Powrót na stare szlaki, przecieranie nowych, Szwajcarkowe prycze, ogniska przy gwiazdach, Śnieżka i Wang, czyli Góry Stołowe i Sudety 2015

No i wróciliśmy. Zuza tak pokochała Góry Stołowe i tak cały czas o nich ględziła, że nie mieliśmy innego wyboru – trzeba było znowu tam pojechać. Tym razem pogoda była wymarzona. Nie było ani deszczu, ani zimna, ani mgły. Przywitało nas za to słonko, ciepełko i przejrzyste niebo. Nie byliśmy też sami – wybraliśmy się z moim bratem i jego rodziną. Po kilku dniach oni, lżejsi o jedną córkę, wrócili do domu, a my, ciężsi, o toż właśnie dziecko pojechaliśmy dalej, w Sudety. Tam nas jeszcze nie widzieli…

Zacznijmy jednak od początku. Domek wynajęliśmy sobie w Dusznikach. Nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać, ale muszę przyznać, że był bardzo przyzwoity (w porównaniu z naszymi późniejszymi „luksusami” to był to wręcz Windsor…). Pierwszego dnia, tuż po przyjeździe i szybkim rozpakowaniu gratów, naturalnie, wyruszyliśmy na Błędne Skały. Muszę przyznać, że kiedy jest ciepło i słonecznie, to i atmosfera jest tam inna i sama wędrówka ma odmienny charakter. Nie mówię, że jest lepiej albo gorzej. Jest po prostu inaczej, a każda pora, w sobie właściwy sposób, wydobywa urok tych skał. Auta zostawiliśmy na parkingu na dole i zaczęliśmy spacer przez las. Droga jest bardzo przyjemna i prosta. Poza jednym stosunkowo stromym podejściem, nie ma żadnych trudności w dotarciu do celu. Dodatkowo, kiedy pogoda jest sprzyjająca, to nie widzę najmniejszego sensu w tachaniu auta na samą górę. Widoczność była świetna, panoramy też niczego sobie. Niektóre formacje skalne wyzwalały we mnie i dzieciakach jakąś taką dziwną energię, dlatego niektóre zdjęcia można skomentować tylko w jeden sposób: „bez komentarza”. Wyluzowaliśmy się do tego stopnia, że nawet nie zauważyliśmy jak w pewnym momencie Zuza i jej ośmioletnia kuzynka Madzia odłączyły się od stada i poszły własną ścieżką… Serca mieliśmy w przełyku, ale na szczęście dziewczyny szybko się znalazły. Poszły sobie po prostu szybciej, bo kto by tam czekał na rodziców, kiedy świat stoi otworem! Park opuszczaliśmy jako jedni z ostatnich. Po drodze Weronika kilkukrotnie wyrzucała smoczek, ot tak, dla zabawy. Prawie zawsze ktoś z nas się orientował, ale raz zrobiła to tak szybko i bezszelestnie, że gdyby nie wędrujący za nami chłopak, to pozbylibyśmy się uspokajaczo-usypiacza raz na zawsze – dziękujemy Ci bezimienny nasz Ty bohaterze! 😉 Wieczorem, stwierdziwszy, że zbyt mało pokonaliśmy dziś kilometrów, wybraliśmy się do oddalonej o pół godziny marszu pizzerii. Warto było, bo pizza była pyszna, a i piwko wypite dla uczczenia wspólnego wypadu smakowało wyśmienicie. Po sytej kolacji, nocny spacer do domu i przygotówka do zaplanowanej na drugi dzień wyprawy do czeskiego Adrspach.

