Zimowo w nowym roku kłaniamy się naszym ukochanym Taterkom – Morskie Oko, styczeń 2016

Ten wyjazd był niespodzianką. Niespodzianką dla Zuzi i Ali (zwanej przez nas Eldzią; jednakże genezy powstania tej enigmatycznej ksywki pozwolę sobie nie przybliżać). Był również niespodzianką i prezentem, który sprawiliśmy samym sobie. Ponadto, dla Weruni i Eldzi była to pierwsza w życiu wizyta w Tatrach. Jako, że każda pora jest odpowiednia, by podziwiać te cuda, uznaliśmy, że nie ma co czekać do wiosny czy lata – jedziemy pokazać dziewczynom jak wygląda zamrożone Morskie Oko. Do samego parkingu w Palenicy utrzymywaliśmy to w sekrecie, ale zobaczyć łzy w oczach dziecka na wiadomość o tym, że po raz pierwszy zobaczy Tatry „od środka” – bezcenne.

Naturalnie dzień wcześniej poczyniliśmy stosowne przygotowania. Po rozmowie ze strażnikiem parku narodowego, dowiedziawszy się jakie warunki panują na drodze do Morskiego, zakupiliśmy dla wszystkich poza Wercią gumowe nakładki (z mini-rakami) na buty, żeby mieć pewność, że nie wyrżniemy orła tuż za szlabanem. W końcu 9 km w jedną stronę po oblodzonej miejscami ścieżce, z dzieckiem na plecach, to wypadałoby podjąć jakieś środki ostrożności. Z czystym sumieniem mogę teraz stwierdzić, że nasze raczki uratowały nam tyłki i to więcej niż raz. Miejscami szliśmy po mokrym asfalcie, miejscami po śnieżno-wodnej ciapie, ale sporo było fragmentów, gdzie stąpaliśmy po litym lodzie… Sprawę tachania Werci rozwiązaliśmy nieco inaczej niż zazwyczaj. Nie ładowaliśmy jej do naszego sztywnego nosidełka, bo raz, że by się w zimowych ciuchach do niego nie zmieściła, a dwa: mogłoby jej jednak być za zimno. Zamiast tego pożyczyłam od mojej koleżanki (dzięki Ola!) chustę do noszenia maluchów. Przywiązałam nią Wercię do siebie, tak jakby siedziała sobie w plecaczku, dzięki czemu miałam pewność, że będzie jej dużo cieplej, niż gdyby miała siedzieć w naszym sztywnym nosidełku. Niestety, na dłuższą metę (mówię tu o tych prawie 19 km, które łącznie przebyliśmy tego dnia) dźwiganie takiego jedenastokilogramowego kloca w chuście na plecach jest upierdliwe i niezbyt wygodne. Ale dałam radę, zatem nie ma na co narzekać 😉 . Droga do schroniska upłynęła pod znakiem zbyt wielu niepotrzebnych przystanków (bo Zuzia chce jeść, potem chce pić, potem chce sikać; w międzyczasie Eldzi też się zachciało; bo Werka się wkurza – chciałaby wyleźć z chusty i głodna, to futrujemy ją batonami; bo Zuzek gubi raka, więc Mat wraca się kilometr w jedną stronę tylko po to, żeby zgubę oddała nam pani, która akurat za nami szła i go podniosła; bo Zuzce za gorąco, więc ściąga kurtkę; bo dalej jej za gorąco, więc ściąga rękawiczki; bo drugi raz gubi raka, tym razem już na dobre i tak dalej i tak dalej…). Jakieś pół kilometra przed finiszem Wera drze się już na tyle mocno, że, chcąc nie chcąc, muszę wyciągnąć ją z chusty, żeby mogła sama trochę podreptać. Wygląda na to, że rośnie nam kolejny łazik – zasuwała jak mały samochodzik 😀 Nie wspomnę o Zuzolu, który, mimo początkowego marudzenia, stanął na wysokości zadania i dzielnie przemierzył całą trasę do schroniska na własnych nóżkach. Eldzia kondychę ma bardzo dobrą, więc dla niej była to zwykła przebieżka, tyle że z sercem trzy razy większym i oczami błyszczącymi niczym oblodzone szczyty skąpane w zimowym słońcu. (O matko, ależ poetycko pojechałam!)

