Ciąża, grad, psia kupa na palcu, Trójmiasto i Hel, czyli Bałtyk 2014

Lipiec 2014 – tym razem nasze plany wyjazdowe zakręciły się wokół Polski. A czemu by nie?! Przecież mieszkamy w naprawdę pięknym kraju, który ma wiele do zaoferowania. Może i nie jest egzotyczny, być może nie jest krajem oznaczanym przez ludzi na całym świecie jako „miejsce do odwiedzenia przed śmiercią”, ale zdecydowanie wart jest bliższego poznania. Uznaliśmy, że to, iż jestem na przełomie siódmego i ósmego miesiąca ciąży jest idealną okazją ku temu, by  tym razem zostać w kraju i pokręcić się trochę po jego północnych terenach.

Jako, że nigdy nie pchamy się do ośrodków, gdzie człowiek na człowieku siedzi (wręcz przeciwnie!), to i tym razem wybraliśmy małą miejscowość, o której na szczęście jeszcze stosunkowo niewiele ludzi wie. Wioska nazywa się Ostrowo i leży pośrodku, między Karwią a Jastrzębią Górą. Plaże są tam szerokie i czyste; nie ma konieczności „rezerwacji” miejsc z dnia na dzień przy pomocy parawanów. Gdy pierwszego dnia, poszliśmy przywitać się z morzem, wiatr hulał z taką prędkością, że nie dość, iż trzeba było rozłożyć NAMIOT (taki prawdziwy, z pąłąkami i śledziami), to jeszcze baliśmy się, że nam go porwie zanim w ogóle zdążymy go rozbić. Nie muszę chyba dodawać, że oprócz nas na plaży nie było nikogo… Od czasu do czasu tylko jakiś zbłąkany, opatulony kurtką i kapturem wędrowiec przemykał szybko wzdłuż brzegu. Ach, ten nasz cudowny Bałtyk… Co on w sobie ma? Woda zimna, wiatr porywisty, a on rok w rok przyciąga tłumy ludzi. Czy to o te unikatowe fale chodzi, czy o topiące się w wodzie słońce, czy jeszcze o coś innego? Co by jednak nie mówić, jakiś niezbadany magnetyzm to nasze morze w sobie ma i nawet, jeśli było się nad nim kilkukrotnie, to i tak zawsze miło się wraca.

Następnego dnia po wstaniu z łóżek, wyjrzeliśmy przez okna i to, co zobaczyliśmy optymizmem nas niestety nie napełniło. Niebo było ciemne, wiał wiatr, a po chwili zaczął też padać deszcz. Na szczęście, jak już wspomniałam w jakimś innym poście, pogoda tak łatwo nas nie zniechęca i z pewnością nie sprawia, że zamykamy się w czterech ścianach. Wsunęliśmy śniadanko, ubraliśmy się i postanowiliśmy, że jedziemy do Gdyni. Z racji pogody wiadomym było, że po mieście zbytnio się nie powłóczymy, ale przynajmniej na własne oczy zobaczymy słynne gdyńskie Akwarium. Po drodze zatrzymaliśmy się tylko na chwilę, żeby podejść na naszą plażę i z bliska przyjrzeć się jak wygląda morze podczas deszczu i burzy. Widok był niesamowity do tego stopnia, że tak szybko jak na plażę dotarliśmy, tak szybko musieliśmy z niej spieprzać, bo w sekundzie, ni stąd ni zowąd zaczął nam na łby walić grad (!). Szczęście, że las dzielący parking z morzem porasta wąski obszar, bo przynajmniej szybko i, powiedzmy, suchą stopą dotarliśmy z powrotem do pojazdu. Po tym nieco burzliwym przywitaniu z Matką Naturą skierowaliśmy się do wspomnianej Gdyni. Tam nieco się przejaśniło i poza chłodnym wiatrem, aura była w miarę sprzyjająca. Naturalnie, jak można było się spodziewać, kolejka do oceanarium była niczym sławetny SNAKE ze starej Nokii – wydłużała się z sekundy na sekundę. Ja, z tym moim brzuchorem podobnym do kopuły bazyliki św. Piotra, stwierdziłam, że nie ma szans – nie wystoję tyle; muszę się gdzieś pokręcić, połazić… I tym oto sposobem, ja Zuza i brzuch zapoznawaliśmy się z fragmentem Gdyni, a małżonek stał w kolejce… W międzyczasie przyjrzeliśmy się panom malującym maszty statków – szczerze ich podziwiałam. Mnie od samego patrzenia na nich kręciło się w głowie, a oni, nie dość, że na takiej wysokości, to jeszcze z pędzlami i wiaderkami popylali tam jak wiewiórki. No ale, ok – do rzeczy. W końcu weszliśmy. Akwarium jest dość duże i mieści się w nim naprawdę sporo przeróżnych gatunków ryb, płazów oraz gadów. Osobiście mamy mieszane uczucia co do tego typu przybytków. Z jednej strony fajnie jest zobaczyć zwierzęta, większości z  których zapewne nie mielibyśmy możliwości ujrzeć w ich naturalnym środowisku. Otóż to. Tu pojawia się właśnie ta druga, ważniejsza dla nas sprawa. W tym swoim egoistycznym podejściu, człowiek często myśli tylko o sobie: bo nie widziałem na własne oczy, bo nigdy nie pojadę do Afryki, bo mnie nie stać itd. Ok, rozumiem. Przecież w końcu i my poszliśmy. Chcieliśmy przyjrzeć się z bliska, pokazać Zuzi, trochę jej poczytać i poopowiadać o zwierzętach, które ją zainteresują (np. płaszczki). Ale dla tych zwierząt to nic innego jak więzienie. Jak ZOO. To nie jest ich naturalne środowisko i koniec. I choćby nie wiem jak pięknie to wszystko zza szyby wyglądało, to my tych szyb podotykamy, porobimy zdjęcia, wyjdziemy z budynku i zadecydujemy dokąd idziemy; czy wracamy do domu, czy na spacer, czy może lecimy do Maroko. Te zwierzęta takiego wyboru nie mają. Dzień po dniu odbijają się od ścian akwariów i to jest smutne. Należy natomiast wspomnieć o tej części oceanarium, która zdecydowanie zasługuje na dużego plusa – jest to Centrum Edukacji, gdzie poprzez multimedialne pomoce naukowe, ciekawe wystawy i ekspozycje, dziecko w łatwy i przystępny sposób może się czegoś nauczyć.

