Czarny Staw, pierwsze 2000 m n.p.m. Zuzi, bandaże na nogach i już wyżej w samej Polsce się nie da, czyli Tatry 2013

Taterki. Kochamy do nich wracać, dlatego robimy to każdorazowo, gdy tylko nadarzy się okazja. W sierpniu 2013 nasz wybór padł na Czarny Staw, Zawrat i Kozi Wierch. Trzy miejsca (dwa w przypadku Zuzi), w których byliśmy po raz pierwszy. Każde z nich inne i na swój sposób wyjątkowe.

Czarny Staw dlatego, że tuż u podnóża Rysów. Zawrat dlatego, że to pierwsze w naszym i Zuzi (!) życiu 2000 m n.p.m. Kozi Wierch dlatego, że to najwyżej całkowicie w Polsce położony szczyt z ponoć jedną z najpiękniejszych panoram w całych Tatrach!

Trzy dni. Tyle czasu mieliśmy na odwiedzenie tych niezwykle pięknych miejsc. Czarny Staw poszedł na pierwszy ogień. Najpierw z Palenicy pieszo do Morskiego Oka, a potem jeszcze chwila marszu w górę i jesteśmy na miejscu. Widoki, jakie ukazują się naszym oczom to, niewyszukanie rzecz ujmując, bajka. Nie da się opisać słowami, czy też zilustrować zdjęciami tego, co się tam widzi. Można przybliżyć zaledwie fragment. Można by godzinami rozprawiać o odcieniach zieleni, błękitu czy szarości, można by rozwodzić się nad zapachem powietrza i dźwiękami natury, ale żeby prawdziwie i namacalnie tego wszystkiego doświadczyć, trzeba po prostu tam być. Czarny Staw robi wrażenie przede wszystkim ze względu na kolor i czystość wody, a także wyjątkowe położenie. Otaczające go góry zdają się z niego wyrastać. Dodatkowo, fakt że leży on na trasie prowadzącej na Rysy, czyni go bardziej atrakcyjnym niż inne tatrzańskie stawy.

Drugiego dnia wybraliśmy się na Zawrat. Wystartowaliśmy ponownie z Palenicy, by mijając Siklawę i Dolinę Pięciu Stawów Polskich, wskoczyć na niebieski szlak prowadzący łatwą i bezpieczną trasą na samą przełęcz. Warto zaznaczyć, że cała droga jest niczym innym jak kamiennym chodnikiem, co znacznie ułatwia wędrówkę. Widoki, jak to w Tatrach, zapierają dech w piersiach. Po dość stromym podejściu pod górę mogliśmy nacieszyć oczy nie tylko wszystkimi stawami „Piątki”, ale też Zadnim Stawem Polskim, który wyglądał jakby ktoś wyciął go z obrazka w National Geographic i wkleił w dolinkę otoczoną górami. Po prawej stronie odsłonił się nasz kolejny cel zaplanowany na następny dzień, czyli Kozi Wierch. Kolejne strome, na szczęście niezbyt długie podejście, a ostatnie 15 minut to już spacer na przełęcz. Z samej przełęczy podziwialiśmy m.in. Mały Kozi Wierch, Gerlach i Mięguszowieckie Szczyty. Tatry rozpieszczają 🙂 Szczególnie utkwiły mi w głowie spojrzenia innych wędrowców, wyrażające głównie niedowierzanie, kiedy zobaczyli nas z nosidełkiem i niespełna czteroletnim bajtlem wcinającym kanapki i opróżniającym kartoniki z soczkami. Mała nie zdawała sobie sprawy z tego, gdzie jest, ale my byliśmy cholernie dumni. Droga powrotna była już czystą przyjemnością. Wdepnęliśmy na chwilę do schroniska i pomaszerowaliśmy do samochodu. W tym miejscu mała dygresyjka: przez całe trzy dni, jak matoły wędrowaliśmy w ciężkich górskich butach. Po górach jasne, jak najbardziej, nie da się inaczej (no dobra, niektórzy dają radę w klapkach, ale do tak wytrawnych taterników niestety nie należymy 😛 ), ale żeby po asfalcie kilometry walić?! Dzień w dzień?! Przecież samo przejście Palenica – Morskie Oko i z powrotem to 18 km, nie wspominając o tym, że ani pierwszego ani drugiego dnia nie udało nam się na parking w Palenicy dokopać, więc dylaliśmy jeszcze dodatkowych kilka kilometrów. Oj, słono przyszło nam za to zapłacić. Przekonaliśmy się o tym trzeciego dnia w drodze na Kozi Wierch…

