Kąpiel w umywalce, Julią być, pizza za 1 €, sensacje w Mediolanie, jajeczne rewolucje w Bergamo i Wenecja po naszemu, czyli Ciao Italia! 2015

Nadeszła wiosna 2015. Wypadałoby zatem pomyśleć o jakimś wyjeździe. Na pewno gdzieś, gdzie jeszcze nie byliśmy; na pewno gdzieś, gdzie można dojechać autem i na pewno gdzieś w miarę blisko, jako, że Wercia miała zaledwie kilka miesięcy. Wybór padł na włoskie Ledro. Jak się później okazało, ów wybór był niezwykle trafny.

Wybraliśmy maj. Przed sezonem, nie ma tłumów, a i ceny dużo niższe niż w lipcu. Z góry założyliśmy, co chcielibyśmy zobaczyć w okolicy. Wędrówki w Dolomitach raczej odpadały w przedbiegach, jako że nie mamy odpowiedniej wiedzy dotyczącej trudności szlaków. Poza tym, maj to jednak wciąż wysokie prawdopodobieństwo występowania w górach śniegu. Tym razem, nietypowo, postanowiliśmy zobaczyć kilka miast. Lubimy włoskie miasta, bo mają fantastyczny klimat. Ustaliliśmy, że jedziemy odwiedzić Julię w Weronie, posiedzieć na murach w Bergamo, dać się przytłoczyć katedrze w Mediolanie i poczuć się jak w bajce na magicznej weneckiej wyspie Burano.  Ponadto, chcieliśmy choć część czasu spędzić nad Jeziorem Garda no i oczywiście naszym magicznym jeziorem Ledro, otoczonym wspaniałymi górami.

Wyruszyliśmy, jak zwykle, nocą. Dziewczyny były pojedzone; cieszyliśmy się zatem, że będą spać, a my spokojnie sobie pojedziemy. Tak też było. Do 1:00, kiedy to nasza ośmiomiesięczna przypomniała sobie, że w domu o tej porze zazwyczaj przebudza się na papu, to dlaczego i teraz miałaby tego nie zrobić. Mówią, że serce nie sługa. W przypadku Weroniki to przysłowie odnosi się do żołądka… No nic, trzeba wyciągać sprzęty (podgrzewacz i przetwornica) i grzać mleko jak najszybciej, żeby młodsza nie obudziła starszej. Jakimś cudem, po niezłej gimnastyce, udało się. Głodzilla napełniła bęben i mogliśmy jechać dalej. Rano przystaneczek na śniadanie, siusiu, oczywiście zmianę pampersa i prujemy przed siebie! W końcu krajobraz zaczyna się zmieniać. Czas na pierwsze serpentyny, a na horyzoncie coraz wyższe góry. W wiosennym słońcu droga maluje się bajecznie. Oczywiście zatrzymujemy się częściej, niż to bywało do tej pory. Weruś to jeszcze brzdąc; trzeba regularnie zmieniać jej pieluchę, czasem zrobi niezapowiedzianego kupsztala, no i oczywiście musi równie regularnie jeść. Stąd też trasa, którą normalnie pokonuje się w około 12 godzin, nam zajmuje jakieś 15. Miejsce ma również inne zdarzenie, które nigdy wcześniej nam się nie przytrafiło, mianowicie: niecałe 200 km od celu Mat mówi, że jest zmęczony i chciałby chwilę kimnąć, więc pyta, czy poprowadzę. Własnym uszom nie wierzę; wszak przejąć stery, gdy kapitanem jest mój mąż, to rzecz zaiste niewyobrażalna! Korzystam z okazji czym prędzej, bo jeszcze się rozmyśli. Po drodze pięć razy wjeżdżam do tego samego miasteczka, no bo przecież GPS drogę zna, GPS poprowadzi, GPS nigdy się nie myli… W końcu kapitan się przebudza, bełkocze o jakichś wskazówkach, gdzie jechać, żeby dojechać i znowu zasypia, a ja jadę dalej. No i dojeżdżam! Dowożę Bandę Czworga pod samiutką kwaterę. Ucieszona, że przed sezonem zbytniego ruchu nie będzie, nie spodziewałam się, że oprócz nas w całym budynku będzie tylko para Niemców! Nie żeby nam to przeszkadzało… 😀 Wchodzimy, zaznajamiamy się z mieszkankiem i stwierdzamy, że powierzchnia jest tak ogromna, że spokojnie jeszcze druga banda by się zmieściła. Łazienka przepastna – zrobiłby z niej pokój z kuchnią. Kuchnię też można by spokojnie rozdzielić na dwa, nie takie znów małe, pomieszczenia. Ale przecież nie będę pisać o apartamentach, bo to akurat najmniej ważne. Napiszę tylko, że wszystkie pomieszczenia były wyłożone płytkami, co niestety o tej porze roku sprawiało, że w domku było cholernie zimno! Jakby tego było mało, ogrzewany był on gazem, a kubik gazu kosztował 5€, co przy ilościach potrzebnych do ogrzania tego molocha sprawiało, że musieliśmy postawić raczej na hartowanie, bo inaczej poszlibyśmy z torbami 😉 . Ale spoko, daliśmy radę. Mieliśmy śpiwory i gruby koc dla Małej; nikt się nie rozchorował, więc nie było tak źle 🙂 .

