40 stopni, namiot, dorada i mandat czyli Rab i Plitvice 2012

Chorwacja – nasz pierwszy dłuższy wyjazd zagraniczny z Zuzią; miała wtedy 2,5 roczku. Pierwszy raz tyle godzin w samochodzie, pierwszy raz płynęła promem, pierwszy raz kąpała się w morzu, pierwszy raz spała pod namiotem, pierwszy raz płynęła motorówką, pierwszy raz tak daleko od domu… Pierwszy i, całe szczęście, nie ostatni! Nasza mała dzielna wędrowniczka. Nigdy na nic nie narzekała, ani na saunę w samochodzie (nie mieliśmy klimy! :D), ani że głodna, ani że śpiąca, ani że twardo pod tyłkiem w tym namiocie, ani że wyciągamy ją w tyle różnych miejsc podczas, gdy ona najszczęśliwsza na plaży. Była dzielna i taka jest do tej pory – można wyobrazić sobie lepszy przykład dla młodszej siostry?

Ale po kolei…

Wybór na Chorwację padł dużo wcześniej przed wyjazdem. A bo nie byliśmy, a bo blisko, a bo podobno piękna, bo pogoda, mówią że, gwarantowana, bo w końcu coś nowego, bo tam nas jeszcze nie widzieli, bo można połączyć wakacje z odkrywaniem. Jedyną niewiadomą było tylko konkretne miejsce, do którego się udamy. Niektórzy wyjazd odradzali, mówiąc, że do Chorwacji z małym dzieckiem to nie, bo tam same kamieniste plaże i mała się nie pobawi… Z pomocą przyszedł mój ówczesny szef. Na marginesie dodam, że drugiego takiego już mieć nie będę 😦 Wielki ukłon w stronę p. Jacka zawsze i wszędzie! Jako miłośnik Chorwacji, zna chyba już każdy jej zakątek i to właśnie on podpowiedział nam, żebyśmy jechali na Rab, bo właśnie tam znajduje się duża, czysta i piaszczysta plaża, idealna dla dzieci. Dodatkowo woda czyściutka, ciepła, a i wejście do głębokiego morza stosunkowo długie, więc nie będziemy musieli się martwić, że mała nam się gdzieś utopi 🙂 Jednym słowem, miejscówa idealna! Po powrocie z pracy do domu od razu zabrałam się za wyszukiwanie wszystkich możliwych informacji dotyczących zakwaterowania i tego, co znajduje się w okolicy, żeby choć częściowo zaplanować nasz pobyt. Znalazłam, jak się potem okazało, świetny camping za całkiem rozsądne pieniądze, do którego przynależała duża plaża. Posprawdzałam jeszcze inne dostępne opcje, ale ostatecznie wybór padł na camping San Marino w miejscowości Lopar. Poza tym, że chcieliśmy poznać trochę wyspę i zahaczyć o Plitvice, nie mieliśmy żadnego skonkretyzowanego planu. Chcieliśmy po prostu dobrze się bawić, zaczynając dopiero naszą wspólną wyjazdową przygodę, która z wypadu na wypad robi się coraz bardziej „dzika” i spontaniczna 😉

