Kawa życia, dogrzewanie łazienki, akwarium w szafie, termy w centrum i msza po węgiersku, czyli Sylwester w Budapeszcie 2012

Budapeszt był trzecim z kolei odwiedzonym przez nas miastem, w którym żegnaliśmy stary i witaliśmy Nowy Rok. Był też, jak do tej pory, stolicą, w której zabawiliśmy najdłużej, bo aż pięć dni. Mało tego – ten sylwestrowy wypad był zdecydowanie najlepszy.

Hotel, który zaklepaliśmy wspominamy do dziś i pewnie jeszcze dłuuugo będziemy do niego wracać…myślami 😀 Usytuowany na parterze, dość przestronny pokój z łazienką od początku nas zaintrygował. W łazience nie było bowiem kaloryfera… Gdyby nie grzejnik na prąd, który grzał jak wściekły, to podejrzewam, że przez cztery kolejne wieczory byśmy się nie myli z obawy przed zamianą w sople lodu tuż po wyjściu spod prysznica. Na szczęście, jak już wspomniałam, elektryczny piecyk dawał radę aż nadto, więc spokojnie można nim było ogrzewać dwa pomieszczenia na raz! Kolejną rzeczą, która przykuła naszą uwagę było „coś w szafie”… Brzmi enigmatycznie, ale nie; nie chodzi o żadnego Boogeymana, tylko o coś świecącego i buczącego, zamkniętego na cztery spusty. Pierwszego wieczoru snuliśmy domysły, co by to mogło być, ale już następnego dnia przy śniadaniu szybko zorientowaliśmy się, że to olbrzymie…akwarium. Nasz pokój znajdował się tuż przy jadalni,  w której owe akwarium wraz z jego mieszkańcami mogliśmy podziwiać; ot i całe rozwiązanie kryminału. Jednakowoż, skoro jesteśmy już przy śniadaniu, nie sposób pominąć milczeniem trunku, który to sprawił, że nigdy już nic nie będzie takie samo… Kawa. Kawa życia. O, tak. Wyobraźcie sobie następującą sytuację: budzicie się rano głodni. Głodni nie tylko w kontekście ssącego żołądka, ale przede wszystkim głodni wrażeń, głodni wydeptywania własnych ścieżek w obcym mieście, głodni odkrywania nowych miejsc i przeżywania nowych przygód. W związku z tym, czym prędzej udajecie się na śniadanie, po którym napijecie się pysznej kawy. Wyczekujecie jej, gdyż taki już macie swój rytuał. Poranna kawa to zapowiedź dobrego dnia, to momentalna poprawa nastroju, to ten smak, który kochacie i bez którego wasz dzień jest niepełny. Siadacie zatem przy stoliku, przyrządzacie pyszne kanapeczki z serem, wędliną, warzywami i leniwie snujecie plany na cały dzień. Zastanawiacie się dokąd pójdziecie najpierw, a co zobaczycie w inny dzień, czy pojedziecie samochodem, czy może lepiej lokalnym transportem i w międzyczasie nalewacie sobie pysznej kawki do kubka. Wiecie, że taki kubek (może nawet i dwa) doskonale uzupełnia śniadanie i przyjemnie rozgrzewa od środka. Bierzecie więc łyka i…życie przelatuje wam przed oczami. Miliony myśli napływają gwałtownie, niczym imigranci do Europy, wzniecając tumany kurzu i siejąc panikę: czy to jest zepsute? przeterminowane? czy w ekspresie jest grzyb? a może ktoś nie wypłukał płynu do naczyń? Najgorsze, że wypluć nie ma gdzie i trzeba to przełknąć…W końcu dostaliśmy głupawy i stwierdziliśmy, że to pewnie musi być ta najdroższa kawa świata kopi luwak, której ziarna wydobywa się z odchodów łaskuna. 😀 Nie pozostało nic innego, jak tylko zaparzyć sobie herbatę, a kawę wypić na mieście, plus dodatkowo zaopatrzyć się w jakieś gotowce na kolejne dni.

