Na rowerach do Pszczyny 2012

Pszczyna była naszą drugą i, jak do tej pory, ostatnią wyprawą rowerową z Zuzolem w foteliku, gdyż kilka dni później skradziono mi rower…

Mamy zamiar wznowić rowerowe wycieczki, tym razem już we czwórkę. Może w przyszłym roku się uda 🙂

Pogoda była cudowna. Sierpniowe słoneczko grzało aż miło. Zachęceni poprzednią całkiem udaną wyprawą rowerową wokół Bielska, postanowiliśmy ponownie wsiąść na siodełka i tym razem wybrać się do Pszczyny. Mieliśmy w planach pokręcić się wokół pałacu, a gdyby starczyło czasu i ochoty to nawet wejść do środka i trochę pozwiedzać.

Pierwszy etap naszej drogi był niezbyt przyjemny, jako że jechaliśmy wzdłuż dwupasmówki. Tam, gdzie się dało chowaliśmy się za ekranami, by czym prędzej znaleźć się na w miarę normalnej i już nie tak ruchliwej drodze. Kilka przystanków na uzupełnienie płynów, krótki odpoczynek na zaporze i, nim się spostrzegliśmy, wjeżdżaliśmy już do parku, gdzie ścieżka miała nas doprowadzić pod samiutki pałac.

Jadąc, nie mogliśmy się nadziwić, że pszczyński park jest aż do tego stopnia popularny w letnie weekendy… Ludzie walili dosłownie z każdej strony. Po paru minutach zorientowaliśmy się dlaczego. Wybraliśmy sobie nie do końca odpowiedni dzień na zwiedzanie. W okolicznych wsiach świętowano dożynki, a Pszczyna zorganizowała festyn… Reasumując: sierpniowe popołudnie, piękna pogoda, masowa impreza, człowiek na człowieku, balony, koncerty, wata cukrowa i trójka zziajanych „zwiedzaczy” na rowerach. Jakby tego było mało, w momencie, gdy pewnym krokiem ruszyliśmy w kierunku placu pałacowego, poinformowano nas grzecznie, że z rowerami nigdzie nie wejdziemy… Odeszliśmy, więc parę kroków dalej i w tym momencie Zuza, która 10 minut wcześniej wypiła dosłownie łyka Powerade’a (bardzo chciała spróbować tej niebieskiej wody, więc pomyślałam, że przecież nie umrze, jeśli trochę się napije) puściła uroczego turkusowego pawia… Ale jej historie żołądkowe to temat na osobną książkę… Opanowawszy sytuację, przystąpiliśmy do działania pt.: co robimy? Ja oczywiście chciałam szukać jakiegoś miejsca, gdzie moglibyśmy przypiąć rowery i zrealizować zamiar, z którym tu przyjechaliśmy. Natomiast głos rozsądku w postaci mojego męża nakazał stanowczo, abyśmy porzucili ten pomysł i czym prędzej oddalili się w miejsce, gdzie można będzie po prostu usiąść i odpocząć. Tak też zrobiliśmy. Dzięki Bogu, park w Pszczynie jest na tyle duży i rozległy, że już po przejściu kilkuset metrów znaleźliśmy się na przyjemnie zielonej i w miarę pustej trawie, gdzie mogliśmy odłożyć rowery, usiąść, zjeść kanapki i napawać się widokami. Mnóstwo zieleni, stawik, kaczki, spokój i błogie nic nierobienie. Z oddali dobiegały tylko dźwięki muzyki – jakiś zespół prezentował swoje umiejętności na scenie. W końcu zebraliśmy się, bo chcieliśmy jeszcze trochę pospacerować po samym parku, no i trzeba było o normalnej porze wracać do domu. Jakby nie patrzeć, mieliśmy przed sobą ponad 30 km.

Można by rzec, że dzień upłynął raczej spokojnie i bez większych przygód, gdyby nie to, co spotkało nas w drodze powrotnej…

Na jednym ze zdjęć widoczny jest plastikowy pomarańczowy telefonik Zuzi, którym swojego czasu bardzo lubiła się bawić. Zabierała go praktycznie wszędzie, dlatego do Pszczyny też postanowiła go spakować. Telefonik był z klapką, a w miejscu ekranu znajdowała się pusta przestrzeń, do której wsuwało się jedną z trzech plastikowych prostokątnych płytek z wizerunkami bohaterów Kubusia Puchatka. Nie wiem, co się stało tego dnia, bo Zuza nigdy przedtem tego nie robiła… Jechaliśmy spokojnie przez jakąś wieś, było już późne popołudnie; jak wspomniałam wcześniej, trwały dożynki, a zatem żywego ducha przy domach nie szło uświadczyć i w pewnym momencie słyszę przeraźliwy krzyk Zuzki. Podjeżdżam szybko do Mata, patrzę, a Zuza przerażona z płytką w buzi drze się jak opętana. Próbuję wyjąć płytkę, ale ni cholery nie chce drgnąć. Zaklinowała się, można by rzec, idealnie między podniebieniem a dolną szczęką. Poczułam jak moje serce przyspiesza, a w głowie miałam już 30 różnych scenariuszy, łącznie z tym, że trzeba będzie jej to wyszarpać razem z zębem. Na szczęście, nie wiem jak, ale Mat wyciągnął to bez wyrządzania małej jakiejkolwiek krzywdy. Schowałam telefon z płytkami do plecaka i szczęśliwie wróciliśmy do domu.

Dziś, po ponad trzech latach, kiedy to wspominam, dokładnie pamiętam wyraz twarzy Mateusza, przerażenie w oczkach trzyletniej Zuzi i strach, który ścisnął mnie za gardło tak mocno, że przez ułamek sekundy nie byłam w stanie się poruszyć.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s