Inaczej niż do tej pory – Praga, Sylwester 2015 w komplecie

Kolejny już nasz stolicowy Sylwester. Piąty. Inny. W każdym tego słowa znaczeniu. Już z założenia miał być inny. Z założenia, bo od początku wiedzieliśmy, że jedziemy z dziewczynami. Nie było nieoczekiwanej zmiany planów, nie było zmiany w rezerwacji. Wszystko było jasne od początku. Jeden nocleg, zwiedzanie tyle o ile, nic na siłę, wrócimy latem 🙂 Po co w takim razie? Jak to po co? Bo nie lubimy siedzieć w domu. Bo ten Nowy Rok trzeba przywitać wyjazdowo, co by późniejszych wyjazdów wszelakich było jak najwięcej.

Szczęście, że nie jesteśmy typowymi „zwiedzaczami”, co to listę atrakcji muszą odhaczyć, bo inaczej wyjazd nieudany. Gdyby tak było, to pewnie nigdzie byśmy się nie ruszali, bo z dzieciakami wyjazdy są inne. Inne nie znaczy gorsze czy mniej atrakcyjne. Wręcz przeciwnie. Przede wszystkim, chcąc nie chcąc, musimy być dobrze zorganizowani. Zawczasu pewne rzeczy trzeba zaplanować i przewidzieć, żeby potem nie obudzić się z ręką  w nocniku. My np. ugotowaliśmy w domu zupę i w termosie zabraliśmy ją do Pragi, po to, żeby w Nowy Rok nie martwić się czy cokolwiek będzie otwarte, żeby dziewczyny mogły się najeść. Musieliśmy pomyśleć o podgrzewaczu, przetwornicy do auta, mleku, kaszce i zestawie czyszcząco-pielęgnującym do tyłka, na wypadek, gdy Werci zachce się jeść (a to, że się zachce jest pewne!), a to, co nie nada się na budulec, zutylizować. Dodatkowo, fakt, że wybraliśmy się zimą tylko dodawał smaczku naszemu wypadowi.

Do Pragi dojechaliśmy szybko, bo w pięć i pół godziny. W pensjonacie zameldowaliśmy się przed 15:00. Zostawiliśmy plecak, zgarnęliśmy sprzęty foto-video i ruszyliśmy w bój. Właściciel hotelu (niezwykle kontaktowy i sympatyczny) wytłumaczył nam jak najlepiej dostać się do centrum, gdzie jest dworzec kolejowy i, ponadto, wyposażył nas w mapkę linii metra oraz godziny przyjazdów i odjazdów pociągu. Ostrzegł tylko, żebyśmy uważali o północy w ścisłym centrum, bo Czesi dużo piją, robią się agresywni i mają przy sobie mnóstwo fajerwerków. Wiedzieliśmy, że z Wercią (z Zuzią zresztą też) do północy na mrozie nie będziemy się włóczyć, bo to byłoby skrajnie głupie i nieodpowiedzialne. Nie przyjechaliśmy na fajerwerki. Przyjechaliśmy, by po raz kolejny przeżyć i zobaczyć coś nowego. Spędzić razem ten wyjątkowy czas.

Po zęby uzbrojeni wyruszyliśmy. Do stacji doszliśmy w ok. 7 minut. Pociąg przyjechał po kolejnych czterech. Dla dziewczyn była to nie tylko nowość, ale też frajda. Weruś rozglądała się na wszystkie możliwe strony, a Zuzia testowała siedzenia i otwierane guzikiem drzwi. Za radą właściciela pensjonatu, czekaliśmy cierpliwie, aż przyjdzie konduktor, u którego kupimy bilety. Nie przyszedł… Praga przywitała nas zatem darmową przejażdżką 🙂 Nasza baza była oddzielona od końcowej stacji Masarykovo o trzy przystanki, czyli ok. 12 minut jazdy. Wyszliśmy z dworca, a tu z jednej strony Hilton, z drugiej Marriott, z trzeciej jeszcze jakiś inny moloch. Uciekliśmy w popłochu od tych luksusów i spacerkiem doszliśmy do ścisłego centrum. Nie byliśmy szczególnie zadowoleni z takiego obrotu spraw, jako że wszyscy byliśmy głodni i akurat w tym momencie wolelibyśmy znaleźć się trochę bardziej na uboczu, bo tam zawsze więcej knajpek. Ciuchy od projektantów, czy różnego rodzaju sławne przybytki są fajne, ale jak się ma pełny brzuch.