Kolejne dni, kolejne miejsca. Może i wyglądałam jak wieloryb, ale to wcale nie oznaczało, że całe dnie spędzaliśmy na plaży. Owszem, były i takie, które upływały pod znakiem lenistwa, ale zdecydowanie więcej było „tych aktywnych”. I tak oto jednego dnia pojechaliśmy na Hel, innego do Sopotu, jeszcze innego wróciliśmy do Sasina – malutkiej miejscowości, w której spędzaliśmy wakacje chyba z osiem lat temu, a to do Jastrzębiej Góry na rybkę wpadliśmy, a to Gdańsk w drodze do domu zobaczyliśmy. Słowem – jak już się gdzieś ruszamy, to po to, żeby przywieźć jak najwięcej wspomnień.

Hel, na ten przykład, zapamiętamy m.in. z poniższych wydarzeń. Przyjeżdżamy, szukamy parkingu. Wszystko zajęte, ale jeden pan macha, że ma ostatnie wolne miejsce i to w dodatku pod drzewem. Dodam, że upał był niemiłosierny. No to idziemy na Wiejską. Przychodzimy, chodzimy tu i tam, w końcu patrzymy, a tam tłuuuuumy. Myślimy: trzeba sprawdzić! Idziemy. A to Fokarium, się okazuje. Zuza bardzo chce iść, bo foczki, bo chciałaby zobaczyć itd. No i kurde, weź tu znowu człowieku dokonuj wyboru. Z jednej strony obiecujesz sobie, że już do tego typu przybytków nie będziesz chodził, a z drugiej przecież chyba nikt tych zwierząt tam nie katuje… Zuza rośnie, robi się coraz mądrzejsza i coraz więcej rzeczy jesteśmy jej w stanie wytłumaczyć, dlatego myślę, że lada dzień zrozumie nasze podejście. Dobra, poszliśmy. Zobaczyliśmy foczki, sztuczki, które wykonują, żeby dostać jedzonko i sami też pognaliśmy na obiad. Zjedliśmy pyszną zupę rybną, smażone szprotki i flądrę. Następnie spacerkiem wyruszyliśmy w stronę Cypla. Przyjrzeliśmy się fortyfikacjom, gdzie się dało tam powłaziliśmy, a dalej, całkowicie przypadkowo, trafiliśmy do bunkra Makabra XX wieku. Był to wówczas nowo otwarty bunkier przygotowany przez Stowarzyszenie Alternatywny Cypel. Głównym zadaniem tegoż bunkra jest ukazanie grozy wojny, jej bezsensu oraz tragicznych skutków, które za sobą niesie. Zdjęcia, muzyka, dźwięki, manekiny, rekwizyty oraz różnego rodzaju instalacje mają na celu wywołanie wstrząsu u zwiedzających, by tym samym, jak mówią sami twórcy, odczarować ten swoisty etos wojny, którym nierzadko karmią nas filmy czy seriale, nie pokazując jednocześnie ogromu cierpienia, zniszczenia i ludzkiej tragedii. Oczywiście, ze względu na drastyczne treści, musieliśmy bunkier zwiedzać osobno – ktoś „na powierzchni” musiał pilnować Zuzy. Niemniej, zdecydowanie polecamy to miejsce. Hel zapamiętamy również ze względu na piękną plażę, czyściutką i jednocześnie lodowatą wodę, ceglasto-czerwoną latarnię oraz przepyszne gofry z bitą śmietaną i owocami 😀