Spakowaliśmy graty i wyruszyliśmy. Pierwsza przygoda nie czekała na nas długo, jako że już na Słowacji, jakieś 100 km od domu, auto zaczęło nam świrować. W tym miejscu muszę poświęcić kilka słów naszemu mobilowi 😀 Był to stary fiat Ulysse, z instalacją gazową, która nie nadawała się do tego typu samochodu, bez klimy, ba! nawet bez kompletnego lewarka (biegi zmienialiśmy samym metalowym drążkiem 😀 ), a zatem wybraliśmy się jak prawdziwi hipisi, w dodatku na wyspę, gdzie stacje benzynowe nie zaopatrywały w gaz! 😀 Krótko mówiąc: ahoj przygodo! Kontynuując: jedziemy sobie dwupasem pod górkę i w pewnym momencie auto dosłownie przestaje ciągnąć. Mat mu w gaz, a on (niemalże) zgasł… Panika w oczach, śmiech przez łzy, początek wakacji, a my w dupie i to w dodatku na Słowacji… Nagle wszystko wraca do normy, auto, jak gdyby nigdy nic, przyspiesza i z każdym kilometrem jesteśmy bliżej celu 🙂 Cośmy się wystraszyli to nasze 😉 Dalsza podróż przebiegała, można powiedzieć, spokojnie i bez większych ekscesów, gdyby nie fakt, że zupełnie nieplanowanie wylądowaliśmy w pewnym momencie na płatnej drodze w Austrii. Nasz plan dojazdowy Austrii nie brał w ogóle pod uwagę. Całą podróż mieliśmy odbyć przez Węgry, wzdłuż austriackiej granicy. Skąd zatem taki wyskok? Ano, proszę państwa, tak samo jak nie można jednocześnie służyć Bogu i mamonie, tak również nie korzysta się jednocześnie z papierowej mapy i GPSa! Chcieliśmy mieć absolutną pewność, że jedziemy dobrze no i wyjechaliśmy. W pole. Dosłownie. Musieliśmy czym prędzej zjechać z tej drogi zanim jeszcze się dało uniknąć opłaty, więc skręciliśmy w jakąś boczną polną i tam zastanawialiśmy się dokąd teraz pojechać, żeby wypaść na tę właściwą trasę. W międzyczasie Zuzi się zgłodniało, więc trzeba było wyciągać naszą jednopalnikową, zasilaną kartuszami kuchenkę i grzać (!) mleko. Nie, żeby na zewnątrz było 86 °C, ale co tam, trochę ciepła jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Grzejąc to nieszczęsne mleko rozglądaliśmy się za kimś, kto mógłby nam powiedzieć, gdzie jesteśmy i którędy na Rab, ale poza jednym jedynym samochodem z niezbyt rozmowną rodziną w środku nie spotkaliśmy na tym wygwizdowie nikogo. Trzeba było zatem działać na własną rękę. Nie wiem jak, ale w końcu udało nam się bez większych problemów trafić na właściwą drogę i tym samym kontynuować podróż. Po drodze zatrzymaliśmy się w Szombathely, żeby na chwilę rozprostować kości. Ucieszyłam się, gdy za oknem ujrzałam uroczy i kolorowy mały park. Pomyślałam, że fajnie będzie się tam zrelaksować na ławeczce i czym prędzej poinformowałam resztę bandy, że tam właśnie naładujemy sobie akumulatory. Mat będzie miał chwilę czasu, żeby odpowiednio ustawić GPSa, a my z Zuzolem pospacerujemy w cieniu drzew. Gdy dotarłyśmy na miejsce, okazało się, że miejscowa „elita” zdążyła zaklepać już wszystkie ławki i, że dodatkowo byli oni chyba fakirami, bo tylu stłuczonych butelek w parku jeszcze nie widziałam…Odwróciłyśmy się więc na pięcie i uznałyśmy, że w sumie odpoczynek w aucie wcale nie będzie taki zły. Zresztą nie ma co długo odpoczywać – Chorwacja czeka! No i pojechaliśmy dalej. Na granicy słoweńsko-chorwackiej poczuliśmy się co najmniej jak Bonnie & Clyde. Pan miał dosłownie laser w oczach i wyglądał jakby nie dowierzał, że my to my. Potem pytał, gdzie dokładnie jedziemy, na jak długo i w jakim celu. No cóż…może faktycznie wyglądaliśmy jak para przemytników, a dziecko to tak dla zmyły. W każdym razie udało się. Puścił nas dalej i tak oto  znaleźliśmy się w kraju, który