Werci pod namiotem pierwsze nocowanie, ciepluteńka woda oraz latające namioty, stoliki i parasole, czyli Hlucin 2015

Jak to zwykle z upalnymi weekendami bywa, w ten sierpniowy też trzeba było się gdzieś ruszyć. Wiadomo, należymy do tych, dla których góry są najlepszym rozwiązaniem zawsze, wszędzie i na wszystko, ale tym razem zdecydowaliśmy się na wodę. Zrobiliśmy to głównie ze względu na Wercię (Zuzia wciąż jeszcze przebywała u babci), ale sami też mieliśmy ochotę pomoczyć tyłki w wodzie.

Nasz wybór padł na czeski Hlucin. Dlaczego? Ano, raz, że stosunkowo blisko (coś ponad 80 km); dwa – tu w najbliższej okolicy ciężko o zbiornik z czystą wodą, a trzy – słyszeliśmy już dużo wcześniej o tej miejscowości i chcieliśmy na własnej skórze przekonać się, czy faktycznie warta zachodu.

Spakowanie gratów, szybkie zakupki i zaopatrzenie się w korony trochę nam zajęło (tak to bywa ze spontanami 😉 ), ale na miejscu byliśmy już przed 14:00, więc wcale nie najgorzej. Początkowo zajechaliśmy nie od tej strony, czyli tam, gdzie wstęp i parking były płatne, a o polu campingowym moglibyśmy jedynie pomarzyć. Mój niezawodny mąż, jednakowoż, szybciutko problem rozwiązał. Uruchomił swój barwny polsko-czeski akcent i tak się pięknie z panią w budce dogadał, że już po 10 minutach byliśmy na campingu. Ceny były naprawdę przyzwoite, a przynajmniej tak nam się wydaje. Jako, że rzadko śpimy na polach namiotowych (tam, gdzie tylko jest okazja rozbijamy się na dziko), uważamy, że niecałe 38 PLN/noc za naszą trójkę, namiot i auto nad samym jeziorem to chyba nie jest powód, żeby narzekać :).

Chwilę zajęło nam znalezienie odpowiedniego miejsca, bo, jak nietrudno się domyślić, wszystkie najlepsze były już zaklepane, ale po paru minutach kręcenia się tu i tam w końcu się udało. Jako, że z Małą i tak zbytnio przy rozbijaniu namiotu bym nie pomogła, doszłam do wniosku, że najlepiej będzie ją wziąć do wody. Nie szłam z nią do jeziora, bo tuż przy namiocie był mały płytki zbiornik, idealny, żeby się zamoczyć i posiedzieć z dzieciakiem (do pewnego momentu wylany jest tam beton, a zatem warunki niemalże jak w basenie 😛 ) Atmosferę „uprzyjemniali” nam imprezowicze  z Polski, którzy to bardzo usilnie starali się, ażeby nie było na campingu osoby, która by ich nie słyszała. Gorące rytmy disco polo frywolnie płynące z beemkowych głośników, przeplatane niezwykle gęsto „kwiecistą” mową ojczystą, sprawiły, że zapragnęłam w tym momencie zapisać się na kurs czeskiego…Na szczęście alkohol w połączeniu z upałem zrobił swoje i, stosunkowo szybko, ekipa z Wodzisławia udała się na spoczynek. Po chwili dołączył do nas Mat i do wieczora taplaliśmy się w wodzie. W końcu przyszła pora, ażeby nakarmić Młodzież i położyć ja spać. Pierwsza część planu, jak zwykle, zakończona powodzeniem. Z drugą nie było już tak łatwo… Przyzwyczajeni, że między 19:00 a 20:00 Werusia już grzecznie leży i zasypia, ucieszyliśmy się na samą myśl o długim wieczorze, który dopiero się zaczynał. Wsadziliśmy Dzidzię do wózka, co by przyspieszyć proces zasypiania i wyruszyliśmy na eksplorację terenu wokół jeziora. Po drodze mijaliśmy mnóstwo camperów, stolików, namiotów, samochodów, no i oczywiście ludzi szykujących rozmaite pyszności na grilla. Teren wokół jeziora jest bardzo rozległy, więc mimo sporej ilości ludzi, tłoku nie było. Gdzieś po drodze, wbiliśmy na trawę i porzucaliśmy sobie frisbee. Gdy Mała zaczęła się wkurzać, ruszyliśmy dalej i doszliśmy do miejsca, gdzie można sobie poszaleć na nartach/deskach wodnych. Na środku jeziora jest wyciąg i kilka skoczni. Zabawa wygląda na przednią – kiedyś na pewno spróbujemy 🙂 Postaliśmy dość długą chwilę, poobserwowaliśmy zawodników, przyjrzeliśmy się różnorodnym technikom  i, spacerowym tempem, wróciliśmy do namiotu. Było przed 21:00, a pani Weronika, widocznie przejęta wrażeniami z całego dnia, zamiast paść jak mucha w listopadzie, była rozbawiona w najlepsze. Wzięliśmy ją do namiotu i robiliśmy wszystko co w naszej mocy, żeby poszła w końcu spać. Trud był daremny. Namiot jeszcze bardziej ją zaintrygował, a trójkątna kieszonka w rogu stała się atrakcją wieczoru. Próby układania Małej na karimacie miały tyle samo sensu co zapraszanie weganina do karczmy… Po godzinie wreszcie sama się zmęczyła, a my w końcu mieliśmy trochę czasu tylko dla siebie. Ułożyliśmy się wygodnie przed namiotem i sącząc piwko, otuleni ciepłym nocnym powietrzem, podziwialiśmy czyste gwiaździste niebo i wsłuchiwaliśmy się w nocny koncert owadów 🙂