No i się zaczęło. Zuza mówi, że ją skręca. Szybko skumaliśmy, że to dość pokaźna awaria, gdyż na codzień nasze starsze dziecko odżywia się energią słoneczną, a usłyszeć od niej  magiczne słowa jestem głodna, to tak jakby Nergal powiedział, że co niedzielę chodzi do kościoła… Wrzuciliśmy piąty bieg i szukamy. Knajpy są. Nawet dużo. Tylko co z tego, skoro albo Turki, albo prosto znad Gangesu, albo McDonald’s i tego typu twory… My MUSIELIŚMY znaleźć normalną restaurację z NORMALNYM (najlepiej regionalnym) jedzeniem, gdzie będziemy mogli zamówić Werusi zupę, a Zuzuś zje coś trochę zdrowszego i bardziej pożywnego niż frytki. No i znaleźliśmy. Typowa czeska kuchnia, miły wystrój, ciepełko. Wchodzimy. Podchodzi kelner i pyta na jakie nazwisko rezerwacja. Domyśliłam się, że jest źle, ale próbuję mimo to. Może tak tylko pyta. Mówię, że nie mamy rezerwacji, a on, że sorry, ale bez rezerwacji to ahoj! Przeraziliśmy się, że  w końcu dziś Sylwester i tak może być wszędzie. No ale przecież nie zrezygnujemy. Gdzieś coś na pewno się znajdzie. Powtarzam to Zuzce jak mantrę, bo widzę, że dziewczyna niknie w oczach. Wera podkręciła regulator i, jak do niedawna było ją słychać tylko do strefy trzeciej, tak teraz myślę, że i na przedmieściach ludzie dowiedzieli się, że ktoś tu jest bardzo głodny… Muszę przyznać – byłam na siebie wściekła. Zupę na Nowy Rok im kurna ugotowałam, a sylwestrowy obiad schrzaniłam aż miło. Kolejna restauracja. Pcham ten wózek w nadziei, że w końcu siądziemy, a tu facet już zza drzwi macha do mnie, że FULL! Macha jak Gandalf: You shall not pass! No to zawrótka. Idziemy dalej. Im dalej od centrum tym więcej knajpek. Tylko co z tego, skoro 90% z nich to bary z piwem! Piwo takie, srakie i owakie. Są też kawiarenki do wyboru do koloru, a zupy jak nie było tak ni ma. Próbujemy dalej. Wchodzimy. Wita nas pani kelnerka. Uśmiechnięta, serdeczna, kontaktowa. Jest nadzieja. Patrzy na nas i myśli… Dobry znak – szuka nam stolika. Pyta, czy długo zabawimy, bo przy tamtym stoliku na 19:00 jest rezerwacja. Na zegarku dopiero 17:00. O 19:00 to po nas już tu śladu nie będzie! My tylko jemy i spadówa! No to chodźcie 😀 Jakby mnie kto do nieba uniósł. Rozbieramy się, siadamy, bierzemy karty. Jest przyjemnie, cieplutko, gra muzyka, otaczają nas książki, a w powietrzu unosi się przecudny zapach, zapach jedzenia – prawdziwie domowa atmosfera. Przekopujemy kartę najpierw z myślą o dziewczynach. Rozmawiam z kelnerką i upewniam się, że zupa cebulowa z grzanką z serem nie jest ostra i nadaje się dla Weronisi. Ok, jedna z głowy. Teraz Zuzik. Tu jest trudniej, ale w końcu wybór pada na pstrąga. Przynajmniej mam pewność, że zje, bo ryby lubi. Do tego brambory i jesteśmy w domu. My oczywiście po piwku i gulasz z knedlikami. Gdy tak zadowoleni czekamy na jedzonko, wita się z nami kolega Werci. Chłopiec mniej więcej w jej wieku, trzymany na rękach przez swojego tatę. Obaj śmieją się do nas i machają. My oczywiście nie pozostajemy dłużni. Dodajemy do zestawu powitalnego hello! i już pierwsze lody przełamane 🙂 Chwilę później Wercia dostaje zupę. Bardzo dobrze się złożyło, że została obsłużona jako pierwsza, bo przynajmniej będzie szansa, że zjemy nasze dania w spokoju. Oczywiście nie muszę dodawać, że spałaszowała wszystko… Gdy kończyła, podano danie Zuzi, a zaraz po nim gulasz. Nie wiem, czy byliśmy aż tak wygłodzeni, czy o co chodzi, ale jedzonko było po prostu wyśmienite! Kto by pomyślał, że zwykłe pieczone ziemniaki, czy drożdżowe kluchy z sosem mogą dać człowiekowi tyle radości! Poczuliśmy się, jakby nam kto drugie życie darował. W duchu modliłam się tylko, żeby Wera nie stwierdziła, że czas na kupę, bo byłaby bieda przebrać ją na mieście, zwłaszcza, że opatulona i schowana w owczej wełnie w wózku nie bardzo dałaby nam szansę wyczucia grubszej sprawy…