To skalne miasto podobało mi się bardziej niż odwiedzone dwa lata wcześniej Teplice. Wędrować można cały dzień. Teoretycznie, czym tu się zachwycać? Przecież to tylko skały. Oj, zdecydowanie określenie „tylko” jest tu nie na miejscu. Te skały, ich rozmiar, ich rozmieszczenie, kształty oraz usytuowanie sprawiają, że człowiek gapi się cały dzień i nie tylko nie ma dość, ale wręcz wciąż na nowo się zachwyca. Nasza wędrówka na ten przykład upłynęła pod znakiem wysłuchiwania opowieści mojego siedemnastoletniego bratanka Maćka o tym jak on to, długimi miesiącami, wracał przez Syberię do domu. Na nogach. Z obozu. Wiem, że każdy w tym momencie zastanawia się, o czym ja do cholery piszę. Już tłumaczę. Mało o Maćku powiedzieć, że ma ułańską fantazję. Chciałoby się wręcz rzec, że Tolkien to mu z ręki jadł…No japa to się mu przez dobre dwie godziny nie zamykała. Musiałam w pewnym momencie  ten swoisty „przywilej” słuchania go przerzucić na Zuzkę i Magdę, bo nie byłam przygotowana na taką dawkę emocji, napięcia, grozy, waleczności i bohaterstwa w jednym. Co prawda odwdzięczyłam mu się potem pięknym za nadobne i to ja snułam opowieść o księżniczkach Zuzannie i Magdalenie oraz o ich złym bracie Macieju, którego to zamknęły w wieży, o ich perypetiach i intrygach (czyli ten rodzaj opowieści, który chłopaki kochają najbardziej!), a całość zakończyłam zgrabnym podsumowaniem o pogadance rodzinnej, która nastąpiła w momencie, gdy rodzice owych królewiąt dowiedzieli się, co ich dzieci wyprawiają… Flow musiałam mieć konkretny, bo ludzie, którzy szli za nami, nie wytrzymali i zaczęli się śmiać po usłyszeniu tych właśnie pamiętnych słów… Pogadanka rodzinna wpisała się do naszego słownika na dobre 😉 . W międzyczasie, będąc mniej więcej w połowie drogi, przystanęliśmy na chwilę, co by sobie trochę podjeść. Niestety. Ilość os, jaka się przy nas nagromadziła była wręcz niewyobrażalna. Siadały bez obciachu na wszystkim, na rękach, twarzach, kanapkach, kubkach z herbatą, słowem tam, gdzie tylko się dało. Dzieciaki trochę spanikowały, a i my stwierdziliśmy, że pieprzymy taki interes. Jemy najszybciej jak się da i spadówa, bo przecież zeżrą nas żywcem. Przeszedłszy gotycką bramę i pokonawszy jeszcze kilkaset metrów zobaczyliśmy w oddali gości wspinających się po pionowych skałach w górę. Widok niesamowity, przeżycia tych panów zapewne też. Zdecydowanie godne podziwu i owacji na stojąco 🙂 I tak oto po blisko całodniowej wędrówce po skalnym czeskim mieście wróciliśmy do naszego domku. Momentalnie rozpoczęliśmy przygotowania do ognicha! Kupiliśmy potrzebny prowiant, no i się zaczęło… Wieczór zapada, kiełbaski na patykach, wszechogarniający błogostan, a tu nagle zaczyna się opowieść (nie pamiętam tylko kto zaczął, Maciek czy Magda). Tym razem było o jakimś tęczowym kocie, który mieszkał w pewnej krainie i coś tam było, że niby wszystkie koty były dobre, a jeden był zły i on w ogóle przechodził do jakiejś innej krainy… Nie no, kurde, nie będę się już w to zapuszczać, bo to niebezpieczne rejony dziecięcej fantazji i obawiam się, że tak szybko mogłabym nie odnaleźć bezpiecznej drogi do domu…

Nazajutrz pożegnaliśmy się z czwórką z naszej ekipy i w piątkę (została z nami Ala – moja trzynastoletnia chrześnica) pojechaliśmy dalej – do Kudowy na spacer i obiad, a potem już w Sudety. Miło było odwiedzić Kudowę po dwóch latach i znowu poczuć ten jej przyjazny klimat.