Pierwszego dnia od razu pojechaliśmy odpocząć nad Ledro (tak, miejscowość nosi tę samą nazwę, co jezioro). Woda w nim jest krystalicznie czysta, przejrzysta i ma niesamowitą turkusową barwę. Jej temperatura nie była za wysoka, ale akurat ani mnie ani Zuzce (a zwłaszcza tej drugiej) to nie przeszkadzało. Musieliśmy zabawnie wyglądać, porozbierani do majtek, podczas gdy miejscowi spacerowali w kurtkach i długich spodniach… Wieczorem oczywiście, jak na prawdziwych Polaków przystało, poszliśmy do ogrodu, rozgościliśmy się w altance, zapaliliśmy grilla i wznieśliśmy toast miejscowym piwkiem. Gdy najmłodsza smacznie spała sobie w wózku, a my czekaliśmy na grillowane kiełbaski, Zuzia postanowiła nas trochę rozruszać i pobawić się w berka. W sumie, czemu nie? Po wysiłku wszystko lepiej smakuje 😉 .

Nazajutrz udaliśmy się nad Gardę, czyli największe, a zarazem też najczystsze włoskie jezioro. Spędziliśmy tam cały fantastyczny dzień. Spacerowaliśmy wąziutkimi uliczkami, karmiliśmy łabędzie, wspięłyśmy się z Zuzu na wieżę, z której roztaczał się piękny widok na całą okolicę, jedliśmy prawdziwe włoskie lody, bawiliśmy się na placu zabaw, a wieczorem, w knajpce tuż nad jeziorem zjedliśmy wyśmienite makarony. Do mieszkania wróciliśmy późnym wieczorem, czyli tak jak planowaliśmy 😉

Kolejnego dnia pojechaliśmy do Werony. Chciałam się tam choćby przez chwilę znaleźć, bo pomyślałam, że fajnie byłoby odwiedzić miejsce, o którym nie tylko czytało się w szkole na języku polskim, ale przede wszystkim, z którym wiąże się prawdziwie tragiczna historia. I tak oto pojechaliśmy. W jedną stronę mieliśmy do przebycia trochę ponad sto kilometrów, co w sumie nas ucieszyło, gdyż w Ledro padał deszcz i się ochłodziło; mieliśmy więc nadzieję, że może przynajmniej w Weronie będzie cieplej. Jechaliśmy niezwykle urokliwą trasą, podziwiając jeziora, góry i niezliczone winnice. Niestety, aura zdawała się podążać za nami… Niebo pokrywały skłębione szare chmury, z których niemalże bezustannie padał deszcz. W samej Weronie rozpadało się do tego stopnia, że zastanawialiśmy się, gdzie się udać na poszukiwania peleryn. Zawrótki do domu nie braliśmy pod uwagę w ogóle – nie po to tu przyjechaliśmy! Po niespełna pół godzinie deszcz jakby zelżał i zaczęło się wypogadzać. Szybko znaleźliśmy bezpłatny parking tuż za mostem na Adydze. Zwiedzanie rozpoczęliśmy niezwykle oryginalnie od domu i balkonu Julii (my z Zuzą poszłyśmy do środka, a Mat z Werką zostali na dole). Następnie poszwendaliśmy się po centrum, by na koniec dojść do grobu Julii i wrzucić pieniążka do studni. Taka, ot, pamiątka po nas 🙂 Timing mieliśmy wręcz idealny, bo gdy tylko udało nam się wsiąść do samochodu, na powrót zaczęło padać… Cieszymy się, że tam byliśmy. Samo miasto nas nie powaliło, a na tle innych, które odwiedziliśmy wypadło najsłabiej; mamy natomiast radochę, że zaspokoiliśmy naszą ciekawość i poczuliśmy klimat miejsca, o którym kiedyś tylko czytaliśmy w szkole 🙂