na dwa tygodnie miał się stać naszym domem 🙂 Teraz tylko szybciutko na prom, potem na camping i byle do jutra! Początkowo jechaliśmy autostradą i, mimo, iż godziny były już popołudniowe, słońce ani na chwilę nie zamierzało słabiej grzać. W końcu zaczęliśmy wić się w górę serpentynami, a jako że mam problem z błędnikiem, to mało co nie ubarwiłam tapicerki…Po wjeździe przyszła kolej na zjazd. No i tu dopiero była bonanza. Auto miało swoje mocne strony, jednakże hamowanie silnikiem nie było jedną z nich…Gdyby nie szerokie pobocze w połowie górki, gdzie się na chwilę zatrzymaliśmy, to prawdpodobnie nie pisałabym dziś tego posta. Po raz pierwszy i, jak do tej pory, ostatni raz w życiu poczułam zapach zjaranych hamulców… Aniołowie Stróże uwiajli się jak w ukropie – to był ostatni dzwonek, żeby się zatrzymać i schłodzić tarcze. W końcu, jakimś cudem udało się dotrzeć do miejsca, skąd odpływały promy. Ma załapaliśmy się na jeden z ostatnich, jako, że był praktycznie wieczór. Wysiadłszy już na Rabie, okazało się, że musimy jeszcze „tylko” przejechać całą wyspę i będziemy w Loparze. Trochę jechaliśmy, ale to już była zupełnie inna jazda. Chłonęliśmy widoki i wiedzieliśmy, że będzie wspaniale. Miałam nieodparte wrażenie, że ten Rab to trochę taki mix Grecji i Włoch – przynajmniej tych regionów, w których byłam. Ale mężulo stwierdził to samo co ja, więc chyba faktycznie coś w tym jest. Ok. 21:00 podjechaliśmy na parking przy naszym campingu. Mat poszedł do kwatery głównej, pozałatwiał formalności i już po kilkunastu minutach szukaliśmy miejsca na namiot. Znalazło się. Jedno jedyne póki co, może nie szałowe pod względem lokalizacji, ale akurat to było nieistotne – przecież tam i tak docelowo mieliśmy tylko spać 😀 Czym prędzej zabraliśmy się za rozbijanie namiotu, bo było już prawie ciemno. I tu kolejna niespodzianka. Okazało się, że namiot rozbijamy na betonie. Z pełną odpowiedzialnością stwierdzam ten fakt. Tak suchej i twardej ziemi, jak żyję, nie widziałam. Śledzie trzeba było wbijać młotkiem. I to nie młoteczkiem do gwózdków, które wbijamy w gips. To był solidny, duży młotek, bez którego spalibyśmy pod chmurką… Po stoczonej walce, kiedy to nasz dom już stał, zamarzyło nam się zapoznać z okolicą, przywitać z morzem i zwyczajnie pospacerować nocą. Czy przypadkiem nie byliśmy zmęczeni? No pewnie, że byliśmy, ale przecież nie przyjechaliśmy odpoczywać! No przynajmniej nie w standardowym rozumieniu tego słowa 😉 Noc była cicha i spokojna, większość ludzi siedziała przy swoich namiotach, przyczepach i domkach, grillując, pijąc piwko i rozmawiając. Tuż przy plaży było już dużo głośniej. Ludzie spacerowali, biegali, oblegali okoliczne knajpki, tańczyli i śpiewali. My ułożyliśmy Zuzię w wózku i doszliśmy do wniosku, że w ten sposób najszybciej zaśnie. Tej nocy plan się powiódł. Potem nie było już tak kolorowo… Morze przywitane, okolica wstępnie obadana, można było iść spać. W końcu jutro będzie nowy dzień! Weszliśmy do namiotu, ułożyliśmy się i…przyszła załamka. Upał i duchota, które tam panowały były nie do wytrzymania. Czuliśmy się jak pomidory w szklarni. Oczywiście Zuza, starym zwyczajem, miała wszystko głęboko i spała w najlepsze (szczęściara!), ale my poważnie rozważaliśmy spanie na przyjemnie chłodnej plaży. Stanęliśmy w obliczu mało optymistycznej perspektywy kolejnych kilkunastu nocy w takim upale i przestało nam być do śmiechu. Ale, jak to zwykle bywa w sytuacjach na pierwszy rzut oka beznadziejnych, najlepiej sprawdza się hasło: jutro coś wymyśłimy. Teraz śpij. 