Nasz trzydniowy pobyt w Sudetach upłynął pod znakiem mnóstwa atrakcji. Od noclegu poczynając, na dniu wyjazdowym kończąc. Wspomniany już nocleg oczywiście zaklepałam ja. Cieszyłam się, że taki taniutki, że w schronisku, że będziemy mieszkać w górach, a nie w pensjonatach, no i ogólnie jarałam się jak kościoły w Norwegii. Po kilkukrotnym przejechaniu skrętu we właściwą drogę prowadzącą do schroniska, w końcu trafiliśmy tam gdzie trzeba i zaczęliśmy podjazd. Podjazd po kamieniach, korzeniach i stromiźnie, czyli jednym słowem warunki idealne dla iście terenowo-wyczynowego samochodu jakim jest Renault Megane kombi. Jakimś cudem się udało. Zawieszenia nie urwaliśmy, ale co przeżyliśmy to nasze. Parkujemy pod schroniskiem, wchodzimy do środka, mówimy, że my tu rezerwacja i w ogóle. Bardzo sympatyczny pan mówi, że pamięta, bo tu roczne dziecko itd., Ala z Zuzą liczone taniej no i ogólnie, że my chyba takie dość charakterystyczne turysty, bo już po telefonie kilka tygodni wcześniej wryliśmy się w pamięć. Za panem stoi (chyba) jego wnuk – wyrazisty i oryginalny chłopak z kucykiem na czubku głowy, fajnymi alladynkami na tyłku i świetnymi kolczykami w uszach. Swój! 😛 Tłumaczą nam co i jak, mówią gdzie nasz pokój, dają klucz do łazienki i proszą, żeby wodę oszczędzać, bo tam z nią cieniutko. Dobra, no to idziemy. Okazuje się, że nasz pokój nie znajduje się w budynku schroniska, ale tuż za nim. Kierujemy się na schody. Już nam się podoba. Pająk na pająku, pająkiem pogania. Koń, że mam arachnofobię – walcz ze swoimi lękami i słabościami! Po schodach lepiej wchodzić pojedynczo z obawy przed ich zapadnięciem…Pomału zaczyna docierać do mnie, dlaczego nocleg był taki „tani”… Magicznym kluczem otwieramy magiczne drzwi prowadzące do magicznego pokoju, w którym stoją dwa magiczne piętrowe łóżka. Właściwie to prycze. Więzienne albo szpitalne (jak ja żałuję, że zdjęcia nie zrobiłam!). Jedyne dostępne światło to raczej światełko w tunelu, a okno takiej wielkości, że jak by się paliło, to nawet nie byłoby jak wyskoczyć…No dobra, Werkę może byśmy wypchnęli… Ale co tam, nie ma na co narzekać. Jest na czym spać, a to najważniejsze. Nie przyjechaliśmy na wakacje all-inclusive tylko w góry. No i teraz najważniejsze: kontakt. Żarłok budzi się w nocy i trzeba robić jej butelkę, żeby przespała do rana. No to gdzie ten kontakt? Szukamy. Nie ma. Ok, może gdzieś na korytarzu. Nie ma. Kurna, to gdzie? W łazience na dole? Yyyyy, też nie. Dobra, idziemy do pana w schronisku. Pan informuje, że kontaktów nie ma w całym budynku, ponieważ straż się nie zgodziła, z uwagi na to, że to zbyt duże zagrożenie i budynek mógłby pójść z dymem… Aha, ok. Tylko, że my potrzebujemy zagrzać wodę w nocy, bo Mała się budzi i głodna i w ogóle… Czy byłaby możliwość… Ekhm, mamy termos – możemy prosić o wrzątek? Pewnie! No to lecimy po termos. Oj, uratowało nam to tyłki, bo nie wiem, co by było… Tutaj wielki ukłon w stronę pana (i jego wnuka również), bo przez całe