Rano, Weronisia zrobiła pobudkę już o 7:00, więc nakarmiłam ją, przygotowałam szybkie śniadanko dla nas i spakowałam część rzeczy do auta. Mat w tym czasie złożył namiot i spakował śpiwory. Jak się potem okazało, była to najmądrzejsza decyzja tego dnia…

Po 9:00 byliśmy już nad jeziorem. Większość ludzi dopiero budziła się do życia, a zatem udało nam się znaleźć idealne miejsce na rozłożenie koca. Mimo wczesnej godziny, słońce już całkiem mocno grzało, a woda była tak ciepła, że od razu można było się zanurzyć. Minuty mijały szybko i były wypełnione dobrą zabawą. Nieustraszona Wercia zamiast siedzieć w pontonie, chciała cały czas „pływać” i wcale jej się nie dziwię. Woda nie dość, że ciepła, to jeszcze czyściutka – o to nam właśnie chodziło! Strasznie byliśmy szczęśliwi, że się tam wybraliśmy. Koło południa Mała się zmęczyła i poszła spać. Odwróciliśmy wózek od słońca, zrobiłam jej dodatkowe zadaszenie z sukienki i w przyjemnym cieniu Dzidzia regenerowała siły. Stwierdziłam, że trzeba to wykorzystać i złapać trochę koloru. Położyłam się na kocu i, jak to bardzo często ze mną bywa, zasnęłam… Na szczęście Anioł Stróż czuwał i tym razem. Leżę sobie błogo, a tu w pewnym momencie czuję jakieś szturchnięcie. Po sekundzie dobiega mnie głos. Głos mojego męża, oznajmiający, że nie chciałby straszyć, ale że chyba za chwilę będzie burza. Początkowo niezwruszona, mówię, że na pewno przejdzie bokiem i, że nie ma się czym martwić. Pogoda jest wymarzona, niebo błękitne, lekki wietrzyk; jaka burza?  Mimo to, mężulo prosi, żebym zerknęła na horyzont. No to zerkam. I oczom nie wierzę. Czarne chmury. Piętrowe. Zły znak. I te charakterystyczne „smugi” łączące niebo z ziemią. TAM JUŻ LEJE. Niewiele myśląc, spakowaliśmy rzeczy do wózka (na szczęście nie było ich dużo). Weronisia w dalszym ciągu spała. Kilka osób zrobiło to samo, co my, ale zdecydowana większość prażyła i kąpała się dalej, nie zwracając uwagi na to, co nadciąga. W połowie drogi do samochodu zerwał się wiatr. Porywisty i chłodny. Chłodny na tyle, że Wercia momentalnie się obudziła. Niebo w jednej chwili z błękitnego zrobiło się szare…Tak gwałtownej zmiany pogody nie doświadczyliśmy już od bardzo dawna. Biegliśmy do samochodu, a wokół nas dosłownie latały parasole, plastikowe stoliki, pontony, piłki i mnóstwo innych stosunkowo lekkich rzeczy. Ludzie zaczęli skaładać namioty, ale przy tych warunkach pogodowych to było nic innego jak tylko najprawdziwsza walka. Po chwili zaczęło grzmieć, błyskać się i lać. Na szczęście w tym czasie siedzieliśmy już w samochodzie i grzaliśmy Werci mleko, jako że wizja przyrządzenia czegoś ciepłego, typu obiad, na miejscu oddaliła się bezpowrotnie. Żółwim tempem, będąc jednym z elementów składowych w sznurze samochodów, ok. 15:30 opuściliśmy Hlucin. Kolejny niezapomniany wyjazd. 🙂

Po drodze, bliżej polskiej granicy, rozjaśniło się, a w Bielsku śladu deszczu nie było. Wieczorem wsadziliśmy Córcię do karocy i poszliśmy pospacerować, z uśmiechem wspominając kolejny udany wypad 🙂

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s