5:20 – pierwsi i jedyni na szczycie, czyli Diablak w grudniu 2015

To było czyste szaleństwo. Coś, co chcieliśmy zrobić już od dłuższego czasu, coś o czym marzyliśmy. I zrobiliśmy! Poszliśmy, nie zabiliśmy się i wróciliśmy przeszczęśliwi. Ale zacznijmy od początku.

Wschód słońca w górach – ten temat już od dłuższego czasu łaził mi po głowie. A jak coś mi po niej łazi, to w końcu i wyłazi – tak musi być i już. Czasami udaje się w miarę szybko, czasami muszę poczekać dłużej, ale, koniec końców, upór zwycięża. Tak było i tym razem. Czynników zbiegło się wiele: nieznośna wręcz tęsknota za górami, Babia zaniedbana w tym roku (wstyd!), przemożna chęć ujrzenia jak słońce budzi się w górach, no i przede wszystkim zrobienie kolejnej rzeczy po raz pierwszy, czyli górska wędrówka zimową nocą. Jakby te powody były dla kogoś niewystarczające, dorzucę jeszcze konieczność przetestowania nowych, świeżutko zakupionych sprzętów: kurtek, rękawiczek i mojego prezentu urodzinowego od męża – czołóweczki  😀

Trzeba było tylko (i aż) ogarnąć kwestię opieki nad małolatami. Tu z pomocą przyszły moje kochane Kuzyneczki, którym w tym miejscu pragniemy jeszcze raz serdecznie podziękować, bo gdyby nie one, to ta wyprawa nadal wisiałaby w sferze marzeń…Przygotowania do wędrówki poczyniłam jak nigdy dotąd. Zadzwoniłam nawet do GOPRu, ażeby tylko upewnić się, że w ogóle wpuszczą nas w nocy na teren parku i, że pogoda jest w miarę. Przyznaję bez bicia – trochę byliśmy przestraszeni, bo w końcu wiemy co potrafi Babia i, że z nią nie pożartujemy jak będzie nie w humorze. A humoru to ona zdecydowanie częściej nie ma niż ma… Ci, którym mówiliśmy o swoim pomyśle, raczej starali się wybić nam go z głowy, proponując alternatywnie np. Klimczok. Było to coś w stylu: siedzielibyście na dupach, no ale skoro już gdzieś musicie iść to idźcie na Klimczok. Przynajmniej są duże szanse, że wrócicie. 😉 Ja jednak z uporem maniaka zawzięłam się na moją ukochaną i stwierdziłam, że spróbujemy, nawet jeśli mielibyśmy jej nie zdobyć.

Wyjechaliśmy ok. 00:30. Z Bielska do parkingu na przełęczy Krowiarki, z której to zaczynaliśmy wędrówkę, jedzie się ok. 1,5 h. Stwierdziliśmy, że skoro latem droga na szczyt (wg drogowskazów) zajmuje 2,40 h, to zimą pójdziemy ze 4 h jak nic! Pomijam fakt, że oboje byliśmy po całym tygodniu niedosypiania i harówy, a ja na drugi dzień miałam iść na koncert. Ale kto by tam spał, kiedy góry czekają! Auto pokonywało kolejne kilometry, mnie się przysnęło (czasem zastanawiam się, czy nie mam narkolepsji, bo potrafię zasnąć bez względu na porę, miejsce i okoliczności), a im bliżej przełęczy tym więcej saren stało przy barierkach wzdłuż drogi. Mat jechał sobie tak swobodnie, że z tego wszystkiego minął parking i mało brakowało, a jeszcze w Nowym Targu moglibyśmy wylądować! 😛 Na szczęście dość szybko zorientowaliśmy się, że chyba ciut za daleko się wypuściliśmy i migusiem zawróciliśmy. Znaleźliśmy parking, przywdzialiśmy nasze eskapadowe odzienie i wyruszyliśmy. Wejście na teren Babiogórskiego Parku Narodowego było tak śliskie, że pomyślałam, iż nie lada sukcesem będzie dojście nie na szczyt, a na początek szlaku! Niemniej jednak udało się. Umęczeni, jeszcze przed jakimkolwiek wysiłkiem, zaczęliśmy przygodę. Szło się nienajgorzej, bo śniegu było mało, ale jak już był to śliski skurczybyk i trzeba było uważać, żeby nie wywinąć orła i nie spaść z hukiem tam skąd przyszliśmy. Początki były ciężkie. Trzeba było wyregulować sobie oddech, a przy zmęczeniu i chęci zapadnięcia w zimowy sen, był z tym mały problem. Po paru minutach jednak się udało i szło się już całkiem przyjemnie. Zmęczenie też jakby się oddaliło i teraz została już tylko dalsza wędrówka. A każdy krok przybliżał nas do celu 🙂