trzy dni wrzątku mieliśmy pod dostatkiem, ile tylko potrzebowaliśmy i to zupełnie za darmochę. DZIĘKUJEMY!!! W sumie sama miejscówa jest świetna, schronisko bardzo przyjemne, jest miejsce na ognicho, wokół spory teren na rozbicie namiotu – następnym razem, jak tam wrócimy, to na pewno pod namiot! Ale póki co dosyć gdybania, tylko do faktów. Wieczorem zapaliliśmy ognisko, obgadaliśmy plan na przyszły dzień i, robiąc sobie dzień dziecka, poszliśmy spać bez prysznica. Zresztą, myliśmy się rano w Dusznikach, to już bez przesady, nie śmierdzieliśmy aż tak bardzo. 😛 Nazajutrz wybraliśmy się do Kolorowych Jeziorek w Wieściszowicach. Mieliśmy ten niefart, że akurat było bardzo sucho i dwa pierwsze były nieco odparowane, natomiast to czwarte, położone najwyżej, było okresowe, a pech chciał, że my zjawiliśmy się w okresie, gdy akurat go nie było… Natomiast turkusowe, czyli to które chcieliśmy zobaczyć najbardziej, nas nie zawiodło. Leśna ścieżka prowadząca do pierwszych trzech jezior jest niewymagająca, stosunkowo krótka i bardzo przyjemna. Same jeziorka z pewnością warte odwiedzenia, bo to taki nasz polski unikat. Dodam, że zanim dotarliśmy do turkusowego, to odbiliśmy w lewo do sztolni w poszukiwaniu nietoperzy. Okazuje się, że podobno na terenie Rudawskiego Parku Krajobrazowego występuje 14 spośród wszystkich 25 gatunków obecnych na terenie Polski. My niestety żadnego nie znaleźliśmy, ale skoro na tablicach edukacyjnych piszą, że tak jest, to widocznie tak jest 😉 . Przy niebieskim jeziorku zdecydowaliśmy, że to dla nas stanowczo zbyt krótka trasa i, mimo iż wiemy, że ostatniego jeziorka nie ma, to i tak tam walimy. Przynajmniej poznamy okolicę. Przeszliśmy mostek, podeszliśmy lasem do góry i wyszliśmy na drogę . Tzn. nie taką asfaltową, ale utwardzoną leśną ścieżkę. W pewnym momencie z naprzeciwka nadjeżdża BeEma. Wysiadają dwie panie, jedna wyraźnie zirytowana, oraz dwóch panów i pytają: te kolorowe jeziorka to gdzieś tu blisko? Biorąc pod uwagę ich ubiór (zwłaszcza obuwie), to całe szczęście, że do niebieskiego wystarczyło tylko zejść kawałek z górki, bo inaczej cała podróż na marne… Wytłumaczyliśmy którędy się schodzi i, że tam dalej idzie się jeszcze do purpurowego i żółtego, ale czy i gdzie doszli, tego już nie wiemy. Zostawili auto przy drodze, praktycznie na szlaku i tyle ich widzieliśmy. Dość długi odcinek wędrowaliśmy w słońcu, z dala od lasu, toteż woda schodziła nam w mgnieniu oka. Po drodze wymyślilismy sobie, że skoro idziemy już do tego czwartego nieistniejącego jeziorka to czemu by od razu nie zdobyć Wielkiej Kopy? W końcu to nie może być nie wiadomo jak daleko. No i poszli. Idą i idą i idą, a końca nie widać… Noż kurde, ileż tam można iść?! Okazuje się, że całkiem długo. Coś ponad godzinę w jedną stronę i to już od BMW! Droga byłaby ok, gdyby nie ten brak wody… W końcu dotarliśmy. Ciężko nazwać to szczytem, raczej faktycznie kopą skrytą pośród drzew, ale doszliśmy? Doszliśmy! I to jest powód do radości.