Niemiłosierny upał, ciągle pod górkę i „jeszcze kawał drogi przed Wami, ja bym nie szedł”, czyli Wielka Racza 2015

Zuzka u babci. Na zewnątrz 68 °C. Mat ma urlop. Co robimy? Wybór oczywisty – GÓRY. Tylko gdzie? Na Wielkiej Raczy jeszcze nie byłam. Chcę się z nią w końcu zmierzyć. Czy faktycznie taka wielka?

Podjeżdżamy na parking w Rycerce Kolonii. Wercia zasnęła 40 minut temu i ani myśli się obudzić. Czekamy. Ona tak ma – ledwo wyłączy się silnik i już się budzi. Akurat przygotujemy nosidełko, plecak, wody i będzie można ruszać. No jednak nie. Werunia zasnęła tak mocno, że ani trzaskające drzwi, ani szczekający pies, ani rozmowa z napotkanym turystą jej nie ruszały. Co robić? A zjemy se po kanapce – w końcu wyjechaliśmy bez śniadania, to będzie jak znalazł. Jemy. Czas mija. W cieniu przy strumyczku jest jak najbardziej przyjemnie, tylko że chcielibyśmy już iść! Jakieś 50 minut później pani w końcu się budzi. Nie tracąc czasu na zbędne „dobudzanie”, czym prędzej pakujemy ją do nosidełka i ruszamy.

Droga od początku prowadzi pod górkę – bardzo dobrze, przecież po to przyjechaliśmy. Non-stop pod górkę to nic, tylko czemu wzdłuż ścieżki nie ma drzew i idziemy w największym słońcu? Ok. Może to tylko na początku szlaku tak jest. Za chwilę na pewno wejdziemy w gęściutki, chłodniutki las… Z naprzeciwka idą dwie panie – szczęściary, już wyszły i zeszły, a my dopiero zaczynamy. W pewnym momencie jedna z nich, nie kryjąc zachwytu, pyta czy może nam zrobić zdjęcie, bo takiej pięknej rodziny jeszcze nie widziała i, że w ogóle to podziwia nas, że z małym dzieckiem, w taki upał itd. Cholernie miło usłyszeć takie słowa – zadziałały jak doping, który w tym momencie był nam potrzebny już na starcie. Żałowałam bardzo, że nie było z nami Zuzi; wtedy zamiast 75% ekipy, Pani zobaczyłaby komplet 😛 Pożegnaliśmy obie turystki, pożyczyliśmy miłego dnia i kontynuowaliśmy wędrówkę. Pokonując kolejne metry, zastanawialiśmy się czy i kiedy będzie jakiś, choćby króciutki, odcinek po płaskim, co by można było, idąc, złapać oddech. Bezlitośnie jednak droga cały czas wiodła w górę i ani na chwilę nie myślała złagodnieć. Jakby tego było mało, oboje z mężem mieliśmy tego dnia totalny spadek formy; no po prostu sapaliśmy jak dwie stare lokomotywy. Tak już po prostu jest, że czasem człowiek zwyczajnie nie domaga i my, jak na złość, zaniemogliśmy akurat tego dnia. Nie umiałam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio dopadł mnie taki kryzys w górach… No, ale nic…trzeba było iść dalej. W końcu to Wielka Racza, a nie Rysy – na pewno w końcu się dokulamy.

Dobrze, że mieliśmy spory zapas wody – większość wypiliśmy zanim dotarliśmy na szczyt. Co najbardziej utkwiło nam w pamięci z tej trasy? Bezlitośnie palące słońce, brak choćby najmniejszego cienia przez większość drogi, CIĄGŁE wchodzenie pod górkę i pewnien pan…A było to tak: po ok. godzinie wędrówki, nie wiedząc jeszcze jak daleko jesteśmy od szczytu, naszym oczom w końcu ukazała się ścieżka wkraczająca między drzewa. Las! Cień! Pójdzie się o niebo lepiej! Momentalnie przyspieszyliśmy więc kroku i wesoło krzyknęliśmy Dzień dobry! turystom, którzy na pniu jedli sobie kanapki. W tym oto magicznym momencie jeden z nich, starszy pan, odzywa się do nas tymi oto słowami: Tak daleko jeszcze macie do szczytu, upał straszny, a wy z małym dzieckiem. Nie dacie rady. Ja bym zawrócił i nie szedł dalej na waszym miejscu. Nie powiem, optymizmem zbytnio nie powiało… Co robić w takiej sytacji? Proste: uśmiechnąć się i iść dalej 🙂 Ja oczywiście, jako ta, która zawsze swoje trzy grosze wtrącić musi, dodałam tylko, że skoro parę dni wcześniej udało nam się wyjść na Śnieżkę, to może tu też jakoś się uda. 😛 Jednakowoż, proszę mi wierzyć, nie było w tym krzty złośliwości. Tak po prostu sama sobie chciałam dodać otuchy, jako że pan zbytnio do walki mnie nie zagrzał.

Jak się okazało, miejsce, w którym się spotkaliśmy było od szczytu oddalone o… 20 minut. Podejrzewam, że w normalnych warunkach i kondycji, którą zazwyczaj utrzymujemy w górach, byłoby jeszcze krócej. Dlatego pamiętajcie moi mili: nie zawsze warto słuchać „dobrych” rad 😉

Na szczycie odpoczęliśmy, pooglądaliśmy widoki (widoczność była całkiem przyzwoita), pośmialiśmy się z popisów dzieciaków (chyba jakaś grupa rekolekcyjna), nakarmiliśmy naszego Pasibrzuszka, tradycyjnie wypiliśmy po „szczytowym” piwku, pogawędziliśmy chwilę z sympatyczną rodzinką Niemców (mama, tata, córka, syn i pies) i udaliśmy się w drogę powrotną, która była już czystą przyjemnością 😀

Wróciwszy do domu, zadzwoniliśmy do Zuzi, żeby jej opowiedzieć, gdzie byliśmy, to się obraziła, że bez niej. W sumie nie ma się co dziwić – też bym się wkurzyła, gdyby ominął mnie taki wypad 😉

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s