Po powrocie do wciąż jeszcze deszczowego i chłodnego Ledro wszyscy marzyliśmy tylko o gorącej kąpieli. Wszystko pięknie ładnie, tyle że Werusia jeszcze nie chodziła i ogólnie to raczej ciężko wykąpać takiego szkraba w kabinie pod prysznicem. I oto kolejna już w naszym życiu sytuacja spod znaku: włącz kreatywność! Co zrobić, trzeba włączyć… Łazienka duża, to i umywalka całkiem słusznych rozmiarów. Bobas też niczego sobie, ale do umywalki wlezie. No to jak się zadek zmieści, to dawać ją! Woda ciepluteńka, płynu nalejemy i kąpiel będzie jak ta lala. Pomysł okazał się wcale niezgorszy. Wykąpaliśmy bajtla od stóp do głów, nakarmiliśmy, ululaliśmy i obgadaliśmy plany na kolejny intensywny dzień.

Następnym punktem na naszej mapie było Bergamo. Co ja się o tym mieście nasłuchałam! Że piękne, że warto, że trzeba. No to przecież, skoro jestem od niego oddalona o zaledwie 150 km, to jak mogę tam nie jechać i nie przekonać się na własne oczy?! Parking znaleźliśmy praktycznie tuż przy murach, a zatem naprzód! Tempo spacerowe (a gdzie się mamy spieszyć?), zieleń, ławeczki, przebijające się przez chmury słoneczko i Zuzik powiada, że coś by przegryzła. Mamusia, wiedząc, że córusia lubi, ugotowała jej jajeczka od babci Marysi przywiezione do słonecznej Italii prosto z Bielska. Zuzia szczęśliwa siedzi na ławeczce i wcina jajuszko. Skończywszy, wstaje, wyrzuca skorupki do kosza i informuje nas, że jajko jakoś dziwnie smakowało. Ale co to znaczy dziwnie? – pytamy. No dziwnie – odpowiada. Aha…czyli dziwnie… Po dwóch minutach dodaje: tato, boli mnie brzuch; weźmiesz mnie na barana? Myślę sobie: aha, coś jest na rzeczy. Jak już mówi, że ją brzuch boli, to czuję, że się to skończy…kolorowo… No i faktycznie. Nie trzeba było długo czekać. Gloria in excelsis Deo, że mieliśmy przy sobie woreczek, bo ledwie zdążyła zejść tacie z głowy, jak haftnęła… Z daleka, nie powiem, wyglądało nawet jak ajerkoniak, ale my wiedzieliśmy, że to było nic innego jak tylko DZIWNIE smakujące jajko, które czym prędzej należało wyrzucić do kosza… Szczęście, że szybko jej przeszło i mogliśmy już na spokojnie sobie spacerować. Weszliśmy „do środka” miasta i daliśmy mu się oczarować. Jest naprawdę piękne i niezwykle urokliwe. Nie zwiedzaliśmy żadnych katedr, zabytków ani innych przybytków. Po prostu. Chodziliśmy sobie to tu to tam, dziwowaliśmy się jakim cudem Włosi poruszają się samochodami po tak wąziutkich uliczkach, obserwowaliśmy ludzi, jednym słowem poznawaliśmy miasto po swojemu. Przechodząc w którymś momencie obok kolejnej już knajpki z jedzeniem, w końcu też zrobiliśmy się głodni. Jeden lokal szczególnie przykuł naszą uwagę, jako że było w nim mnóstwo różnego rodzaju pizzy. Do wyboru do koloru – dosłownie. Mówię mężulowi, co by szedł i wybadał, jak to w ogóle cenowo wygląda i jakie są te pizze. Czy rzeczywiście wyglądają tak smakowicie, czy tylko z ulicy tak się wydaje. Poszedł. Za trzy minuty wychodzi. Uśmiechnięty, wyluzowany, lekkim i niespiesznym krokiem zmierza w naszym kierunku. Uśmiech, jaki zagościł na jego twarzy, zajmuje 3/4 jej powierzchni. Mam dobre wieści! – oznajmia. Nie dość, że rodzajów od groma, to jeszcze tanioszka! 1€ za kawałek! Wow! No tego to bym się nie spodziewała. Jeden euras za kawałek pizzy w Bergamo?! Toż to jak wygrana na loterii. Wchodzimy! Taką bierzemy, taką bierzemy i jeszcze tą i może tamtą – na kolację będzie, jakby się nam zgłodniało. Mmmm, jak to ciasto wygląda… A ile dodatków! Kurde, tyle wygrać… Taka wyżera i to za marne 5€ 😀 Podchodzimy do kasy, teraz już oboje susząc zęby; pani kasuje i ładnie oznajmia: 25€. Przepraszam bardzo, ile? 25? Ojej, hih, już wyciągam. Proszę bardzo… Ja nie wiem, kurna, czy my naprawdę tacy naiwni, czy tylko takich udajemy… JEDEN EURO za kawałek pizzy?! W Bergamo?! Noż, litości! Jeden euro to może te dwie pieczarki na tym kawałku kosztowały… Skąd mój szanowny kolega małżonek wytrzasnął tę informację, tego już się nie dowiedziałam. Atak śmiechu, jaki nastąpił po wyjściu z lokalu, przesłonił wszystko inne. Zjedliśmy naszą „taniutką” pizzę, resztę spakowaliśmy do domu, powłóczyliśmy się jeszcze chwilę i pomału ruszyliśmy w stronę autka. Zaczynało padać, a do Ledro jeszcze 150 km… Dzień spędzony w Bergamo niezaprzeczalnie należał do tych ciekawych pod każdym względem.