Nazajutrz obudziłam się z zawrotami głowy i miałam nieodparte wrażenie, że całą noc kręciłam się na ruszcie. Ten dzień chcieliśmy spędzić na plaży. Tak po prostu. Nigdzie się nie spieszyć, odpocząć, potaplać się w wodzie polepić zamki z piasku, poobżerać się lodami, złapać trochę koloru i zwyczajnie nic nie robić. Rano, gdy ja robiłam Zuzi mleko, Mat wyszedł na camping obczaić, czy jest coś typu sklepik, co by można było zjeść jakieś śniadanko. Owszem, sklepik był. A w nim wszystko 3 razy droższe, niż w „normalnych” sklepach. No i czegośmy się spodziewali? Niby jakie miało być? Tańsze? 😛 Mąż dokonał tam zatem zaszczytnych pierwszych i ostatnich zakupów. Późniejsze robiliśmy już w markecie, gdzie, jak się okazało już przy wyjeździe z kraju, ceny też były dużo wyższe od tych na lądzie. No, ale w końcu wyspa. W dodatku wręcz oblegana przez Niemców, Austriaków i Włochów…No i przez nas – trójkę hipisów z Polski w samochodzie żywcem wyjętym z tragikomedii 😀

Dzień na plaży upłynął spokojnie, Zuzia była zachwycona morzem, słońcem, piaskiem i lodami kokosowymi 🙂 Popołudniu, w obawie przed nadciągającą upalną nocą, podjęliśmy decyzję, że wyruszamy na wieś szukać noclegów u ludzi. Może się uda. Spaleni słońcem, z piekącą skórą, załadowaliśmy małą do rikszy i wyruszyliśmy przed siebie. Upał był okrutny, słońce waliło na te nasze biedne czerwone skóry, ale zawzięliśmy się. I tak oto trafiliśmy do pierwszego domu, potem do drugiego i do dziesiątego. Wszystko zarezerwowane. Dla Niemców. A jak jeszcze wolne to ceny takie, że równie dobrze moglibyśmy się spakować i wracać do domu. Trudno, głową muru nie przebijesz. Jakoś ogarniemy. No i ogarnęliśmy. Okazało się, że pierwszej nocy po prostu nie byliśmy jeszcze zaklimatyzowani, bo tej drugiej, gdy już wróciliśmy do namiotu i położyliśmy się w samych majtkach na śpiworach, momentalnie zrobiło nam się zimno i trzeba było się przykryć. Sukces! Problem spania rozwiązał się sam 🙂

Nazajutrz, wykupiliśmy sobie 4-godzinną przejażdżkę motorówką. Spakowaliśmy bułki, soczki i owoce dla Zuzolka i wyruszliśmy pośmigać wokół okolicznych wysepek. Zuzia w międzyczasie sobie zasnęła. Może to i lepiej – przynajmniej nie oglądała nudystów, których mijaliśmy niemalże na każdej z wysp… o_O Co uderzyło nas najbardziej to kolor wody. Ani niebieski, ani zielony; z oddali szafirowy, z bliska szmaragdowy i ta krystaliczna wręcz czystość. Dno widoczne z co najmniej kilku metrów. A w tym wszystkim mała, ciekawska Zołzulka, chcąca wszystkiego doświadczyć na własnej skórze. Pędząca motorówka nie była dla niej najmniejszą przeszkodą, żeby wciąż się wychylać i dotykać wody. Resztę dnia spędziliśmy na plaży, gdzie Zuzia poznała dwóch kolegów z Austrii – braci Floriana i Fabiana. Pierwszy raz mieliśmy okazję zaobserwować jak dzieci bezproblemowo dogadują się, nie zważając na barierę językową. Wystarczyło, że jeden naśladował drugiego i już śmiechu i zabawy było co niemiara.

Oczywiście kolejne dni spędzaliśmy już bardziej aktywnie. Pojeździliśmy trochę po wyspie, żeby lepiej ją poznać, ale na dłużej, bo kilka razy, zabawiliśmy w samym jej centrum. Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie przykombinowali z parkingiem. Jako, że wjazd do centrum Rabu jest płatny i, jeśli dobrze pamiętam, można tam parkować tylko 3 godziny, zawróciliśmy spod bramek, pojechaliśmy kawałek dalej i już za chwilę znaleźliśmy wąską uliczkę prowadzącą do jakiegoś warsztatu samochodowego. Wzdłuż uliczki stało zaparkowanych kilka samochodów, ale było tam miejsce na jeszcze jeden. Na nasz! – ucieszyłam się, ale oczywiście, jak to zwykle w stanach nadmiernej mojej euforii bywa, mąż szybko sprowadził mnie na ziemię, mówiąc: Poczekaj, może być tak, że tylko miejscowi się tu parkują. Trzeba najpierw kogoś spytać. Mój niezawodny głos rozsądku… Cóż ja bym bez niego… No to idź – mówię. I poszedł. Wrócił za chwilę uhahany i zaczął wypakowywać wózek z bagażnika. I tym oto sposobem znaleźliśmy sobie stałą miejscówkę do parkowania, gdy przyjeżdżaliśmy pobyć trochę w centrum.