W końcu wyszliśmy z lasu i zaczęła się kosodrzewina – to dobry znak, bo świadczy o tym, że jesteśmy już w miarę wysoko. Niebo było czarniuteńkie. Gwiazdy połyskiwały, księżyc krył się za mglistą poświatą, a na horyzoncie rysowała się wyraźna linia chmur, która niebezpiecznie zdawała się zasnuwać niebo. To był pierwszy raz tej nocy, kiedy się przestraszyłam i przez ułamek sekundy pomyślałam, że być może pogoda zmusi nas do odwrotu. Nic na ten temat jednak głośno nie powiedziałam. Szliśmy dalej. Im wyżej tym bardziej zaczęliśmy odczuwać wiatr. Początkowo tylko leciutkie podmuchy od czasu do czasu przemykały pomiędzy kosówką. Jednakże dopiero, gdy krzaki się skończyły a my wkroczyliśmy w otwarty teren, poczuliśmy przedsmak tego, co nas czeka. Na wysokości ok. 1600 m wiało już non-stop, a pod skórą czułam, że wyżej będzie jeszcze gorzej. Nie pomyliłam się. Z każdym kolejnym krokiem wiatr się nasilał. Był szybki, porywisty i niesamowicie lodowaty. Nomen omen, dobrze się złożyło, że śnieg był całkowicie pokryty lodem, bo inaczej, przy takim wietrze, huragan śnieżny gwarantowany. Dodatkowym utrudnieniem było to, że w pewnym momencie, tak po prostu, ślady, które wcześniej tworzyły w miarę jednolitą ścieżkę, teraz albo całkowicie znikały albo rozchodziły się w różnych kierunkach. I tu egzamin, celująco wręcz, zdał mój prezent urodzinowy. Gdyby nie zasięg tej czołówki, to nie wiem dokąd byśmy doszli, ale wysoce prawdopodobnym jest, że Diablaka minęlibyśmy bokiem… Latarka świeciła na tyle mocno i daleko, że bez problemu dostrzegałam kolejne czerwone słupy wyznaczające trasę i dzięki temu wiedzieliśmy gdzie się kierować. Najgorsze było to, że zaczęło potwornie ssać mnie w żołądku, ale gdzie na takim wietrze kanapki wyciągać i jeść?! Nie było wyboru – trzeba było iść. W końcu coś tam już w oddali takie jakby wyższe, czarne i nieco szczyt przypominające się wyłoniło. Rzuciliśmy się jak szczerbaty na suchary, ale to jeszcze nie był on… Nagle wiatr mocno przybrał na sile. Musieliśmy przykucnąć za czymś co mogłoby robić za mini-ściankę, żeby obgadać dalszy plan. Za cholerę nie wyobrażałam sobie teraz odpuszczać, bo czułam, że jesteśmy naprawdę blisko, ale z drugiej strony wiedziałam, że żartów nie ma. Jeden błąd, niewłaściwa decyzja, a tam, w dole przecież nasze Dziewczynki czekają… Wspólnie postanowiliśmy, że idziemy jeszcze kawałek; jeśli do pięciu minut szczyt się nie odsłoni, zawracamy. I co się okazało? Tę decyzję podjęliśmy…3 minuty przed szczytem! Stanęliśmy na nim, sama nawet nie wiem jak i kiedy. Gdy to jednak do mnie dotarło, rozryczałam się jak małe dziecko. Nie mogłam w to uwierzyć. Od początku myślałam, że się nie uda, że będziemy musieli zawrócić, że pogoda nam nie pozwoli, a tymczasem już o 5:20 byliśmy na samiutkiej górze! Pierwsi i jedyni o tej porze. Gdybym wiedziała, że wyjdziemy wg znaków, to może chociaż ze dwie godzinki byśmy się w domu kimnęli i wyjechali poźniej. Następnym razem będziemy już bogatsi o tą wiedzę. Nie tracąc ani chwili, czym prędzej wyciągnęliśmy kanapki i, co najważniejsze, gorącą herbatę z sokiem malinowym, która w tamtym momencie była dla nas najcenniejszym skarbem. Schroniliśmy się za murkiem, zjedliśmy, wypiliśmy i stwierdziliśmy, że nie ma szans, żeby blisko dwie godziny czekać tu na wschód. Musimy zejść niżej, bo ten wiatr jest zabójczy! Zwinęliśmy się zatem i ostrożnie rozpoczęliśmy zejście. W oddali było już widać czołówki tych, którzy wycyrklowali sobie czas idealnie (a może po prostu nie byli już takimi świeżakami jak my? 😉 ). My z kolei, gdy znaleźlismy się na stosunkowo „małowietrznym” terenie, a horyzont zmienił barwę z czarnej na żółto-niebiesko-różowo-fioletowo-szarą + 1500 innych odcieni, postanowiliśmy ponownie się zatrzymać i uwiecznić te widoki. A widoki warte były wszystkiego: zmęczenia, trudu, strachu, cieknącej wody z nosa i o wiele wiele więcej. Jeden krajobraz łaczący w sobie tak mnóstwo różnych elementów: z jednej strony wciąż jeszcze granatowe nocne niebo z księżycem, gwiazdami i planetami, przechodzące w niebo poranne przystrojone w kalejdoskop barw; do tego wkomponowane chmury tak gęste i kłębiaste, że zdawały się tworzyć morze, które zalewa wszystko to, co w dole; a jakby tych cudowności było mało, to z tego morza chmur, na fioletowym tle malują się postrzępione szczyty Tatr… Mój Boże, tyle wygrać… 🙂 A potem depresja, bo człowiek nie chce schodzić, bo chce tam być, tylko być i się gapić i chłonąć i ładować duszę radością.

Na szczęście było do kogo wracać i to ściągnęło nas w dół. Wiedzieliśmy, że te małe kobzy za chwilę się obudzą i strasznie chcieliśmy już z nimi być. Zrobiliśmy coś fantastycznego, coś o czym marzyliśmy od dawna i co jeszcze nieraz zrobimy, ale na tę chwilę wędrówka dobiegła końca. Przywitaliśmy nowy dzień z ukochanym Diablakiem i wróciliśmy, żeby spędzić go z naszymi małymi łazikami, które kiedyś, daj Boże, będą wyczyniać to co i my, może nawet razem z nami! 😀

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s