Po dłuższych wypadach przyszedł czas na aktywny odpoczynek na miejscu. Jako, że pogoda zdawała się polepszać, w sobotę znowu pojechaliśmy nad Ledro. Naturalnie, wyrozbieraliśmy się jak do rosołu, ale „negliżowanie” skończyło się szybciej niż się zaczęło. Zerwał się tak paskudny i zimny wiatr, że niestety musieliśmy przywdziać swetry. A szkoda, bo gdyby nie wiatrzysko, to moglibyśmy opalać się do wieczora. No nic, jak się nie da, to się wymyśla coś innego. Pojechaliśmy poeksplorować sobie okolicę i tym sposobem trafiliśmy do maleńkiej miejscowości Tiarno di Sotto. Weszliśmy w gęsty zielony las i, nie wiedząc dokąd zmierzamy, doszliśmy do ukrytego w nim wodospadu. Temperatura momentalnie obniżyła się o kilka stopni, więc długo tam nie zabawiliśmy, ale to fajne uczucie schować mapę do kieszeni i po prostu iść 🙂 . W drodze powrotnej trafiliśmy na… No właśnie, co to było? To był jakiś dom. Artysty, twórcy jakiegoś, cholera nie wiem… Wiem tylko, że zamiast klamki z drzwi wystawała ręka, a na podwórku stała „rzeźba” utworzona z części po starych telefonach komórkowych oraz ławka „na jednej nodze”. Zresztą, pod spodem wlepiam zdjęcia – wszystko można obejrzeć. Bardzo ciekawe miejsce. Po obiadku postanowiliśmy raz jeszcze wrócić nad jezioro. Tym razem na spacer. Chcieliśmy poszlajać się wzdłuż brzegu, ażeby poznać jeziorko także z innych stron. Warto było! Ledro, jego linia brzegowa i rosnące wokół drzewa są piękne! Gdyby nie fakt, że zaczęło się ściemniać, poszlibyśmy dalej. Niestety musieliśmy wracać i pomału się pakować. Niebawem wyjeżdżaliśmy do Mediolanu, a stamtąd już prosto do Wenecji, z noclegiem gdzieś po drodze, w aucie…