Zuza została z babcią na Krupówkach, a my busem podjechaliśmy do granicy Parku Narodowego. Oczywiście, dzień jak co dzień – Wodogrzmoty, Siklawa, Dolina i byle szybciej do czarnego szlaku prowadzącego na Kozi. Ledwie weszliśmy w las za Wodogrzmotami, poczuliśmy nogi, a dokładniej ścięgna Achillesa. Szybko skumaliśmy, że załatwiliśmy je sobie na własne życzenie. Kto w butach górskich chodzi po płaskiej drodze, do cholery?! Ano, państwo Joanna i Mateusz J. Czym prędzej zdjęliśmy buty, wyjęliśmy z plecaka wszystkie bandaże, jakie tylko mieliśmy przy sobie i zaczęliśmy owijać nimi nogi – zawsze trochę usztywnią i zneutralizują otarcia. Ludzie musieli mieć z nas niezły ubaw: ledwie weszli do lasu i już nogi bandażują. Amatorzy! Z nogami jak u mumii, wskoczyliśmy z powrotem w trzewiki i pocisnęliśmy do przodu. Nie powiem, że kopyta były jak nowe, ale przynajmniej dało się iść. Szybko minęliśmy stałe punkty programu, by w końcu stanąć u podnóża tego, który dzień wcześniej spoglądał na nas, gdy maszerowaliśmy na Zawrat. Czarny szlak na Kozi Wierch jest podobno najłatwiejszym z dostępnych. Nie sprawdzaliśmy innych, a zatem wierzymy ekspertom 🙂 Faktycznie, zdecydowana większość drogi nie jest szczególnie niebezpieczna. Poza tym, że jest to ciągła wspinaczka po kamienny schodach, bez żadnych prostych odcinków, to nic innego szczególnie upierdliwym nie jest. Ciekawie robi się jakieś 20 minut przed samym szczytem, gdzie schody się kończą, a zaczynają skały, po których momentami dosłownie trzeba się wspinać. Dla osób z lękiem przestrzeni i wysokości, jak np. ja, jest to przeżycie pod znakiem gwałtownego skoku adrenaliny i bezustannego wmawiania sobie, że dam radę. Samo wyjście to jeszcze nic, ale schodzenie to był dla mnie dramat. Ludzie, którzy skaczecie sobie po tych skałach jak koziczki: JAK WY TO ROBICIE??? Ale dobra, nie ma co dramatyzować, bo wcale znowu tak najgorzej to mi nie poszło. Wdrapaliśmy się na szczyt i…zaniemówiliśmy. Słyszeliśmy, że panorama ma być piękna (tak jakby zresztą w Tatrach coś nie było piękne), ale te widoki to już były nieprzyzwoicie cudowne. Nie szukam nawet epitetów, metafor ani porównań, bo Mickiewicz ze mnie żaden, ale napiszę tylko, że za nic w świecie nie chciałam stamtąd schodzić. Obracałam się tylko raz w jedną raz w drugą stronę i nie wiedziałam co chłonąć i jak chłonąć, żeby zatrzymać obrazy w pamięci. Na szczęście nie ma się co martwić na zapas – te obrazy same zapisują się w głowie 😀

Jak wspomniałam, zejście po skałach; dla jednych bułka z masłem, dla mnie wyczyn; było najtrudniejszym elementem całej wędrówki. Gdy znaleźliśmy się już na kamiennych schodach, odetchnęłam z ulgą i wiedziałam, że szanse na ponowne ujrzenie naszej córki gwałtownie podskoczyły. 😛

Wróciliśmy, cali i zdrowi. Wieczorkiem zapaliliśmy grilla i uczciliśmy cały rewelacyjny wypad. W tym roku (2016) chcemy przedstawić sobie nawzajem Tatry i Werunię. Myślimy, że i ona pokocha je od pierwszej wędrówki.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s