Kolejne dwa szczyty do KGP,reliktowe sosny i nowy przyjaciel na zawsze, czyli Majówka 2016 – Pieniny i Gorce

Pierwotnie pomysł na majówkę był inny, ale doszliśmy do wniosku, że zamienimy wypady miejscami. W ten oto sposób początkiem maja wybraliśmy się w Pieniny i Gorce, a koniec tegoż wspaniałego miesiąca spędzimy w uroczej Słowenii.

Założenie było proste: uparcie realizujemy nasz najświeższy pomysł, czyt.: Korona Gór Polski plus do tego Sokolica, no bo przecież ta słynna reliktowa sosna… 😛 Oklepane Trzy Korony włożyliśmy do szufladki: „ewentualnie, jak starczy czasu”. Wcale nie uważamy, że nie warto się tam wybrać; wręcz przeciwnie! Widoki z platformy są nieprzeciętne, ale tym razem postawiliśmy sobie inny cel.

I tak oto z domu wyjechaliśmy już w piątek, po to, żeby sobotę móc od rana spędzić na wędrówce. Na pierwszy ogień poszła Wysoka vel. Wysokie Skałki, będąca najwyższym szczytem Pienin. Szczyt z pozoru, wbrew temu co głosi jego nazwa, niewysoki. Zaledwie 1050 m n.p.m., ale jest jedno „ale”…Zdobywając go, uświadomiliśmy sobie, że, tak jak człowieka nie ocenia się po pozorach, a książki po okładce, tak i szczytów oceniać nie wolno, na podstawie samej tylko ich wysokości…

Drogę zaczęliśmy od wąwozu Homole – trasa niezwykle malownicza i przyjemna. Woda szumi, oczy chłoną wszechobecną zieleń; otoczeni skałami wędrujemy wśród śpiewu ptaków. Na szlaku dużo błota, a kamienne stopnie śliskie jak cholera, ale akurat nam to nie przeszkadza. W końcu dochodzimy do ogromnej polany, na której w oddali pasą się setki owiec. Przystajemy na chwilę, żeby poobserwować, jak trzy psy i jeden pasterz bezbłędnie cały ten majdan ogarniają i pełni podziwu ruszamy dalej. Szczyt już widać. Nie wygląda zbyt groźnie. Owszem, jest stosunkowo wysoko w porównaniu z miejscem, w którym obecnie się znajdujemy, ale przecież nie może być nie wiadomo jak wymagający… Otóż jest wymagający. Nie prowadzi na niego, jak się spodziewaliśmy, krótka i prosta droga w górę. Trzeba pokonać parę „serpentyn”, droga jest dość długa, podejścia strome, a zalegające wszędzie głębokie błoto, wcale nie ułatwia sprawy… To przy tym właśnie podejściu musiałam strzelić dość rozbudowaną gadkę motywacyjną dla Zuzki, bo, mimo iż całą drogę szła niezwykle dzielnie i szybko, to jednak tam dopadło ją zwątpienie. Na szczęście okazało się, że mówca ze mnie chyba nawet nawet, bo Młoda chwyciła mnie mocno za rękę i pocisnęła na sam szczyt. Kolejny już raz dała nam ogromny powód do dumy i udowodniła, że twarda z niej zawodniczka. 😀 Gdy już nasyciliśmy oczy i aparaty pięknymi panoramami, z łezką w oku spojrzeliśmy na nasze ukochane ośnieżone Taterki i wzięliśmy odwrót. Na słynnej polanie zrobiliśmy sobie dłuższy odpoczynek, pozwoliliśmy ciuchom przeschnąć, a Werci rozprostować nóżki po nosidełku. Ta z kolei jak już wolności zakosztuje, to spróbuj ją potem znowu tam włożyć… Jakimś cudem, po stoczonym boju, się udało i można było kontynuować powrót. Gdy zdawało się, że już prawie jesteśmy, na wspomnianych wcześniej śliskich kamieniach, Mat zaliczył upadek, który wyglądał bardzo groźnie, bo z całej siły przywalił o skałę lędźwiami, ale na szczęście po paru minutach doszedł do siebie i okazało się, że nic poważnego mu się nie stało. W tym momencie zapomnieliśmy nawet o głodzie, bo strachem pojedliśmy sobie do syta… Wróciliśmy na kwaterkę, wyczyściliśmy buty i resztę ciuchów, zapaliliśmy grilla i uczciliśmy ten niesamowicie przeżyty dzień.

