Siku w trawie, skoki na szczycie i zagubienie na szlaku, czyli Pilsko 2012

Pilsko – drugi po Babiej Górze co do wysokości szczyt górski w Beskidzie Żywieckim. Nadeszła zatem pora, aby na ten pierwszy szczyt popatrzeć sobie z tego drugiego… Październik 2012 roku był wyjątkowo łaskawy pod kątem pogody i górskich wędrówek. Grzechem byłoby zatem nie skorzystać z okazji i nie wybrać się trochę wyżej.

Wędrówkę rozpoczęliśmy  z parkingu w Korbielowie, następnie przez Halę Miziową, gdzie znajduje się schronisko i dalej już czarnym szlakiem na sam szczyt. Od schroniska na szczyt prowadzą dwa szlaki: żółty i czarny właśnie. Wprawdzie do Hali Miziowej szliśmy żółtym, ale jako że czarny jest bardziej stromy, a my lubimy się męczyć, wybraliśmy właśnie ów szlak. Będąc jeszcze sporo przed Halą, Zuzia stwierdziła, że wychodzi z nosidełka i idzie sama. Ok – pomyśleliśmy. Przejdzie się z pięć minut i się jej znudzi. Jeszcze zatęsknisz za nosidełkiem, mały nieświadomy trudu wychodzenia Ludziku! Pięć minut minęło, ba, nawet dziesięć, a pani ciśnie… Przebiera nóżkami i zasuwa jak mały samochodzik. Zmęczyła się, chwilę odpoczęła, wychyliła kartonik soczku i niestrudzenie bieży sobie dalej. W pewnym momencie przystaje i wypowiada magiczne słowa: siku mi się chce. No i cóż pozostaje zrobić? Niby tłumów na szlaku ni ma, ale ktoś tam się błąka tu i ówdzie. Trudno, dziecko jest dziecko, siurnąć musi. Mówię jej: to idź tam do trawy, wysiusiaj się i pójdziemy dalej. Jak mamusia powiedziała, tak córusia zrobiła. Lżejsza o 200 g, omiotła nosidełko pogardliwym spojrzeniem i z powrotem wskoczyła na szlak. Szła, skubana, dobrych 40 minut! W końcu zmęczona, przeprosiła się z nosidełkiem i ponownie zasiadła na tatusiowych plecach. Na Hali naturalnie zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek na kanapeczki i herbatkę. Widoczność była boska, więc pozdrowiliśmy Babią i po chwili ruszyliśmy w kierunku szczytu. Czarny szlak faktycznie dał trochę w kość (zwłaszcza Matowi z Zuzką na plecach), ale my to lubimy i właśnie po to chodzimy w góry 🙂 Dotarłszy na szczyt, jeszcze raz posłaliśmy całuska Babiej i pokłoniliśmy się Tatrom, które, mimo iż w oddali, ani na moment nie myślały być choćby odrobinę mniej pięknymi i wyniosłymi. Sam szczyt Pilska jest bardzo ciekawy i inny od tych, do których przywykliśmy. Pomijam, że przebiega przez niego granica polsko-słowacka, gdyż akurat to, że szczyty położone są na granicach państw raczej do rzadkości nie należy. Sam natomiast wierzchołek jest stosunkowo płaski i rozległy oraz gęsto porośnięty trawą i kosodrzewiną. Jest on także doskonałym punktem widokowym, gdyż roztacza się z niego szeroka panorama Beskidów Zachodnich, Tatr i gór słowackich.

Jako że zaczęło już robić się zimno, a ponadto zwykłe zdjęcia, na których się tylko stoi, są nudne, postanowiłyśmy z Zuzu trochę się rozgrzać i poskakać, a Mat stwierdził, że czemu by tego nie uwiecznić?  😀 I w ten oto sposób kolekcję naszych zdjęć wzbogaciły te nieco bardziej „skoczne” 😛

Drogę powrotną nieco sobie urozmaiciliśmy, gdyż tym razem nie wracaliśmy na czarny szlak. Chcieliśmy poznać żółty i porównać, czy faktycznie jest między tymi dwoma jakaś spora różnica. Różnica może i jest, ale żeby jakaś zabójcza? Nie powiedzielibyśmy. Wzniesienie jest wzniesienie i pokonać je trzeba, a zatem żółty szlak prowadzący od Hali Miziowej na szczyt również jest nieco wymagający. Ciekawą rzeczą, którą mija się po drodze i dla której warto choćby raz przejść się owym szlakiem jest krzyż upamiętniający jedną z pierwszych ofiar kampanii wrześniowej, poległego w tym miejscu 1 września 1939 roku żołnierza Franka Basika. Historia tego żołnierza jest dość ciekawa, dlatego pokrótce ją przytoczę: w lipcu 1939 r. na Pilsku zostało wykonane zamaskowane stanowisko obserwacyjne. Kapral Basik był jednym z członków 4. Plutonu Straży Granicznej „Korbielów”. 1 września rano w okolice Pilska wysłano patrol zwiadowców, którzy mieli sprawdzić, co dzieje się po słowackiej stronie. Gdy Franciszek Basik wracał ze szczytu, został przez pomyłkę ostrzelany przez… polską placówkę pod Pilskiem…

Tyle historii.

Droga powrotna przebiegała w miarę spokojnie, gdyby nie fakt, że…się zgubiliśmy. Ręki uciąć sobie nie dam, czy to szlak był jakoś kiepsko oznakowany czy to my coś przeoczyliśmy, ale w każdym razie znaleźliśmy się w pewnym momencie na jakiejś drodze, pomiędzy drzewami i amba. Nie wiadomo dokąd iść, bo na drzewach ani pół szlaku, nic… Jak się okazało, nie byliśmy jedyni, stąd przypuszczam, że to jednak z oznakowaniem było coś nie teges. Tak czy inaczej, trzeba było czym prędzej szukać właściwej ścieżki, bo robiło się ciemno… W końcu jakimś cudem udało się wrócić na szlak, ale nie było czasu na zbędne ceregiele. Przyspieszyliśmy kroku, bo nie mieliśmy w zanadrzu żadnych latarek, że o czołówkach nie wspomnę… Tuż przy wyjściu z lasu, Mat zaliczył jeszcze z Zuzą niegroźną glebę – poślizgnął się i zatrzymał na tyłku 🙂 Mieliśmy przynajmniej z czego śmiać się w aucie. 😀

Podsumowując, dzień w którym wyszliśmy po raz pierwszy na Pilsko był kolejnym wartościowym, pięknie przeżytym i emocjonującym dniem 🙂

Więcej wciąż przed nami!

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s