9 godzin w górach, zakaz łowienia ryb, upał, pot i łzy…szczęścia, czyli Piwniczna-Zdrój 2015

Nasz tegoroczny sierpniowy wyjazd do Piwnicznej był pierwszą, lecz nie ostatnią, okazją zapoznania się z Beskidem Sądeckim. To, jak się tam znaleźliśmy to już zupełnie inna historia… 😉

Zaczynając tam, skąd najlepiej, czyli od początku, zmuszona jestem napisać kilka słów o sobie: odkąd pamiętam fascynowała i pociągała mnie Afryka i wszystko, co z nią związane. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale od dziecka marzyłam, żeby tam pojechać. Początkowo intrygowała mnie głównie przyroda i zwierzęta – dzikie, niebezpieczne, majestatyczne, piękne. W późniejszym okresie zainteresowałam się tematem misji na tamtym obszarze. Było to tuż po liceum. Temat ów pochłonął mnie na tyle, że podjęłam już pierwsze kroki w kierunku wyjazdu – kontaktowałam się z ludźmi, zbierałam informacje, jakie warunki muszę spełnić, żeby móc wyjechać itd. W międzyczasie poszłam na studia, które w każdej chwili byłam gotowa przerwać, gdyby pojawiła się możliwość wyjazdu. Na studiach poznałam Mateusza. Odtąd moje życie potoczyło się zupełnie inaczej niż zakładałam, ale pragnienie pozostało… Przez tych kilka wspólnych już lat myśl o wyjeździe cały czas tłucze mi się po głowie. Czasem jest niby szept gdzieś z tyłu, ale czasem wypełnia całą mnie – o niczym innym wtedy nie myślę i niczego innego nie chcę. Niemniej jednak, niezależnie od tego jak silna, jest we mnie cały czas. Gdy dowiedziałam się o trzydniowych rekolekcjach misyjnych prowadzonych przez SMA w Piwnicznej-Zdroju, wiedziałam, że musimy tam być i koniec. Za nic nie przepuściłabym okazji poznania Afryki choćby trochę bliżej, z relacji tych którzy już tam byli/są. Mało tego. Długo rozmawiałam z Matem na ten temat i wspólnie zdecydowaliśmy, że gdyby tylko zaistniała taka możliwość i znalazło się dla nas miejsce, to gotowi bylibyśmy wyjechać. Wszyscy. We czwórkę. Ktoś powie: chybaście zwariowali! Do Afryki?! Z dziećmi?! Przecież tam wojna, choroba, głód i ubóstwo!  Za sam pomysł dzieci wam odebrać! Odpowiemy: wojny i choroby nie dotyczą tylko Afryki; zdrowiem ani życiem dziewczynek nigdy w bezmyślny sposób byśmy nie zaryzykowali, choć robimy z nimi rzeczy, na które niekoniecznie każdy miałby odwagę; a jeśli coś ma sie wydarzyć i gdzieś mamy pojechać, czy na odwrót, to tak się stanie i już. 

Pojechaliśmy zatem. Żeby poznać, porozmawiać, popytać, posłuchać, pooglądać, upewnić się. No i upewniliśmy. W dalszym ciągu, chyba nawet jeszcze bardziej, jesteśmy gotowi wyjechać. Ale nic na siłę. Póki co musimy uzbroić się w cierpliwość (czyli mój największy problem) i czekać. Może kiedyś się uda. A jeśli nie na misje, to na własną rękę, choćby na jakiś czas… Ok. Wystarczy już tego bujania w obłokach.

Drugi dzień naszego pobytu upłynął praktycznie w całości w górach. Opuściliśmy ośrodek ok. 9:00 rano, a wróciliśmy w okolicach 18:00. Ciężko nam wyobrazić sobie lepiej przeżyty dzień, bo nie dość, że w całości spędzony aktywnie to również niezwykle wartościowo i ubogacająco. To wtedy mieliśmy okazję bliżej poznać pozostałych uczestników, porozmawiać z nimi i podzielić się cząstką tego kim jesteśmy. Był też czas na modlitwę, ale inną od tej powszechnie znanej. Nie było „pustego klepania” czegokolwiek. To była prawdziwa, osobista i szczera modlitwa każdego z nas. W otoczeniu lasu, zieleni, śpiewu ptaków i szumu drzew. W upale, który niejednokrotnie dokuczał i w cieniu, który niósł ukojenie. Wartościowe rozmowy z wartościowymi ludźmi; zero pustego trajkotania o niczym; zero pozowanych zdjęć „na fejsa”, żeby wszyscy wiedzieli jak to super się bawimy. Szczerze mówiąc, czas był tak zorganizowany, że o zdjęciach jakoś w ogóle nie myśleliśmy. Po prostu: otwarci, uśmiechnięci i serdeczni ludzie w każdym wieku, uczący się, pracujący w różnych zawodach, JUŻ nie pracujący, posiadający różne zainteresowania i zapewne też różne powody, dla których przyjechali na te rekolekcje.