Nazajutrz zaatakowaliśmy Sokolicę. Jako, że była niedziela doszliśmy do wniosku, że ten szczyt to najlepszy wybór, bo trasa jest krótka (ok. 1 h), więc resztę dnia podarujemy dziewczynkom, bo w końcu nie jesteśmy tu sami 🙂 Wędrówka na Sokolicę początkowo wiedzie przepiękną drogą między drzewami, wzdłuż brzegu Dunajca. Gdy wchodzi się w las, od razu jest pod górkę, ale podejścia są do przeżycia. Ogólnie, większość trasy przebiega dość stromo, ale dzięki temu, że jest krótka, nie męczy przesadnie. Najgorszy fragment to zdecydowanie ten, gdzie są śliskie, „wypolerowane” od butów skały i poręcze. Jego upierdliwość nie wiąże się bynajmniej z podłożem, a jedynie z tłumami turystów, którzy walą z każdej strony… No trudno, trzeba przywyknąć, że wszędzie są takie miejsca, więc albo jesteś w stanie się przemęczyć, albo odpuszczasz. My nie odpuściliśmy i nie żałujemy, bo pomijając już reliktową sosnę, dla której się tam wybraliśmy, widoki z góry są imponujące. Nie dość, że góry, to jeszcze w dole wijący się niczym wąż Dunajec, a na nim flisacy jakoby mrówki na pudełkach po zapałkach. Drogą, którą godzinę wcześniej szliśmy, pomykają rowery i spacerowicze. Chętnie zostałoby się tam dłużej, gdyby nie to, że wszędzie tłoczno. Sławetna sosna wyrasta sobie ze skały i dumnie reprezentuje szczyt. Okazuje się, że wcale nie jest ona jedynym na szczycie okazem tego niespotykanego drzewa. Kawałek niżej rosną sobie te sosenki, no ale nie czarujmy się – królowa może być tylko jedna 😉 Po udanym zejściu pojechaliśmy do przypadkowo odkrytej (dzień wcześniej, gdy poszukiwaliśmy jakiejś zupy dla Werusi, trafiliśmy właśnie tam i wywarła na nas świetne wrażenie) karczmy na obiad. Pożarliśmy jak bąki i pojechaliśmy prosto na…plac zabaw. Dziewczyny szalały do wieczora, początkowo razem, potem już tylko Zuza, bo ja zabrałam młodszą na spacer po okolicy. Wróciliśmy wymęczeni, ale przeszczęśliwi. Zasnęliśmy wszyscy w okolicach 21:00. Trzeba było się wyspać, bo kolejnego dnia czekała nas długa wędrówka…

Pogoda za oknem w poniedziałkowy poranek była, co to dużo mówić, bardzo średnia. Niebo zakryte ciemnymi chmurami, niska temperatura powietrza i przelotne opady nie zapowiadały najlepszych warunków do zdobywania najwyższego szczytu Gorców. Niemniej jednak, co by nie mówić, marsz w deszczu i tak był lepszą alternatywą, niż zostanie w pokoju. Z dziewczynami… Stwierdziliśmy, że przyjechaliśmy tu w góry i to w dodatku z konkretnym celem, więc jedziemy. Z cukru nie jesteśmy 😀 Zebraliśmy się dość późno, jako że dzień wcześniej było święto państwowe i wszystkie sklepy były pozamykane, a tu nawet chleba ni ma… Miejscowość, w której wynajmowaliśmy pokój jest trochę na bakier z cywilizacją, toteż do najbliższego sklepu było kilka kilometrów, co znacznie wydłużało czas oczekiwania na prowiant… No ale dobra, do rzeczy.