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy zamku w Karpnikach. Pospacerowaliśmy, poprzyglądaliśmy się pszczołom i motylom na kwiatkach, Wercia zapoznała się z pieskiem, który akurat skądś się przyszwendał; ogólnie rzecz ujmując: odpoczęliśmy w otoczeniu ciszy i zieleni. Gdy wróciliśmy do schroniska (wspominałam już, że jego nazwa to „Szwajcarka”?), stwierdziliśmy, że co jak co, ale dziś to już trzeba się wykąpać; tym bardziej, że w planach znowu mieliśmy ognisko. Zaczęrpnąwszy wiedzy u źródła, dowiedzieliśmy się, że prysznic, owszem, można wziąć, ale za opłatą. Wrzuca się dwójkę do skrzynki i wola leci przez jakiś czas. Wzięłam Alę i Zuzkę pod pachę i w ramach oszczędności włazimy pod ten prysznic wszystkie trzy. Wrzucamy monetę, czujemy jak zaraz zmyjemy z siebie ten brud i pot, ten kurz i pył oraz ten cały bukiet zapachów nagromadzony  w ciągu dnia. Odkręcamy wodę, czekamy aż wąż prysznicowy wygnie się od szalonego ciśnienia, które nim wstrząśnie, a tu klops… Woda leci ciurkiem, jakby chciała a nie mogła. Leci sobie strużynka cieniutka przez półtorej minuty, a my trzy sieroty stoimy namydlone łącznie z włosami (poza Zuzą) i czekamy na cud. Dostałyśmy takiego ataku śmiechu, że chyba nawet ci w namiotach nas słyszeli. Stwierdziłyśmy, że spłuczemy co się da, a resztę domyjemy w umywalce (gdzie zresztą ciśnienie również rozsadzało krany). Nazwałyśmy to „kąpielą życia” i, wyraźnie czystsze, położyłyśmy się do łóżek. Następny dzień miał być przełomowy. To był dzień, w którym realizowaliśmy główny cel całego wyjazdu – wyjście na Śnieżkę…

Po pysznych pieczonych nocą kiełbaskach oraz oczyszczającej mocy prysznica życia, rano, pełni zapału i entuzjazmu, rozłożyliśmy wszystko ,co mieliśmy do jedzenia, na stole przed schroniskiem. Pogoda była wymarzona. Słońce przebijało się przez kołysane wiatrem liście ogromnego drzewa, pod którym ułożone były drewniane stoły i ławki. Aż się prosiło, żeby to właśnie w tym miejscu zjeść śniadanie. Przyjrzeliśmy się Śnieżce, która to przy swojej największej w Polsce wybitności, prezentowała się niezwykle majestatycznie i wyniośle. Widać ją było całą, nie okalała jej choćby najmniejsza chmurka, a dla nas był to bardzo dobry znak. Rozłożyliśmy zatem jedzonko pod drzewem, zalaliśmy kawki wrzątkiem z termosa i… w podskokach uciekliśmy do schroniska. Dlaczego? Już po minucie okazało się, że w naszym menu pojawiły się przysmaki lokalne, takie jak: osa na kanapce, osa skąpana w dżemie, ser nie z dziurami a z osami, kawa po sudecku czyli 5 os utopionych w Twoim kubku, osy maślane i osy żądlące pod koszulką (Mat oberwał aż dwa razy). Podziękowaliśmy za ten rarytas i nasze pyszne śniadanko zjedliśmy na spokojnie już w środku. Następnie wyruszyliśmy podbić Śnieżkę. Upał jak skurczybyk; w dodatku musieliśmy zaparkować przy nieszczęsnym Gołębiewskim (ludzie, jaki moloch!), żeby wyciągnąć kasę z bankomatu, której nota bene nie udało się wyciągnąć (nie wiem, sądząc po cenach i