Siklawa, Dolina 5 Stawów i wspinaczka z nosidełkiem, czyli Tatry 2012

„Widziałem góry większe, wspanialsze i bardziej majestatyczne. W góry piękniejsze od Tatr jednak nie wierzę”.
– S. Zieliński, 1976

Te słowa za każdym razem rozbrzmiewają w mojej głowie, gdy tylko pomyślę o Tatrach. PRAWDZIWY CUD NATURY będący tak blisko nas, niemalże na wyciągnięcie ręki. Wystarczy na nie spojrzeć, a dusza wzlatuje tam, gdzie jej miejsce – ku niebu 🙂 Zuzia miała niespełna 3 latka, a my bardzo stęskniliśmy się za tymi wciąż jeszcze stanowczo za mało przez nas poznanymi górami. Postanowiliśmy, że wszyscy razem, we trójkę odkryjemy coś w Tatrach po raz pierwszy. Zaintrygowała nas Siklawa i Dolina Pięciu Stawów Polskich z najwyżej położonym schroniskiem w Polsce. A jak już raz nas coś zaintryguje, to nie ma zmiłuj – trza jechać. No i pojechaliśmy!

Auto zostawiliśmy gdzieś tam daleko, a do Palenicy dojechaliśmy busem. Stamtąd już nic, tylko maszerować. Pogoda była wymarzona – ciepło, słonecznie, bezchmurnie; słowem – warunki idealne! Zuzik w nosidełku wcinał sobie paluszki i prowadził obserwacje. Co jakiś czas rzucała krótko: ale ładne te Tatry 🙂 Tyle wystarczyło nam, żeby z uśmiechem na twarzy iść dalej. Pierwszy krótki przystanek zrobiliśmy sobie przy Wodogrzmotach Mickiewicza. Pokazaliśmy Zuzi jak woda szybko płynie, jaki jest przy tym huk i jak w momencie temperatura powietrza spada o kilka stopni… W drodze do Wodogrzmotów trochę się przeraziliśmy tą ilością turystów, która przytłaczała nas z każdej strony, ale na szczęście szybko okazało się, że 95% z nich cisnęła do Morskiego Oka, więc gdy weszliśmy w las byliśmy praktycznie sami. Droga na „Piątkę” nie jest jakaś szczególnie upierdliwa czy wymagająca. Nie licząc końcowego „schodowego” odcinka przed Siklawą, idzie się całkiem przyjemnie. Niezależnie jednak od tego jak ciężka owa droga by nie była, widoki rozpościerające się przed oczami rekompensują wszystko. Człowiek idzie i zamienia się w gąbkę – chłonie całym sobą barwy (zwłaszcza zieleń i błękit), dźwięki, zapach powietrza… Czuje się jednocześnie zafascynowany i przytłoczony. Ogromem piękna i majestatu tych gór. Ilekroć byśmy tam nie byli, zawsze zachwycamy się nimi tak, jak wtedy, gdy ujrzeliśmy je po raz pierwszy. Prawdziwie Boski majstersztyk! Ale wracając na szlak… Wędrówka nie była ani zbyt krótka, ani przesadnie długa. Zuzia była zadowolona, więc i my nie narzekaliśmy. W pewnym momencie, będąc już dość głęboko w lesie, usłyszeliśmy jakiś hałas… Przystanęliśmy. Hałas stawał się coraz głośniejszy. Nagle, zza krzaków wyskakuje… traktor! Ale nie byle jaki – LAMBO 😀 Popatrzyliśmy na siebie, uśmiechnęliśmy się i poszliśmy dalej. Wspinając się po stopniach wśród kosodrzewiny, stwierdziliśmy, że chyba jesteśmy już blisko, bo i góry jakieś takie bardziej odsłonięte i wspinaczka też jakby trochę cięższa… 😉 Nie pomyliliśmy się. Do Siklawy pozostało ok. pół godziny. Po drodze zatankowaliśmy zimniuteńką czyściuteńką wodę do butelki (o tym jeszcze napiszę, ale później) i poszliśmy w końcu zobaczyć ten słynny tatrzański wodospad. Żeby dojść możliwie jak najwyżej musieliśmy wdrapywać się po płaskiej śliskiej skale. Nie byłby to żaden problem, gdyby nie to, że Mat miał na plecach Zuzę… Przyznam szczerze, że obleciał nas wtedy strach, bo gdyby, nie daj Bóg, się poślizgnął… Na szczęście nasi Aniołowie Stróże to Himalaiści, więc wszystko skończyło się dobrze 😉 W efekcie śmialiśmy się potem z nowego przezwiska Mata – „kozica górska” 😛