Droga, którą szliśmy prowadziła z parkingu w miejscowości Rytro (jeśli niczego nie pokręciłam) do Schroniska Cyrla, a potem dalej, aż do samego ośrodka w Piwnicznej. Nie była szczególnie uciążliwa ani trudna. Gdyby nie upał, to właściwie nie byłoby na co narzekać 😉 Będąc już dość daleko w lesie, może na ok. 600-700 m (pewna nie jestem, ale tak mi się wydaje), po ok. godzinie wędrówki minęliśmy drewnianą chatkę, przy której krzątała się babcia, a obok bawiły dzieci. Mieszkanie w sercu lasu – to dopiero musi być wyzwanie. Gdy doszliśmy do schroniska, a właściwie Chaty Górskiej Cyrla, rozłożyliśmy się na trawie, zjedliśmy pyszną swojską szarlotkę (naprawdę godna polecenia) i przystąpiliśmy do oficjalnego zapoznania 😀 Każdy krótko się przedstawił i podzielił tym co dla niego/niej jest nowe i dobre 🙂 Zuzia się pohuśtała, a Weronisia zacieśniła więzy z ks. Markiem, którego to ukochała całym swym jestestwem. Z wzajemnością oczywiście 🙂 Nim wyruszliśmy dalej, zjedliśmy suchy prowiant, który tachaliśmy ze sobą z ośrodka. Droga, którą mieliśmy jeszcze do pokonania, jak się potem okazało, była stosunkowo długa. Nawet Zuzia – dzielne stworzonko, pod koniec już marudziła i część drogi musiała pokonać na moich plecach. Uważam jednak, zresztą chyba nie tylko ja, że naprawdę pięknie dała radę i dzielnie wędrowała przez cały dzień. Pod koniec wyglądała jakby wlazła pod wodospad 😛 Ma po prostu dziewczyna swój dawno temu opatentowany sposób na radzenie sobie z upałem, który to wykorzystuje kiedy tylko się da, mianowicie: polewa się od stóp do głów (a właściwie w odwrotnej kolejności) wodą i od razu wskaźnik życia jej się podnosi 🙂 Letnie wypady w góry wiążą się dla nas zatem z uzbrojeniem w przenośną mini-studnię, ale czego nie robi się dla dziecka 😉

Panna Weronisia z kolei, której oczywiście przypadła zaszczytna rola maskotki wyprawy, kilkukrotnie usilnie próbowała zasnąć w nosidełku i dwa razy się jej to nawet udało, tyle że na niezbyt długo… Bez obaw – nadrobiła to na drugi dzień i jeszcze przez kilka kolejnych.

Zapomniałam wcześniej napisać o pewnym szczególe, który wywołał u mnie nie tylko uśmiech, ale wręcz śmiech. Otóż, tuż przy wcześniej wspomnianym schronisku znajduje się pewien humorystyczny akcent, który postanowiłam sfotografować. Niby nic, zwykłe tabliczki, jednak mnie wprowadziły w dobry nastrój: można na nich wyczytać m.in.: Uwaga! Zakaz połowu ryb, Słońce 1 256 785 km, czy Wredna mała kierowniczka 22m. Jak wspomniałam, niby nic, a jednak rozwesela 🙂 Przynajmniej mnie 😛

Do ośrodka wróciliśmy ok. 18:00, spoceni, zmęczeni, głodni, spragnieni i… szczęśliwi. To był dobry dzień. Wypełniony radością, refleksją, walką ze swoimi słabościami i rozmową z drugim człowiekiem.

To był dobry dzień… 🙂

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s