gabrycie tegoż przybytku, to może tam tylko dinary kuwejckie można wyciągać? co tam jakieś marne 50 PLN…) Spoko, jakoś sobie poradziliśmy. W końcu przekraczamy magiczną bramę parku narodowego. Z racji tego, że Zuzol szedł na nogach wybraliśmy trasę najłagodniejszą, czyli tę  wybrukowaną. Po drodze było kilka przystanków na picie, polewanie się i jedzonko, ale w ostatecznym rozrachunku, biorąc pod uwagę, że „starsza Młoda” CAŁY CZAS szła o własnych siłach, to uważam, że trzy godziny na szczyt to całkiem ładny wynik. Końcowy odcinek dał trochę w zad, no ale w końcu to najwybitniejsza góra w Polsce, a zatem proszę się nie spodziewać łagodnego spacerku na sam szczyt! NA marginesie dodam tylko, że Zuzia zrobiła i mnie i Ali niezwykły test na kreatywność, gdyż przez niemalże bite trzy godziny na przemian wyskakiwałyśmy z gaci, ażeby wymyślić jakąś interesującą historyjkę. Zuzka jest wtedy jak kobra – zahipnotyzowana słucha opowieści i chyba sama nie do końca pojmuje jak to się dzieje, że kilometr leci za kilometrem, a ona wali naprzód aż miło. Absolutnym hitem okazała się mojego autorstwa historyjka o jeżyku Maciusiu, która to robi furorę po dziś dzień. W telegraficznym skrócie: jeżyk Maciuś mieszkał w lesie wraz z innymi zwierzątkami (ale nie jeżykami). Bardzo chciał się z nimi zaprzyjaźnić, lecz niestety wszystkie od niego stroniły, gdyż przeszkadzały im jego kolce, które psuły każdą zabawę, zwłaszcza, gdy kręciła się ona wokół piłki… Jeżyk był załamany, szukał sposobów, żeby jakoś te kolce zabezpieczyć (chciał je nawet obciąć!!!), ale efekt był marny… W końcu jego rodzice zadecydowali, że idealnym rozwiązaniem będzie przeprowadzka. Wyjechali zatem do oddalonego o dziesiątki kilometrów lasu, w którym mieszkały inne jeżyki i nareszcie Maciuś miał się z kim bawić. Nawiązał wiele nowych przyjaźni. Na koniec poleciałam mało oryginalnie, bo oczywiście wszyscy żyli długo i szczęśliwie, ale przynajmniej dwa kilometry mieliśmy z głowy 🙂 Gdy wreszcie wdrapaliśmy się na górę, pozdejmowaliśmy co kto miał na plecach no i błogi relaks 😀 Dziewczyny wylazły na (płatną) platformę widokową za darmoszkę, a my z najmłodszą turystką rozkraczyliśmy się przy murku. Widoki były malownicze! Trochę wiało, ale to nie Babia – wystarczyło narzucić bluzy i można było siedzieć. A teraz garść informacji praktycznych: otóż schronisko, poza kosmicznym wyglądem, ma także kosmiczne ceny i kosmicznie oszukańcze triki. Idziemy z Zuzą do kibelka. Nie mamy złotówek tylko korony. Siedzi pan. Daję mu sto koron, czyli jakieś 15 zł. Toaleta niby 3 zł kosztuje. Pan wydaje 9 zł. Mówię, że tylko mała idzie sikać (spłonę w piekle za te każdorazowe kiblowe kłamstwa i wykorzystywanie wieku Zuzki, że niby ona mojej pomocy potrzebuje…), a on, że wie i że tu jest reszta. No to mówię, że sto koron to piętnaście złotych, nie dwanaście. A on mi na to, uwaga uwaga, że tutaj (czytaj: w schronisku na Śnieżce) mają inny kurs i u nich sto koron to jest dwanaście złotych!!!