To by było na tyle „hotelowych atrakcji”. Zacznijmy jednak od początku. Jako, że do hotelu dotarliśmy wczesnym wieczorem, postanowiliśmy zostawić plecak w pokoju i przejść się na romantyczny spacer brzegiem Dunaju po to, by na końcu siąść w jakiejś miłej knajpce i zjeść coś ciepłego. Jako, że kompletnie nie mieliśmy pojęcia w którą stronę iść, stwierdziliśmy, że idziemy „na czuja”; przecież prędzej czy później na coś na pewno trafimy. Grunt, że jesteśmy tuż nad Dunajem – spacer sam w sobie na pewno dostarczy nam wrażeń. No i dostarczył. Ledwie uszliśmy kilka kroków, zaczęliśmy się zastanawiać, czy przypadkiem nie wylądowaliśmy w Prypeci… Krajobraz żywcem wyjęty ze STALKERA: opuszczone, zarośnięte chaszczami ruiny budynków, wszędzie szaro buro i ponuro, Dunaj też jakiś taki jakby stał w miejscu, niepokojąca cisza i zero śladów jakiegokolwiek  życia. Tośmy se wybrali okolicę… – głośno pomyśleliśmy. Trzeba było czym prędzej stamtąd spieprzać i szukać jakiejś cywilizacji. Po kilkunastu minutach, na horyzoncie zaczęły majaczyć światła latarni i cienie budynków. Słychać było szum jeżdżących samochodów i autobusów. Ucieszyła nas myśl, że jesteśmy uratowani. Po ok. godzinie weszliśmy do knajpy, która wyglądała całkiem przyzwoicie, zamówiliśmy pizzę, do tego po piwku, ogrzaliśmy skostniałe z zimna tyłki i po spróbowaniu pierwszego kawałka pizzy stwierdziliśmy, że ta knajpa to nasz drugi dom. Nie dość, że wszystko smakowało pysznie, było cieplutko, to jeszcze klimat, który tam panował był niezwykle swojski. Krótko mówiąc: nie chciało nam się stamtąd wracać do hotelu. Powrót jednak był nieunikniony. Trzeba było się wyspać; cały kolejny dzień miał nam upłynąć pod znakiem łażenia. Tak jak i kolejne zresztą. Nie będę opisywać każdego z osobna, bo musiałabym tu epopeję wywalić. Pokrótce wspomnę tylko, że dwa dni w całości przeznaczyliśmy na Budę, jeden na Peszt, który wg nas jest mniej interesujący. Zbyt wiele w nim hoteli i towarzystwa „z wyższych sfer”, co kompletnie nie współgra z naszym sposobem spędzania czasu. Pół kolejnego dnia spędziliśmy mocząc się w gorących źródłach w centrum miasta. Ponadto, udaliśmy się do podziemi celem nawiedzenia grobu Draculi.

W Sylwestra czekały nas same miłe niespodzianki. Najpierw okazało się, że w Budzie parkingi są darmowe (podczas, gdy w Peszcie zupełnie na odwrót), więc zaparkowaliśmy autko w ścisłym centrum. Potem, po przemierzeniu solidnych paru kilometrów, znaleźliśmy tak fantastyczną belgijską knajpkę, z pysznym jedzonkiem i niezliczonymi rodzajami piw, iż myśleliśmy, że olejemy całe fajerwerki i zostaniemy tam do rana. Gdy jednak tuż przed północą zdecydowaliśmy się pójść na most, przekonaliśmy się, że było warto. Nie dość, że sztucznych ogni było mnóstwo, to jeszcze spotkaliśmy przesympatycznego (oczywiście pijanego) jegomościa, który bardzo, ale to bardzo nalegał, żebyśmy napili się z nim szampana 😀

W Nowy Rok postanowiliśmy jeszcze trochę, na odchodne, powłóczyć się po mieście, aż w końcu zawędrowaliśmy do kościoła św. Anny na noworoczną mszę. Nabożeństwo było przeciekawe z uwagi na to, że poza „Amen” nie byliśmy w stanie zrozumieć ani jednego słowa. Egzotyczny język, ten węgierski… 😉

Podsumowując, czas spędzony w Budapeszcie był naszym najdłuższym, najintensywniejszym i, jak do tej pory, najlepszym sylwestrowym wypadem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s