Zanim jednak przejdę do Mediolanu, przypomniał mi się jeden dzień, który niemalże w całości Zuzia spędziła ze swoją nową koleżanką Vittorią. Dziewczynka miała cztery latka i mieszkała naprzeciwko nas. Obserwowaliśmy je i doszliśmy do wniosku, że dzieci posiadają niezwykłą umiejętność porozumiewania się ze sobą, nie bacząc na bariery. W tym wypadku była to bariera językowa, dość istotna, mogłoby się wydawać. Kiedy jednak przyglądaliśmy się jak fantastycznie dziewczyny porozumiewały się bez słów, zrozumieliśmy, że prawdziwą drogą do drugiego człowieka jest… uśmiech 🙂

W kierunku Milanu jechaliśmy z duszą na ramieniu, gdyż prognozy były bezlitosne: deszcz i 12 stopni… Takie same zresztą były te dotyczące Wenecji… Trudno, byliśmy gotowi i na to. Nieistotne warunki, ważne że coś się dzieje. Jakże wielkie było nasze zdziwienie, gdy wjechaliśmy do miasta, a tam upał i błękit! Jakby tego było mało, znaleźliśmy DARMOWY parking niespełna trzy kilometry od centrum! Pomyśleliśmy, że to rewelacyjna okazja, żeby nie tylko okrążyć ścisłe centrum, ale też poznać te nieco dalsze zakątki miasta mody. Spacer ulicami big city ma zawsze ten sam charakter i na dłuższą metę mieszkanie w takiej metropolii cholernie by nas zmęczyło. Jednak przyjechać, pooglądać i jechać dalej to opcja, która zdecydowanie nam pasi. W międzyczasie popytaliśmy jakiegoś taksówkarza o wskazówki dojazdu do ambasady, jako że dzień był ważny – wybory prezydenckie. Jeszcze będąc w Polsce, zgłosiliśmy się do ambasady, ale oczywiście, jak to my, nie zabraliśmy ze sobą adresu, no i teraz trzeba było kombinować. Po dłuższej chwili uprzejmy Pan zapisał nam adres, więc spokojnie mogliśmy zwiedzać dalej. W skrócie napiszę tylko tyle, że katedra nas po prostu powaliła! Spędziliśmy w niej kupę czasu (akurat była odprawiana msza) i nie mieliśmy dość. Wnętrze, można by rzec, wręcz surowe. Mnóstwo witraży i kamiennych rzeźb, ale poza ołtarzem zero złoceń, żadnego przepychu! No urzekła nas ta budowla. Naprawdę piękna. O zewnętrznej bryle nawet nie wspomnę – po prostu niewiarygodnie się cieszymy, że zobaczyliśmy ją z bliska. Ale najlepszy numer to był u tych wszystkich Armanich i Guccich. Weszliśmy w tę sławetną bramę, bo jak tu nie wejść; w końcu moda to nasza pasja, hahaha!!! Wędrujemy sobie tym zadaszonym pasażem, mijając sklepy, w których niebotyczne sumy płaci się za snobizm i nic poza tym, aż tu nagle zaczepia nas jedna pani, wskazuje na dziewczynki i mówi, że ona jeszcze w życiu takich ślicznych dzieci nie widziała i czy może sobie z nimi zrobić zdjęcie… No wierzajcie mi ludzie, to była ostatnia rzecz, która przyszłaby mi do głowy w Mediolanie. Zaskoczeni, ale, jakby nie patrzeć to pozytywnie, mówimy, że pewnie i ruszamy dalej. Witamy się ze świeżo odrestaurowanym Leonardo, a potem kolejne sensacje…Przystajemy przy jakimś ulicznym artyście, a ludzie zamiast oglądać jego występ, niemalże włażą do wózka Weronice i naprzemiennie szczerzą się raz do jednej raz do drugiej. I tylko ciao bella! i bella bambina! itd. Szał po prostu! W sumie, jak parę godzin wcześniej byliśmy w restauracji, to pan kelner też się z uśmiechem