Sopot, poza oczywiście Krzywym Domkiem, to płatny Monciak, tłumy na plaży, gdzie ludzie niemalże na głowach sobie siedzieli (jak w takich warunkach ktoś może wypoczywać?!); drogi, krótki i nieatrakcyjny rejs PIRATEM oraz poszukiwania nieistniejącej Pizzy Hut (tzn.  kiedyś chyba tam istniała, ale teraz zostało po niej tylko miejsce na mapie), wg nas przereklamowany.

Powrót do Sasina to dwukilometrowa wędrówka przez las, szaleństwo w cieplutkiej wodzie z panną Zuzanną (woda była ciepła, gdyż nadciągała burza), dwukilometrowa ucieczka przez las, wysyłanie pocztówek do rodziny i ponowna (po ośmiu latach) wizyta w restauracji „U EWY”, żeby zjeść najpyszniejszą na świecie golonkę i łososia 😀

Jastrzębia Góra to wspaniale przyrządzone rybki, wysokie klify i bajkowe zachody słońca. Ciekawostka: jest to najdalej na północ wysunięta miejscowość w Polsce. Jest to również niezwykle turystyczna miejscowość, dlatego zawitaliśmy w niej kilkukrotnie tylko na chwilę, by potem wrócić do naszego spokojnego Ostrowa na grilla i (niektórzy) na trampolinę 😉 Z Jastrzębią wiąże się także jedna historia, która zostanie z nami już na całe życie: zjedliśmy wspomnianą wcześniej wyśmienitą rybkę, Zuza oczywiście wcina na deser loda, schodzimy betonowym chodnikiem w dół stromego klifu i szukamy miejsca do spoczynku, żeby w spokoju móc podziwiać jak słońce po raz kolejny zatapia się w morzu, dając tym samym spektakularny pokaz barw, świateł i cieni.  Jedno miejsce od razu nam się spodobało. Siadamy więc i…czym prędzej wstajemy. Wiejemy stąd! Jakiś pies musiał tu gdzieś napaskudzić, bo wali aż miło! Dobra, idziemy kawałek dalej. Siadamy i…to samo. Co jest? Tu też?! No to chodźmy jeszcze kawałek dalej. Trzeci raz to samo. Patrzę na Zuzę. Ona oczywiście w bosych stopach. Tam gdzie się tylko da, tam buty zdejmuje, ja zresztą podobnie. Mówię: chonotu koleżanko. Wącham. No i proszę! Jest sprawca całego zamieszania. No dobra, może nie całego, bo w końcu nie działała w pojedynkę. Miała wspólnika – psa, który najpierw gdzieś na plaży postawił klocka, później pewnie trochę go przysypał (a może zrobił to właściciel?!), a nasza sierotka w to wdepnęła. Ludzie, please, sprzątajcie po swoich ulubieńcach! Jakby tego było mało, nie mieliśmy przy sobie żadnych chusteczek, a Zuza akurat w tym miejscu miała małą rankę. Mat doszedł do wniosku, że nie wystarczy jak tylko opłucze nogę w wodzie i poszedł do samochodu po wodę utlenioną i plaster… Na szczęście historia skończyła się szczęśliwie i zachód też obejrzeliśmy. Zuzia zdała do kamery obszerną relację z tegodniowych przygód, więc za kilka lat będzie się z czego pośmiać 🙂

Powrót do domu, jak zwykle, do najłatwiejszych nie należał, bo zostałoby się jeszcze, ale co przeżyliśmy to nasze. Zahaczyliśmy o Gdańsk, urządziliśmy sobie długi spacer jego ulicami, posłuchaliśmy muzyków grających na ulicach całego świata, pośmialiśmy się z mima i jego przyjaciela klauna, zjedliśmy gofry, zachwyciliśmy się Drzewem Millenium, a nawet przeżyliśmy chwile grozy, gdy ni stąd ni zowąd pojawiła się przy nas jakaś kobieta (chora psychicznie) i, nie używając żadnych konkretnych słów a tylko niezrozumiałych dźwięków, zaczęła krzyczeć na Zuzika. Młoda początkowo była przerażona, ale na szczęście pani była niegroźna i tak szybko jak się przy nas pojawiła, tak szybko zniknęła. Do dziś wspominamy to zdarzenie, ale teraz już tylko się śmiejemy.

Kończę, póki co, ten przydługawy post i tak sobie myślę, że prędzej czy później trzeba będzie znowu nad Bałtyk wrócić, żeby i Werunia miała szansę się z nim polubić 😉

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s