Przy wodospadzie zrobiło się już naprawdę zimno, a zatem musieliśmy przywdziać cieplejsze kapoty. Zuzę przystroiliśmy w czapkę, szal, rękawiczki oraz zimową kurtkę i zaczęliśmy szamanko. Niesamowite, jak zwykłe, niedoceniane na codzień kanapki i herbata nabierają smaku w górach… Napełniwszy brzuszki i nacieszywszy oczy pięknem wodospadu ruszyliśmy dalej, do Doliny Pięciu Stawów. Po pokonaniu stromego kamiennego odcinka wyszliśmy tuż nad wodospadem. Jeszcze tylko przejście przez drewniany mostek  nad Wielkim Stawem, spacer pośród kosodrzewiny i dochodzi się do schroniska. Nie tak szybko jednak. Muszę na moment zatrzymać się przy samej dolinie i stawach, bo akurat schronisko jest najmniej istotnym elementem całej wędrówki. Być może okaże się teraz, że mój język i zasób słownictwa są dość ubogie, ale nie znajduję słów, którymi mogłabym opisać widok, jaki ukazał się naszym oczom po dotarciu na górę. Zdjęcia są przepiękne, ale to zaledwie promil ogromu piękna, jakiego doświadczyliśmy. Uwierzcie, wcale nie trzeba przemierzać tysięcy kilometrów, żeby doswiadczać cudów natury. One otaczają nas z każdej strony. Trzeba tylko umieć patrzeć… To, co zobaczyliśmy zaparło nam dech w piersiach. Gra kolorów i świateł, połyskujące w turkusowej wodzie słońce, zieleń tak soczysta i intensywna, ostre wierzchołki gór okalających dolinę zdające się przekłuwać niebo, lekki wiaterek i ta cisza, którą usłyszeć można tylko w górach. Staliśmy i gapiliśmy się , jak zaczarowani. To niewiarygodne, jaka radość może wypełnić człowieka od „zwykłego” patrzenia i przebywania w otoczeniu przyrody.

Z bólem serca poszliśmy dalej. Wdepnęliśmy na chwilę do schroniska, żeby obadać jak jest w środku, potem posiedzieliśmy na zewnątrz i, niechętnie, ale musieliśmy wracać. Tym razem wybraliśmy szlak czarny, a nie zielony, którym wychodziliśmy. Wiedzie on dość stromymi (i śliskimi!) zakosami na Rzeżuchy, a zatem trzeba wzmóc czujność. Z Rzeżuch wracaliśmy już normalnie, drogą którą przyszliśmy aż z Palenicy. Wciąż jeszcze otoczeni górami, pomału zaczynaliśmy za nimi tęsknić. Wiedzieliśmy, że minie trochę czasu, zanim znów w nich zagościmy.

Po powrocie do domu, wieczorem, rozpakowaliśmy się i stosunkowo szybko położyliśmy do łóżka, jako że dzień był naładowany emocjami. No i się zaczęło… Oboje z Mateuszem, jak na zawołanie, w tym samym momencie dostaliśmy potwornego bólu brzucha i musieliśmy zwymiotować… Do dnia dzisiejszego pozostaje to dla nas zagadką, a jedyne co przychodzi nam do głowy to ta woda, którą tankowaliśmy na górze. Zuza jej nie piła. Tylko my. Wydaje mi się to dziwne, bo co jak co, ale sądziliśmy, że taka woda to kryształ i, że spokojnie można ją pić. Zresztą, kto wie, czy to faktycznie ona była przyczyną zatrucia? My sami nie mamy pewności, bo to tylko nasze domysły, ale zdarzenie było co najmniej dziwne… Tak czy inaczej, akcja w łazience była jednorazowa i wszystko wróciło po niej do normy. Położyliśmy się spać i, nie wiem jak Mat, ale ja całą noc śniłam o tej wyprawie 🙂

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s