy w kierunku Kranjskiej Gory, zaliczając jeszcze obowiązkową kąpiel w jeziorze Bohinj, tuż przy słynnym moście i kościółku, a żegnając się z Bledem, wszamaliśmy pyszną blejską kremówę, będącą symbolem tego miejsca, cały czas odnawiając w pamięci te obrazy:

 

 

Kilkanaście kilometrów przed Kranjską Gorą znaleźliśmy rewelacyjnie położony kemping. W otoczeniu ciszy i gór, na równiutkim podłożu z trawy, a nie kamieni, gdzie dziewczyny mogły swobodnie biegać i się bawić, zjedliśmy kolację i rozbiliśmy namiot. Jedynym minusem tego miejsca był płatny prysznic – 0,5€ za cztery minuty gorącej wody. Niby niedużo, ale akurat dla nas każdy grosz na wagę złota 😛 Nazajutrz, po spakowaniu maneli pojechaliśmy nad maleńkie jezioro Jasna. Zuzia bardzo chciała zobaczyć słynnego Zlatoroga, o którym jej opowiadałam. Jak głosi jedna z najsłynniejszych słoweńskich legend Zlatorog – nieśmiertelny biały koziorożec ze złotymi rogami – był władcą Doliny Triglavskich Jezer.  Wraz z dobrymi wróżkami zamieszkiwał swój rajski ogród. Był niezwykle dobry dla ludzi i wiele im pomagał. W tym czasie w Trencie żył szynkarz, który miał chciwą żonę i piękną córkę zaręczoną z ubogim myśliwym Janezem. Pewnej zimy przez wieś przejeżdżał bogaty kupiec wenecki i zauroczył się w młodej pannie. Obiecał, że w zamian za jej rękę, da jej rodzinie worek klejnotów. Matka postanowiła zatem unieważnić zaręczyny z Janezem i dlatego zażądała, aby przyniósł dla jej córki złoty skarb Zlatoroga, ewentualnie bukiet róż triglavskich. Jako, że była zima, zadanie było niewykonalne. Janez udał się w góry, jednakże nic nie znalazł. Postanowił więc przynieść złote rogi Zlatoroga. Zranił go, a w miejscu, gdzie spadła krew wyrosła róża triglavska. Ścieżkę, po której uciekał ranny zwierz, wnet pokryły kolejne kwiaty. Janez zaczął je zbierać i znalazł się na skraju urwiska. Oślepiony złotymi rogami runął w przepaść. Gdy nadeszła wiosna, a śniegi zaczęły topnieć, w dół rzeki Sočy spłynęło pod karczmę ciało młodzieńca z pękiem triglavskich róż w ręku. Sam zaś Zlatorog, rozwścieczony ludzką niewdzięcznością, zniszczył swój rajski ogród, doprowadzając dolinę do surowego wyglądu i wraz z wróżkami na zawsze opuścił Alpy Julijskie.

Trzeba przyznać, że legenda interesująca; samo zaś jezioro Jasna warte spędzenia nad nim dłuższej chwili. My nie tylko obeszliśmy je z każdej strony, ale na pożegnanie, ja i Zuzuś rozebrałyśmy się do bielizny i zrobiłyśmy sobie konkretny chrzest. W końcu, żyje się tylko raz! Woda była lodowata, a zatem tuż po zanurzeniu biegiem poleciałyśmy do auta. Na zewnątrz było gorąco, więc po drodze zdążyłyśmy przeschnąć. Kierując się na przełęcz Vršič, przystanęliśmy przy sławnej Ruskiej Kaplicy, wybudowanej na cześć rosyjskich jeńców z okresu I wojny światowej, którzy ponieśli śmierć przy budowie drogi wiodącej na przełęcz. Co do samej drogi to muszę przyznać, że jest niezwykle malownicza i emocjonująca zarazem. Pnie się serpentynami przez dziewięć kilometrów w górę na wysokość 1611 m n.p.m! Zjeżdżając trzeba uważać, żeby nie spalić hamulców. Wrażenia niezapomniane! Zjechawszy do doliny po raz pierwszy ujrzeliśmy piękną Soczę. Najpierw rzekę, potem miejscowość o tej samej nazwie, w której to znaleźliśmy kolejny nocleg. Co do rzeki – jest niezwykła (wiem, wiem – jak wszystko w Słowenii). Nie dość, że krystalicznie czysta, to jeszcze ten kolor…Przepiękny turkus zmieniający swoją intensywność w zależności od głębokości wody. Zahaczywszy o kemping i upewniwszy się, ze między 20 – 21 spokojnie możemy jeszcze przyjechać i rozbić namiot, czym prędzej pojechaliśmy w kierunku Lepeny. Tam zatrzymaliśmy się na przydrożnym parkingu i, czekając aż Wercia się obudzi, uknuliśmy spryciarski plan, że grzejemy obiad, a potem ruszamy w las na poszukiwania wodospadu, który to rzekomo emanował uzdrowicielską energią kojącą wszelkie ludzkie bolączki. Obiad zjedliśmy, w las poszliśmy, wodospad, jak się okazało, najpierw przeoczyliśmy, ale potem do niego doszliśmy, energii naładowaliśmy do kieszeni i nim się spostrzegliśmy, trzeba było śmigać na kemping. Kemping ten zapamiętam na długo, gdyż to tam właśnie okazało się, że jednak będziemy mieli za co wrócić do domu… O co chodzi? Już tłumaczę. Wyjeżdżając z Polski, postanowiliśmy, że zabieramy ze sobą gotówkę i, jeśli się uda, to nie korzystamy z karty w ogóle. Oczywiście to nie mogło się udać, bo po drodze wpadł nam choćby nieplanowany Vogel, który szarpnął po kieszeni. Już za kolejkę na niego chcieliśmy dla bezpieczeństwa zapłacić z karty, ale transakcja została dwa razy odrzucona. Teraz, będąc w Soczy na małych zakupach, mówię Matowi, żeby na wszelki wypadek wziął też moją kartę i spróbował z niej zapłacić. Niestety…ani jedna ani druga nie przechodzi… Tym razem zmartwiliśmy się na serio, bo z trzydziestoma € przy dupie (gdzie dwadzieścia trzeba było jeszcze liczyć na kemping) i paliwem na trzysta kilometrów zbyt daleko byśmy nie ujechali… Dla pewności spróbowaliśmy jeszcze zapłacić kartą za nocleg, ale i tym razem spotkaliśmy się z odmową. W czasie, gdy Mat rozbijał namiot, a dziewczynki bawiły się na placu zabaw, ja główkowałam co jest grane. Przecież kasę na koncie mieliśmy… Byłam przekonana, że nie mamy żadnej blokady na transakcjach zagranicznych w naszym banku, a tu się okazało, że jestem w błędzie… W końcu udało mi się dojść do sedna problemu i odblokowałam to dziadostwo. Chcący upewnić się, że na pewno działa, poprosiłam właściciela kempingu o oddanie gotówki i możliwość zapłaty kartą. Nie mógł oddać mi całej kwoty, z racji tego, że transakcja automatycznie poleciała już do jakiegoś tam ichniejszego systemu, ale wypłacił mi dyszkę i tyle też ściągnął nam z konta. Udało się! Po tym wszystkim, jak tylko się umyliśmy i siedzieliśmy już w namiocie, to aż z wrażenia musieliśmy łyknąć z mężem po piwku, bo zeszło z nas ogromne ciśnienie.