Ok. 18:00 opuściliśmy lokal i poszliśmy na wieczorno-zimowo-sylwestrowy spacer. Co rusz w powietrzu unosił się charakterystyczny zapach palonego zioła, a sklepy, ulice i restauracje tętniły życiem. Na placu obok Ratusza Staromiejskiego była mała scena, na której występowali różni artyści. Potańczyłyśmy sobie z Zuzikiem trochę, a potem wszyscy skierowaliśmy się w stronę Wełtawy i mostu Karola. Hradczany robią wrażenie nie tylko za dnia, ale również i nocą. Do samego mostu nie szliśmy – stwierdziliśmy, że zostawiamy go sobie na Nowy Rok. W zamian za to pobawiłyśmy się z Zuzą w berka 😀

I tak snuliśmy się to tu to tam. Właziliśmy w uliczki, przyglądaliśmy się ludziom i różnościom, które można kupić w sklepach (np. piwo czy ciastka z konopiami…) Na jednej z ulic stał jeden z wielu mimów. Jako, że strój miał bardzo podobny do Zuzy, zrobiłam im razem zdjęcie 🙂

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy chłopaku, który nie tylko grał i śpiewał popularne przeboje, ale również żywo zabawiał i nawiązywał kontakt z ludźmi, zachęcając ich m.in. do śpiewania wraz z nim. No mnie i Zuzki dwa razy prosić nie trzeba… Nawet nie zauważyliśmy kiedy zrobiło się po dziewiątej. Pociąg odjeżdżał coś koło wpół do dziesiątej, więc pognaliśmy w stronę dworca. Tym razem mieliśmy dość czasu, żeby kupić bilety, więc postanowiliśmy naszego szczęścia nie nadwyrężać i wyskoczyć z tych 42 koron. Opłaciło się, bo konduktor zaczynał żniwo od naszego przedziału, więc i tak byśmy się nie wywinęli.

W hotelu byliśmy przed 22:00, a zatem później niż zakładaliśmy. Zamówilismy sobie do pokoju piwko, zrobiliśmy małej mleko i położyliśmy ją spać. Pięć minut. Tyle zajęło jej dotarcie do Krainy Snów. Zuzia, niestrudzona jak zwykle, rysowała sobie w najlepsze. Jednak pół godziny wystarczyło, żeby i ona zasnęła. Mało brakowało, a ja także padłabym jak mucha w listopadzie. Pięciogodzinny spacer na lekkim mroziku zrobił swoje i kiedy przekroczyłam próg cieplutkiego pokoju ogranęła mnie taka błogość, że co tam północ… Na szczęście mąż czuwał. Stwierdził, że co jak co, ale fajerwerki to choćby przez okno musimy sobie pooglądać 🙂 No i pewnie, że pooglądaliśmy. Złożyliśmy sobie życzenia i zasnęliśmy jak dzieci.

Nazajutrz zjedliśmy pyszne śniadanko, spakowaliśmy graty, których na szczęście nie było dużo i pojechaliśmy do centrum. Znaleźliśmy darmowy parking, zapakowaliśmy Małą w wełnę i wybraliśmy się na spacer. Spacer niebawem zamienił się w poszukiwanie…lodów. Tak, lodów! Co tam, że jest środek zimy i wszyscy szukają na ulicy czegoś, co by ich rozgrzało. Zuzia twierdzi, że każda pora roku jest odpowiednia, żeby wtrząchnąć loda. Jedyne, jakie znaleźliśmy to McFlurry w Macu za Mostem Karola, więc innego wyjścia nie było – trzeba było kupić. Jakby ktoś nie znał naszego dziecka, to po jej reakcji stwierdziłby, że  to był jej pierwszy lód w życiu… A wracając na chwilę do samego mostu – Zuza i w tej kwestii nie zawiodła. Pyta mnie kim to był ten Karol (nie wiedzieć czemu, niezwykle ją ta postać zaciekawiła), to jej mówię, że królem, a ona na to: ahaaaaa, bo ja myślałam, że to był jakiś chłopiec… Dzieci i ich wizja świata 😀

Miłym elementem spaceru było dojście do ściany Lennona. Nie wiem, na ile jest to znane w Pradze miejsce, ale mnie zależało, żeby tam pójść z jednego względu. Mówi się, że ściana ta jest symbolem wartości takich jak miłość i pokój. Dla mnie jest ona przede wszystkim symbolem walki z reżimem i niepoddawania się mu. Ilekroć bowiem komunistyczne władze nakazywały różnorakim instytucjom usuwać malowidła ze ściany, na drugi dzień na murze na powrót wykwitały nowe dzieła.