Na parkingu w Kowańcu byliśmy około południa. Oczywiście, jak na prawdziwych frajerów przystało, daliśmy się wydymać jakiemuś lokalnemu patriocie, który uparcie twierdził, że parking (jak i okalające go rozległe tereny) należą do niego i, czy się stoi czy się leży dziesięć złotych się należy 😛 Srał to pies, przynajmniej się chłopina piwa za nasze napił 😀 A propos psa… Wchodzimy do lasu (jako, że początkowy kilometr pokonuje się asfaltem), a tam kundelek sobie hasa, czarno-biały taki. Kroczy sobie z nami żwawo. Podejdzie pewnie kawałek i wróci do właściciela – myślę. Czas mija, droga leci, a piesek ciągle przy nas. Jak wybiegnie w przód, to za chwilę albo się wraca, albo na nas czeka… Naturalnie, nie muszę dodawać, że Zuza jako urodzona aktywistka Green Peace, kocha stworzenia wszelakie, a psy to już w szczególności, więc zakochała się w nowym przyjacielu niemalże od pierwszej minuty. My zwierzaka nie mamy, więc tym bardziej była uhahana, bo przynajmniej przez chwilę mogła poczuć jak to jest mieć psa 🙂 Ja i mąż, dwoje geniuszów, nie sprawdziło ile kilometrów mamy do pokonania na szczyt. Stwierdziliśmy, że skoro na tabliczce ze szlakiem (przed parkingiem) jest napisane 3h, to powinniśmy zrobić to w 2,5 h, a zatem góra 6 km i będziemy na miejscu. Okazuje się, że z parkingu na szczyt Turbacza jest do pokonania 9 km, gdyż droga przebiega baaaardzo łagodnie, bez żadnych drastycznych podejść, no i stąd też ten czas…(dodam tylko na marginesie, że pokonaliśmy drogę w 2,20 h, co uważam za całkiem przyzwoity czas, biorąc pod uwagę, że szła z nami Zuza) Wszystko byłoby ok, gdyby nie te przewalające się chmury i ciągła niepewność, czy za chwilę nie lunie. Na samym szczycie wehikuł czasu…Silent Hill…mgła, zimno, mżawka, gdzieniegdzie śnieg, zero widoczności, no słowem paskudnie… Werka zmarznięta w nosidełku, policzki bordowe, my głodni, upieprzeni błotem, spoceni, więc jak przywiało to poczuliśmy… Wzięliśmy szybki odwrót do schroniska, bo przed powrotnymi dziewięcioma kilometrami trzeba było się porządnie zregenerować. Zanim weszliśmy do środka, trzeba było opłukać buty z błociska. W końcu przyjemne ciepełko schroniska strzeliło nas w pychole aż miło. Rozdzieliliśmy się – ja z Zuzką do kolejki po pomidorówkę, naleśniki i placki ziemniaczane z sosem, a Mat z Werką na poszukiwania wolnych miejsc. Wszystko się udało, przesuszyliśmy mokre ciuchy, najedliśmy się do syta, ogrzaliśmy się, odpoczęliśmy; w międzyczasie pogłaskaliśmy parę razy „naszego” pieska, który kręcił się po całym schronisku. Ok. 16:00 zadecydowaliśmy, że trzeba wracać. Ku naszemu zaskoczeniu, na zewnątrz się wypogodziło – wyszło słoneczko, zrobiło się dużo cieplej i zniknęły chmury. Odetchnęliśmy z ulgą 🙂 Piesek ruszył z nami. Dwa kilometry od szczytu znajduje się piękna kapliczka, w której na chwilę się zatrzymaliśmy. Kundelek cały czas wiernie na nas czekał. Kilometr leciał za kilometrem i nim się zorientowaliśmy, byliśmy już na asfalcie. Na koniec piesek zrobił rzecz niezwykłą: podszedł z nami do auta, położył się przy Zuzi, żeby mogła go na pożegnanie pogłaskać i odszedł do domu… Nie muszę chyba dodawać, co się działo w aucie… Depresja, łzy rozpaczy, lament nad utratą przyjaciela i próby wytłumaczenia, że to przecież nie nasz pies, że nie można go tak po prostu komuś zabrać itp., itd…

Wtorek był dniem wyjazdowym. Początkowo mieliśmy w planach Trzy Korony, ale potem doszliśmy do wniosku, że Zuzce przyda się jednak trochę odpoczynku (w końcu trzy szczyty pod rząd to na takiego dzieciaka naprawdę COŚ!), a poza tym w domu też trzeba być o jakiejś normalnej porze. W środę do pracy i do przedszkola; nie da się wrócić na chatę o 22:00. Mamy to szczęście, że mieszkamy blisko Pienin, więc wyskoczyć tam jeszcze nieraz nie będzie żadnym problemem, a robić coś na siłę…po co?

Podsumowując, długi weekend był dokładnie taki, jakim go sobie wymarzyliśmy; aż ciężko nam w to uwierzyć, że zrealizowaliśmy plan w 100%. Zuzka zamieniła nas w pawie – tak się puszyliśmy z dumy, gdy po raz kolejny udowodniła jaka z niej siłaczka i, że tak łatwo się jej nie złamie. Bardzo chcemy, żeby Weronika poszła w ślady starszej siostry. Czy tak będzie – czas pokaże. Póki co, dzieli naszą pasję w nosidełku i nieszczególnie narzeka, a zatem optymistycznie patrzymy w przyszłość 😉

Reklamy

6 Comments Add yours

  1. Fajna wycieczka! 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. asiok pisze:

      Dziękujemy 🙂

      Polubione przez 1 osoba

  2. Dorota pisze:

    Twoje teksty są doskonałe!!! Czytam i potrafię się przenieść w opisywane przez Ciebie miejsce. Gratuluję dowcipu i „lekkiego pióra” Ucałusy Dorota

    Polubione przez 1 osoba

  3. asiok pisze:

    Dziękuję za tak ciepłe słowa, Kochana. Bardzo się cieszę czytając taki komentarz 🙂 Całuję i już niebawem wrzucam posta ze Słowenii :*

    Lubię to

  4. maneśka pisze:

    ech… tak mnie sentyment ogarnął przy czytaniu tego wpisu! kiedyś byłam na obozie i naszą kwaterą była właśnie baza pod Wysoką. Szłam tym samym szlakiem na górę (z tym że wtedy Wysoką i Trzy Korony zrobiliśmy jednego dnia, nogi to mi wchodziły sama wiesz gdzie..:P) i tak było pięknie! a plan na majówkę czaderski!

    Polubione przez 1 osoba

    1. asiok pisze:

      Oj, wyobrażam sobie, wyobrażam, gdzie Ci te nogi właziły 😀 Ale, co by nie mówić, trasa piękna – szacun! Miło mi, że pomysł Ci się spodobał 🙂
      Buziole!

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s