Wszedłszy do schroniska, rozpłaszczyliśmy się, załatwiliśmy potrzeby kto jakie miał i zamówiliśmy papu. Po blisko trzech godzinach marszu wszyscy byliśmy głodni i trochę zziębnięci, a nic tak nie poprawia samopoczucia jak gorąca micha 🙂 Wielkie było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że za krupnik, bigos, naleśniki z serem i bitą śmietaną, placki ziemniaczane ze śmietaną oraz schabowszczaka z ziemniakami i zasmażaną kapustą płacimy niewygórowane 69 zł, a w dodatku porcje są syte i PRZE-PYSZ-NE!!! Naturalnie Eldzia, jako najpotężniejszy grubas w całym naszym gronie, plackami nie pojadła i domówiła sobie bigos 😉 Na koniec napiliśmy się gorącej herbatki z cytryną, przebraliśmy srajtkowi pampersa i kilka minut po 16:00 wybraliśmy się w drogę powrotną. Szlak był zupełnie opustoszały, po bryczkach nie było już śladu, zapadał zmrok… Na szczęście i na tę ewentualność byliśmy przygotowani. Ubraliśmy czołówki, Eldzia włączyła latarkę w telefonie i można było bez obaw maszerować. Oczywiście, nie mogło być zbyt sielsko anielsko, dlatego też Bambaryła postanowiła zakoncertować mi na plecach. Darła się tak, że Panie dzięki Ci, iż większość śniegu stopniała przed naszym przyjazdem, bo inaczej lawiny zeszłyby chyba z wszystkich okolicznych szczytów. Cud, że Mnichowi kaptur nie zleciał… No i co tu robić? Bądź człowieku mądry i pisz wiersze. Podbiegam, kłusuję jak ten koń, uspokajam, mówię: Weruniu cichutko, jeszcze tylko dwie godzinki marszu i będziemy w autku, a ta jeszcze głośniej. W końcu zaczynam śpiewać. „Ach śpij, kochanie”, „Na Wojtusia”, „My jesteśmy kotki dwa”; repertuar mi się poszerza z każdym krokiem, ale jest! Udało się! Działa! Bąbel słucha i jej pasi. W duchu dziękowałam Bogu, że nikt inny tą drogą nie szedł. Pomyślcie, jaki widok: baba zdyszana, to biegnie, to się kiwa na boki, piosenki dla dzieci śpiewa – no pomylona. No, ale nieważne środki, grunt, że cel osiągnięty. Zuzolinek dzielnie maszerował przez większość drogi, ale ostatnie trzy kilometry pokonała już na tatusiowym karku. Czego by nie mówić, z piętnaście przeszła tego dnia jak nic! Po raz kolejny udowodniła jakie z niej dzielne stworzonko 🙂 Eldzią z kolei możnaby role orać i nie czułaby zmęczenia, więc podejrzewam, że gdybym przy Wodogrzomtach nagle przypomniała sobie, że zostawiłam w schronisku rękawiczki i poprosiła ją, żeby się po nie wróciła, to pewnie rzuciłaby tylko: ok, to idźcie do auta i poczekajcie na mnie, zaraz wracam.

I tak oto upłynął nam styczniowy dzień w sercu Tatr. Już za nimi tęsknimy i planujemy kolejne wizyty. Mamy na ten rok kilka wybranych tras, ale póki co głośno o nich nie mówimy. Zrobimy wszystko, żeby udało się te plany zrealizować, bo Tatry to nasza zwariowana miłość. Mamy bzika na ich punkcie od niepamiętnych czasów, a dwa dni temu oszalała z ich powodu moja kochana chrześnica. Wera też je już kocha, tylko jeszcze o tym nie wie 😉

Reklamy

2 Comments Add yours

  1. Maneśka pisze:

    czyli kolejny raz okazuje się, że spontan najlepszy!! 😀

    Polubione przez 1 osoba

    1. asiok pisze:

      Na to wygląda 🙂 chyba te nasze wyjazdy już zawsze takie będą 😀

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s