Chciałabym wspomnieć jeszcze o jednym wartościowym spotkaniu tego dnia. Otóż, gdy wracaliśmy pomału do samochodu, przystanęliśmy na chwilę przy muzyku grającym na instrumencie, którego do tamtej pory nie znałam. Wygląda on tak:

Gdy facet skończył grać, postanowiłam zamienić z nim parę słów. Jako, że był bardzo serdeczny, chętnie ze mną porozmawiał. Dowiedziałam się, że instrument nazywa się hand pan, został wynaleziony w Szwajcarii ok. 15 lat temu i gra się na nim mając do dyspozycji zaledwie dziewięć dźwięków. Bardzo ciekawa muzyka, muszę przyznać.

Wróciwszy do samochodu nie byliśmy jakoś specjalnie przybici tym, że wyjeżdżamy, bo Praga jest blisko i w lecie wybieramy się tam ponownie, tyle że na dłużej. Wówczas bez obaw będziemy mogli spacerować do późna, nie martwiąc się, że dziewczyny zmarzną. Będzie to fajna okazja do poznania bliżej tego pięknego miasta i jego historii.

W kierunku domu wyruszyliśmy przed 15:00. Zatrzymaliśmy się na stacji, żeby nakarmić dziewczyny (sławetną zupą) i przebrać Werci pampersa. Okazało się jednak, że zabawimy tam nieco dłużej… Stała się rzecz, która nie przytrafiła nam się nigdy wcześniej. GPS zwariował i za cholerę nie chciał się odpalić. Jak na złość papierowej mapy nie mieliśmy, więc trzeba było odinstalować to ustrojstwo i ściągnąć na nowo najpierw aplikację, a potem mapy. Szczęście w nieszczęściu, łapnęliśmy darmowe wi-fi, więc po godzinie (!) w końcu ruszyliśmy. Ok. 19:00 Werusia zrobiła się głodna, a jakże! Co robimy w takiej sytuacji? A co mamy robić? Wyciągamy przetwornicę, podpinamy do niej podgrzewacz, wlewamy wodę, wkładamy butelkę z mlekiem, czekamy aż woda się zagotuje celem zagrzania mleka, dodajemy kaszkę, gorącą wodę wlewamy do butelki po soczku, odwracamy się i karmimy dziecko. A to wszystko ani na chwilę nie zatrzymując auta. Tak mniej więcej wygląda przepis na szczęśliwą Weronisię. Jakby tego było mało, po przejechaniu około dwustupięćdziesięciu kilometrów, pogoda diametralnie się zmieniła. Temperatura spadła do -6 ºC, przez co mokre wcześniej drogi pokryły się warstwą lodu, na który bezustannie padał śnieg! Pół biedy, gdybyśmy jechali po prostej drodze, a nie po sinusoidzie!!! Jednej górki nie zapomnę do końca życia. Zmobilizowałam wszystkich, absolutnie wszystkich Świętych w Niebie, żeby pomogli nam z tego wyjść cało. Górka nie dość, że cholernie stroma, to jeszcze przed nami pół drogi zajmuje rozkraczona ciężarówka, a za nami autobus, który z kolei sprawiał wrażenie, że bardzo się mu spieszy… A pośrodku my…3 km/h i dwie dusze na ramieniu (pozostałe dwie niczego nieświadome spały). Cudem, ale udało się. Te tragiczne warunki ciągnęły się przez 30 km! W końcu, jakieś 20 km przed Ostrawą, drogi były już odśnieżone. W takich momentach jak ten, człowiek faktycznie zdaje sobie sprawę, jak niewiele czasem trzeba, żeby pożegnać się z życiem…

Nie mam zamiaru jednak kończyć przygnębiającym akcentem, dlatego podsumowując stwierdzam, że mimo iż ten Sylwester był tak różny od poprzednich i pomimo, że spędzaliśmy go z dzieciakami, to przeżyliśmy prawdziwie radosny i obfitujący w emocje czas, którego nie zamienilibyśmy na nic innego. No dobra, może byśmy zamienili. Na jakąś ciepłą wyspę z białym piaskiem i czystą wodą, ale wierzę, że to wciąż jeszcze przed nami. 😉 Nasza przygoda rozpoczęła się jakiś czas temu, może i nie rozwija się w szaleńczym tempie, ale trwa cały czas. Chcemy, żeby trwała, żeby stopniowo przechodziła w coraz dłuższe i dalsze podróże i wszystkie nasze wysiłki będziemy szczególnie w tę stronę kierować – tego właśnie w tym Nowym 2016 Roku sobie życzymy 😀

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s