przyglądał naszym blondyneczkom 😉 . No dobra, jedźmy dalej. Jest 20:00. Za godzinę zamykają lokale wyborcze, trza jechać do ambasady. Spoko, adres mamy, to szybko załatwimy sprawę. Spełnimy obywatelski obowiązek i prujemy na Wenecję! Podjeżdżamy, parkujemy gdzieś na ulicy, wysiadam, dzwonię, a tam głucha cisza. Za chwilę patrzymy – nie ma flagi. Pytamy przechodzących dziewczyn, czy to tu jest ambasada Polski. Mówią, że chyba kiedyś była, ale teraz nie są pewne. No to chyba nie tu… 20:15, a my w dupie. Wsiadam do auta. Jedziemy dalej, tylko gdzie? Zatrzymaj się gdzieś, może łapniemy jakie darmowe wi-fi? Próbujemy. Nic. Jedziem dalej. Znowu stajemy. Próbujemy. U mnie kicha, Matowi się łączy. Minuty lecą, a net ładuje się jakby chciał a nie mógł. W końcu jest! Znalazł! Okazuje się, że to 5 km stąd. Dobra, zdążymy; jedź! Dojeżdżamy, przed nami ostatnie rondo. Skręć w pierwszą w prawo. Jak to nie możesz? Jak to zamknięta? Cholera, no to w następną! 20:45. Dobra, już niedaleczko. Już ją widać! Jest flaga. Kurna, nie wjedziemy tam, ulica zamknięta. Nie wiem, coś tam chyba wtedy obchodzili. Nieważne. Ważne, że nie ma jak podjechać. Dobra, słuchaj: ja wysiadam, lecę tam szybko, głosuję, mówię, że zaraz przyjdziesz, a Ty tu czekaj i w razie czego, jak coś pojedzie, to rusz do przodu i najwyżej tu znowu podjedź. Poleciałam. Wpadam do środka z takim impetem, że komisja zesztywniała. Drę się od progu, że wiem, że jeszcze tylko pięć minut, ale mąż zaraz przyjdzie i, prosimy jeszcze nie zamykać, bo my tu rzutem na taśmę i w ogóle. Ci mnie uspokajają, że ok, że nic się nie dzieje, że zdążymy i w ogóle. Musieli se pomyśleć, że chyba jakaś nie teges… No, ale dobra. Udało się. I mnie i Matowi. Uhahani na spokojnie mogliśmy opuszczać piękny Mediolan. Nie tak szybko moi państwo. Czyżby ktoś zapomniał o ośmiomiesięcznej koleżance? A butla to gdzie? No tak, butla… Zatrzymujemy się niemalże w centrum, pod jakąś kamienicą. Chłop w oknie przez telefon gada, patrzy co my wyprawiamy, a tu woda się grzeje, w międzyczasie zmiana pampersa na przednim siedzeniu (z tyłu był taki syf, że palca nie było gdzie wsadzić), no i w końcu karmienie. Odjechaliśmy czym prędzej, co by więcej świadków tego nie oglądało.  Mieliśmy przed sobą blisko trzysta kilometrów. Wiedzieliśmy, że po drodze trzeba będzie się gdzieś zdrzemnąć. Nie wiedzieliśmy tylko gdzie… Przed północą, będąc jakieś 30 km od Bergamo, na spontana odbiliśmy z drogi, bo stwierdziliśmy, że mury i miasto trzeba zobaczyć nocą. Kocham takie wariactwa! Dojeżdżając do celu, mijamy jedno, drugie, trzecie, piąte rondo, a na każdym z tych rond stoi sobie jedna pani… Jak to mówią – co kraj to obyczaj… Po północy zatrzymujemy się przy murach. Dziewczyny śpią, więc wyskakujemy na chwilę, popatrzeć na nocny spektakl, oczywiście uwieczniamy widok na zdjęciu i tym razem już naprawdę lecimy na Wenecję. Po drodze zatrzymuje nas policjant i pyta skąd, dokąd, po co, na co i dlaczego, ale w końcu wypuszcza nas wolno. Pań na rondach już nie ma. Po drugiej, bliżej trzeciej nad ranem zjeżdżamy na stację benzynową gdzieś tam i kimamy do rana. O siódmej ruszamy dalej.