Ostatniego dnia odwiedziliśmy, uznawany za najpiękniejszy w Słowenii, wodospad Boka, jednakże na nas nie wywarł jakiegoś kolosalnego wrażenia. Owszem, jest wysoki i nawet dośc szeroki, ale nie ma w sobie „tego czegoś”. Savica, jak dla nas, wygrywa bezapelacyjnie. Następnie udaliśmy się do miejscowości Tolmin, a właściwie to kawałek za nią, żeby zobaczyć wąwóz Tolminska Korita. Gdy zaparkowaliśmy, pogoda dość gwałtownie zaczęła się zmieniać. Niebo się mocno zachmurzyło, zerwał się wiatr i, jednym słowem, wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazywały, że nadciąga burza… Niemniej, nie tak łatwo nas zniechęcić, dlatego też wzięliśmy pelerynę dla Werci, kurtki dla reszty bandy i ruszyliśmy przed siebie. Pani, która sprzedaje bilety wstępu jest jedną z najsympatyczniejszych, najserdeczniejszych, a zarazem najbardziej rozgarniętych osób, jakie spotkałam w życiu. Nie dość, że rozrysowała nam na mapce, jak iść, żeby za bardzo się nie zmęczyć (praktycznie większość drogi szliśmy z górki), to jeszcze pożyczyła parasole i pelerynę dla Zuzi. Ledwie weszliśmy do wąwozu, zaczęło lać. Chwilę przeczekaliśmy na moście, ale w końcu stwierdziliśmy, że szkoda czasu – idziemy. Z deszczem bywało różnie – raz padało mocniej, raz lżej, potem znowu przechodziło całkiem. Nie wiem, czy inni zrezygnowali, czy czekali na tym moście, aż deszcz przestanie padać, ale łaziliśmy po wąwozie ponad godzinę i nie spotkaliśmy żywego ducha… W sumie to nawet byliśmy zadowoleni, że dopadła nas taka aura, bo przyroda wygląda wówczas zupełnie inaczej. Niezwykle klimatycznie. Gdy z powrotem byliśmy przy budce, rozlało się na dobre, a do tego zaczęło grzmieć. Oddaliśmy pani pożyczone sprzęty i biegiem pognaliśmy do samochodu. Wracając, przejechaliśmy po raz ostatni, na pożegnanie, przez Bled i opuściliśmy piękną Słowenię na jakiś czas.

Po dziś dzień jesteśmy zachwyceni jej pięknem i wiemy, że prędko musimy tam wrócić. Kraj może i jest maleńki, ale ogrom rzeczy, które są w nim do zobaczenia i zrobienia potrafiłby przytłoczyć niejednego… Teraz przygotowujemy się na kolejną wyprawę, która już za niecały miesiąc, a zatem wlepiam ostatnie zdjęcia i robię dalsze plany 😀

 

Reklamy

4 Comments Add yours

  1. Jest tam wiele wspaniałych i wciąż niezatłoczonych miejsc 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. asiok pisze:

      Oj tak, to prawda. I na tym też polega urok tego kraju 😊

      Polubione przez 1 osoba

  2. pawellacheta pisze:

    Słowenia… mały, ale cudowny kraj 🙂 Cztery dni to faktycznie mało, jak na krainę, która ma tak dużo do zaoferowania. Naprawdę można się w niej zakochać. Niewątpliwie największym skarbem są góry, ale polecam także słoweńskie wybrzeże z Piranem oraz stolicę – Ljubljanę, która urzekła nas swoim klimatem i położeniem.
    Nie dziwię się zachwytowi nad kolorem wody. Słoweńskie rzeki są pod tym względem rzeczywiście niesamowite 🙂
    Życzę jak najszybszego powrotu do Słowenii i pozdrawiam!

    Polubione przez 1 osoba

    1. asiok pisze:

      Bardzo dziękuję i zgadzam się absolutnie z każdym słowem. Jak Bozia da, to w przyszłym roku na pewno tam wrócimy, bo kraj jest naprawdę zachwycający! Pozdrawiam serdecznie!

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s