Dlatego…bierzcie sobie na Śnieżkę złotówki. Jedzenie raczej też bierzcie swoje, ale uwaga – nie wolno Wam go spożywać W SCHRONISKU, jedynie na zewnątrz. Jeżeli zaś macie zamiar koniecznie kupić sobie coś do jedzenia na miejscu, to zamiast pieniędzy weźcie raczej sztabki złota. Hot-dog (parówka w bułce plus ketchup i musztarda, zapomnij o sałatkach, a prażoną cebulkę narysuj sobie na kartce) kosztuje „zaledwie” 10 zł… Przepraszam, ale na ceny innych dań nawet nie patrzyłam, bo wyszedłszy z toalety po prostu stamtąd uciekłam. Przed 18:00 zaczęliśmy schodzić. Wdepnęliśmy do Domu Śląskiego znajdującego się u podnóża szczytu, żeby obczaić, czy to cenowe szaleństwo jest również i tam obecne, czy będzie można zjeść coś ciepłego za w miarę przywoite pieniądze. Okazało się, że jest dużo lepiej niż na górze. Wzięliśmy Weruni pomidorówkę, Zuzik jak zwykle frytki, a Alcia już nie pamiętam co. Cieszyłam się strasznie, że zjedzą coś ciepłego – w końcu czekały nas jeszcze minimum dwie godziny wędrówki… Schodziliśmy jako jedni z ostatnich, zmrok leniwie zaczynał otulać okolicę, a Zuzę przez część drogi trzeba było już nieść. Mimo to, zasługuje na medal. Małe chudziutkie nóżki, a tyle w nich pary! Tyle samozaparcia, entuzjazmu i dzielności w takim szkrabie. Przyznaję bez bicia – nie wierzyłam, że wyśmiga o własnych siłach; chyba nikt z nas nie wierzył, a ona nas zawstydziła i pokazała, że jest cholernie wytrzymałym twardzielem. Do dziś rozpiera nas duma, że mamy w domu taką zawziętą siłaczkę 🙂 Do schroniska wróciliśmy w nocy, szczęśliwsi, niż moglibyśmy to sobie kiedykolwiek wyobrazić. O 22:00 zabraliśmy się za rozpalanie ogniska. Zjedliśmy kiełbaski, a żeńska część towarzystwa zasnęła na ławkach z uśmiechami przyklejonymi do brudnych buziek. Mat pobudził nas chyba po północy i resztę nocy spędziliśmy w magicznym pokoju 😛

Kolejny dzień był niestety dniem wyjazdowym. Mieliśmy w planach jeszcze tylko jedno miejsce do odwiedzenia. Ja, jako ta skrzywiona na punkcie Norwegii i (prawie) wszystkiego, co z nią związane, nie dopuszczałam myśli, że jesteśmy tak blisko i moglibyśmy nie zobaczyć kościoła Wang. Rankiem, po śniadaniu, spakowaliśmy nasz dobytek i pojechaliśmy do Karpacza, czy jak kto woli, karkonoskiego Zakopca (ja różnicy między tymi dwoma nie widzę). Świątynia Wang ma niesamowitą historię i, co tu dużo mówić, jest piękna! I z zewnątrz i wewnątrz i ten cmentarzyk, który do niej przylega. Jak oni taką konstrukcję wymyślili, że to tyle lat stoi, a ani pół gwoździa tam nie ma?! Warto, naprawdę warto zobaczyć ten kościółek i zapoznać się z jego historią.

I tak właśnie wesoło, intensywnie i baaardzo rodzinnie upłynął nam pobyt w Górach Stołowych i Sudetach. Ala zwariowała na punkcie gór tak jak i my (może to jest zaraźliwe?!). Nic innego nie robi, tylko pyta gdzie i kiedy znowu idziemy. Ups, chyba niechcący wzbogaciliśmy się o jedną córcię 😉 Coś czuję, że przez niejednego posta się tu jeszcze przewinie… 🙂

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s