A cóż w tym centrum? Ano jest co robić. Przede wszystkim jest bardzo zadbane, czyściutkie i przytulne. Czy można o mieście powiedzieć, że jest przytulne? A kto bogatemu zabroni?! 😀 W ogóle należałoby zacząć od tego, iż owo centrum uznawane jest za „stolicę” wyspy i ma bardzo bogatą historię, którą świetnie można poznać przechadzając się specjalnie utworzoną ścieżką prowadzącą wzdłuż wszystkich najważniejszych miejsc. Ale co tam ścieżki, cóż historia! Najważniejsze, że był plac zabaw. I to w cieniu 😀 Zuza działa jak taki radar. Gdziekolwiek by się jaki plac nie mieścił, ona zawsze go wywęszy. A zatem przyswoiliśmy nieco historii, pobujaliśmy się na huśtawkach, zaglądnęliśmy w każdą wąziutką uliczkę, a na koniec, gdy siesta w mieście się już skończyła, poszliśmy na pyszną doradę, w której zakochaliśmy się już na całe życie. Doszło do tego nowe doświadczenie (nowe dla nas wszystkich), gdyż po raz pierwszy jedliśmy pieczone w całości kalmary – były pyszne! Innym razem wybraliśmy się na drinka (oczywiście jednego, bo przy tym upale większa ilość alko byłaby zabójcza) i przy okazji z ciekawością poobserwowaliśmy zachowania miejscowych rybaków, kiedy przyszli do knajpki coś zjeść. Przede wszystkim, wszyscy się znają, głośno pozdrawiają, dużo śmieją i…piją. Wino, co prawda rozcieńczali wodą, ale muszę przyznać, że zamawiali go sporo. Co ciekawe, danie też zamówili sobie na jednym dużym talerzu, z którego każdy brał porcję na swój mniejszy.

Jako, że post robi się już bardzo długi, postaram się trochę sprężyć.

Kilka słów o „campingowych osobowościach”, które wryły nam się w pamięć: grupka Niemców (młode chłopaki z opiekunem, może jakiś mini-obóz?) – głośni, imprezowicze, namioty mieli tuż naprzeciw nas, a zatem atrakcji nam nie brakowało. W przyczepie obok nas pan Italiano, który przywiózł ze sobą całą siłownię i od 6 rano wyciskał. Kilka namiotów dalej symaptyczny starszy pan w dreadach, któremu, nie wiedzieć czemu, przypadliśmy do gustu, bo co nas widział, to śmiał się serdecznie i pozdrawiał (a może widział, że my swoi? 😛 ). Pan miał psa, którego kilka razy dziennie wyprowadzał. Z panem była jego pani i ich córka (też w dreadach) z kilkumiesięcznymi bliźniakami, które to lubiła sobie karmić na plaży 🙂 Była też przesympatyczna Słowenka z mężem i półtoraroczną córeczką. Mała lgnęła do wszystkich bez wyjątku i była do schrupania. Jej mama niestety nie mówiła po angielsku, więc miałyśmy utrudniony kontakt, ale coś tam udało nam się sklecić i, koniec końców, było wesoło. Był również niezwykły pan z Niemiec, który przyjechał samotnie i, który bardzo lubił patrzeć…zwłaszcza, gdy niektóre panie chodziły sobie topless (np. mama Floriana i Fabiana). Niestety dla niego, na naszej plaży było takich „wyzwolonych” pań bardzo mało, więc pan wybywał na całe dnie i wracał na camping wieczorami. Oczywiście, byli też nasi rodacy, ale o nich może lepiej nie pisać… 😉 To tylko ci, którzy zapadli nam w pamięć najbardziej, ale „osobistości” znalazłoby się więcej.

