Spontan z dnia na dzień, nieświadomi że już we czwórkę i fajerwerki na dachu, czyli Sylwester w Wiedniu 2013

Wiedeński Sylwester był spontanem w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Początkowo plany wyjazdowe były zupełnie inne, ale nie dość, że w Wigilię Zuzka miała zapalenie ucha i wylądowaliśmy na pogotowiu, to jeszcze osoba, która pierwotnie zdeklarowała się zostać z małą tych kilka dni, w ostatniej chwili jednak zmieniła zdanie… Cóż, życie 😉 Daliśmy radę mimo to. 

30.12 poszliśmy z młodą do kontroli i spytaliśmy czy jest już na tyle ok, żeby można było ją gdzieś zabrać na całodzienną włóczęgę. Pani doktor dziwnie na nas popatrzyła, ale stwierdziła, że ucho czyste, więc nie widzi przeciwwskazań. Tego samego dnia skontaktowałam się z naszą znajomą, która mieszka w samiutkim centrum Wiednia i spytałam, czy byłoby to dużym problemem, gdybyśmy chcieli jutro przyjechać na jedną nockę i rano ładnie po cichutku się zmyć 😀 Powiedziała, że nie widzi żadnego problemu i, żebyśmy przyjeżdżali.Radości nie było końca. Wyjechaliśmy w Sylwestra rano i popołudniu byliśmy na miejscu. Mało brakowało, a świętowalibyśmy gdzieś w austriackim szpitalu, bo jak raz nami po drodze zarzuciło, to daj Boże…

Weszliśmy do mieszkania, przywitaliśmy się z domownikami, zjedliśmy coś ciepłego i w międzyczasie dowiedzieliśmy się, że jeden z synów gospodarzy dobrowolnie oddał nam swój pokój, żebyśmy mieli, gdzie wracać, podczas gdy on sam prześpi się u kolegi – no anioł, nie chłopak 😉 Posiedzieliśmy chwilkę w ciepłym mieszkanku i ruszyliśmy  na miasto.

Nie będę niczego wymyślać ani ściemniać – niczego nie zwiedziliśmy i nie poznaliśmy Wiednia od strony kulturalno – architektoniczno – sakralnej. To był inny wyjazd. To był wyjazd pt.: chcemy spędzić wartego wspomnień rodzinnego Sylwestra z daleka od domu, w miejscu, które będziemy wspominać i, do którego kiedyś będziemy musieli wrócić, bo nie zdążymy go poznać, tak jakbyśmy chcieli. Niemniej jednak był to pobyt wyjątkowy. Pierwszy raz z Zuzią…i nie tylko, jak się poźniej okazało… 😉 Tak, to był pierwszy zagraniczny wyjazd Weronisi 😀 W końcu, jak już zarażamy pasją to od pierwszych dni! Dosłownie 😀

Samą „imprezę” wspominam naprawdę wyjątkowo i z łezką w oku. Ulice tętniły życiem i zabawą. Na każdym rogu działo się coś innego; a to mini-koncert, a to teatr, a to przedstawienie dla dzieci, a to całkiem spory koncert z udziałem grupy wykonującej utwory Abby, a to pyszne gorące jedzonko. Mnóstwo lampek i lampeczek, mnóstwo uśmiechniętych ludzi – atmosfera, jakiej nie było ani w Paryżu ani w Berlinie. Krótki wieczór spędzony tak inaczej niż wszystkie do tej pory… Krótki, a jednak bogaty w doznania i emocje. A w tym wszystkim nasz dzielny mały ciekawski Ludzik 🙂 Z początku siedziała w wózku, ale potem, niczym kot, sama chciała przemierzać wiedeńskie ulice 🙂

Do mieszkania wróciliśmy ok. 23:00. Położyliśmy Zuzolka spać i z niecierpliwością wyczekiwaliśmy północy. Mieliśmy też okazję poznać jeden z ciekawych sylwestrowych obyczajów w Austrii. Otóż co roku, przed północą leci w telewizji ten sami film, a właściwie chyba skecz, o ile dobrze pamiętam. Gospodarze tłumaczyli nam o co w nim chodzi, ale dziś już dokładnie nie pamiętam. Wiem tylko, że można było domyślić się ogólnego sensu bez znajomości języka. Ale i tak najbardziej podobało mi się to, że oni co roku to oglądają. Ba! Oni wręcz na to czekają. I co roku tak samo się z tego śmieją 😀 Taki chyba trochę nasz świąteczny Kevin 😛

Tuż przed północą wyszliśmy na górę, na taras, żeby móc podziwiać fajerwerki i posłuchać sławetnego walca. Wierzcie lub nie, ale chyba nie było mieszkania, z którego nie dobiegałaby ta melodia…

Około wpół do pierwszej weszliśmy do mieszkania i, mimo iż gospodarze nalegali, żebyśmy jeszcze z nimi posiedzieli, nie chcieliśmy zbytnio zawracać im głowy. Stwierdziliśmy, że najlepiej będzie jak pójdziemy sobie do pokoju, wypijemy szampana i posnujemy noworoczne wyjazdowe plany. 😉

Nazajutrz wstaliśmy stosunkowo wcześnie, wypiliśmy kawę z ekspresu, który częstotliwością emitowanych przez siebie dźwięków obudził spokojnie pół bloku, daliśmy Zuzi śniadanko i zgodnie z obietnicą zebraliśmy się tak szybko jak to możliwe. Oczywiście, nikt poza nami na to nie nalegał – wszyscy spali w najlepsze i równie dobrze mogliśmy tam jeszcze trochę zabawić. Przed nami było jednak kilkaset kilometrów i chcieliśmy o normalnej porze być w domu.

Po drodze, bardzo sprytnie, zaplanowaliśmy jakiś ciepły posiłek, tylko, że tak jakby zapomniało nam się, że jest Nowy Rok i wszystko pozamykane… Z pomocą na szczęście przyszedł mój brat ze swą lubą 😉 Powiedzieli, że jak tylko wjedziemy do Bielska, mamy od razu przyjeżdżać do nich – obiad już czeka. To jest RODZINA! 😀

Posiedzieliśmy u nich chyba do 21:00 i ruszyliśmy na chatę.

Wypad, choć krótki i kompletnie niezaplanowany, do tej pory wspominamy bardzo kolorowo. Może właśnie dlatego… 😉

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s