W Mestre jemy śniadanie, zmieniamy pieluchę i atakujemy centrum Wenecji. Korki tragiczne! Stoimy, podjeżdżamy pół metra, znowu stoimy i tak przez 20 minut. Na miejscu niemalże wszystkie parkingi pełne, a ceny tych wolnych straszą. Decyzja. Zawracamy, wyjeżdżamy na obrzeża i na spokojnie robimy plana. Dziesięć kilometrów dalej znajdujemy świetną darmową miejscówę, tylko co z tego, skoro nie ma się jak dostać do centrum. Wysiadamy, a kawałek dalej pływają jakieś łódki. Hurra! Super! To zostawimy tu auto, podpłyniemy do centrum i stamtąd już wiemy, gdzie chcemy udać się dalej. Podjeżdżamy do budki, a pan nas informuje, że taki rejsik tą jego pordzewiałą łódeczką kosztuje „jedyne” 40 eurasów za nas i, że ostatnia łódka przypływa o 17:00. Za to „w cenie” mamy już parking na jego placu. Najuprzejmiej jak umieliśmy, podziękowaliśmy sympatycznemu panu i stwierdziliśmy, że czym prędzej wracamy do centrum, wywalamy 20€ na parking i najkrócej rzecz ujmując, pieprzymy takie interesy. Nawet Niemiec (!) który stał w kolejce za nami, zawrócił… Po upchnięciu autka na parkingu podziemnym, pierwsze kroki skierowaliśmy do kiosku, celem zakupienia biletów całodziennych, które to umożliwiały nam kursowanie tramwajami wodnymi ile chcemy i dokąd chcemy. A chcieliśmy dotrzeć w dwa miejsca: na Murano i Burano. Tak, Wenecja po naszemu. To nie plac św. Marka, a te właśnie dwie wysepki. Pierwsza słynie z produkcji i sprzedaży bajkowo kolorowego szkła przybierającego najróżniejsze formy, od dwucentymetrowych figurek po dwumetrowe żyrandole. Wszystko niezwykle kunsztowne i nasycone tak żywymi barwami, że aż oczy bolą. Druga wyspa także pełna kolorów. Kolorowe domki, z których słynie, tworzą iście baśniowy klimat. Wiedziałam, że muszę go poczuć na własnej skórze już w momencie, gdy  po raz pierwszy „wyhaczyłam” tę miejscówę w internetach. Dzień spędzony w Wenecji wspominam jako jeden z tych najmilszych i najbardziej obfitujących w różnorakie doznania. Pogoda była wymarzona. Prognozy okazały się być chybione i to mocno. Zatopiliśmy się w klimat wysepek, a spacer po ich uliczkach na długo zostanie nam w pamięci. Dziewczyny miały frajdę, płynąc łódką; a na koniec wysiedliśmy na jakiejś stacji, z której kolejne dwa czy trzy kilometry musieliśmy przebyć pieszo, żeby dostać się do samochodu zanim zamkną parking. Potem znowu przystanek w Mestre, kolejne karmienie i przewijanie oraz nieuchronny powrót do domu.

Całą drogę gadaliśmy o tym jak było, co się nam najbardziej podobało i, że do Ledro trzeba kiedyś wrócić. Wyjazd może i nie był nie wiadomo jak długi, ale dzięki temu był maksymalnie intensywny, a takie lubimy najbardziej 😉 Na świecie jest tyle różnych miejsc. Każdego chcielibyśmy dotknąć, w każdym pobyć choć chwilę. Wiadomo, że nie jest to możliwe, ale robimy wszystko, aby wykorzystać czas, który mamy na zebranie jak największej ilości wspomnień. Tacy już chyba sentymentalni jesteśmy i w kółko wracamy do miejsc, w których byliśmy i tego, co w nich przeżyliśmy. Dzięki dziewczynom przygód jest trzy razy więcej i zawsze wracamy zmachani jak koń po westernie, ale dla tych chwil żyjemy!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s