Pragnę jeszcze wymienić dwie rzeczy. Jedną, którą warto, a drugą, której zdecydowanie nie warto, gdy jest się w lipcu w Chorwacji.

Zdecydowanie warto sięgnąć po pyszne i bardzo orzeźwiające lokalne piwo grejpfrutowe – świetnie gasi pragnienie.

Zdecydowanie nie warto… smażyć sobie na obiad frytek, gdy temperatura powietrza jest na tyle wysoka, że frytki usmażyłyby się bez użycia kuchenki… Ten i wiele innych błyskotliwych pomysłów znajdziecie tylko u Jakubców 😀

Zmierzając pomału ku końcowi, chciałabym opisać jeszcze jedną przygodę, głównie ku przestrodze. Gdy z Rabu zjechaliśmy na ląd (na oparach gazu), a na najbliższą stację benzynową po prostu sturlaliśmy się z górki, wyruszyliśmy w stronę Plitvic. Wiedzieliśmy, że ten cud natury był jednym z powodów, dla którego w ogóle przyjechaliśmy do Chorwacji. Wiedzieliśmy też, że tę noc spędzimy w samochodzie. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, ale…

Chcieliśmy, żeby Zuzolek zasnął podczas jazdy – wiadomo, to wszystko ułatwia. Zje kolację, ułoży się w foteliku, przykryjemy ją kocykiem i, gdy zaśnie, zatrzymamy się gdzieś w polach (dosłownie! tak pięknych i pustych wsi jeszcze w życiu nie widziałam), prześpimy parę godzin i ruszymy w stronę jezior. Czas płynął, kilometry leciały, a nasza pani niestrudzona. Śpiewała piosenki, oglądała krajobrazy, wspominała Floriana, lody kokosowe i wodne zjeżdżalnie, ale za cholerę nie wybierała się do spania. Jechaliśmy, wciąż przybliżając się do celu, aż w końcu go osiągnęliśmy…Tak, o 22:00 byliśmy na parkingu przy Plitvickich Jezerach…No nic, trzeba było zawrócić i przystanąć kawałek dalej, może uda się jakoś przeczekać do rana. Zuza w końcu spała…Ok. 6 rano przebudziłam się, ale pomyślałam, że jest jeszcze bardzo wcześnie, wszyscy śpią, to i ja się chwilkę zdrzemnę. Okazało się, że to był błąd…O wpół do ósmej obudziło nas pukanie do szyby. Policjant…Nie. Strażnik. Czego? Ano parku narodowego. Tak. Spaliśmy w Parku Narodowym Jezior Plitwickich i nie był to nocleg tani. Pan poinformował nas, że płacimy 500 kun, a jak nie to dzwoni na policję i wtedy dopiero będziemy mieć kłopoty. Oczywiście nie mówił po angielsku, tylko po chorwacku, ale tyle udało nam się zrozumieć… Mieliśmy przy sobie „tylko” 400 kun (jakieś 200 zł), które chcieliśmy przeznaczyć na wstęp do parku i może jakiś obiad, ale nasz obiad zjadł sobie pan strażnik. Z rodziną. A najlepsze w tym wszystkim było to, że nie wypisał nam żadnego mandatu! Po prostu, zwinął kasę i zapewne ucieszył się z tak mile rozpoczętego dnia 🙂 Oczywiście tego dnia, nic nie było w stanie popsuć nam nastrojów i po nakarmieniu Zuzi oraz ogólnym „ogarnięciu się” pojechaliśmy zobaczyć te cuda na własne oczy.

Powiem tak: kto nie był, a ma możliwość, niech jedzie. Nie da się opisać słowami tego miejsca, a zdjęcia, nawet najpiękniejsze, to tylko zdjęcia. Wcale nie trzeba jechać na inny kontynent, przemierzać dziesiątek tysięcy kilometrów w poszukiwaniu czegoś niezwykłego, bo to coś jest naprawdę blisko nas. Polecamy wszystkim i, jeśli jeszcze kiedyś nadarzy się okazja, na pewno tam wrócimy.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s