Miał dość jeszcze zanim dojechał, nigdy więcej na zorganizowaną wycieczkę, milion turystów DJ Bobo i Scorpionsi na Nowy Rok, czyli Sylwester w Berlinie 2011

Naszego drugiego stolicowego Sylwestra świętowaliśmy w Berlinie. Nie obfitował w taką ilość przygód co ten paryski, a zatem post będzie dużo krótszy.

Po raz drugi popełniliśmy ten sam błąd i pojechaliśmy autokarem. Jakby tego było mało, była to wycieczka zorganizowana, czyli przewodnik i te sprawy. Ledwo dojechaliśmy, oboje zgodnie stwierdziliśmy – nigdy więcej! To był pierwszy i ostatni nasz raz na zorganizowanej wycieczce…

Po pierwsze dobijający jest brak swobody i przymus chodzenia tam, gdzie prowadzi przewodnik. Po drugie jest się skazanym na towarzystwo osób, z którymi niekoniecznie chciałoby się przebywać w bliskim sąsiedztwie.

I tak oto pośród kilkudziesięciu jadących osób znalazł się on…Nie znam imienia, więc nazwę go Marian. Marian był chłopakiem młodym, może lekko po trzydziestce. Postanowił, że Sylwestra zacznie świętować wcześniej – w autokarze. O 10:00 rano. Jak postanowił, tak zrobił. Dzielnie opróżniał kolejne puszki i, gdy znalazł się już w Niemiec stolicy równie dzielnie postanowił, że pozwiedza ją ze wszystkimi. A co! Przecież nie przyjechał tu tylko po to, żeby się bawić. Może i nawet nie zwróciłabym na niego zbytniej uwagi, gdyby nie fakt, że był z dziewczyną… Ta z kolei była zupełnie trzeźwa i robiła wszystko, co w jej mocy, żeby chłopak nadawał się do stanu używalności. Niestety. Nie nadawał się. Sylwestra spędzili (choć głowy nie dam sobie uciąć, że oboje) w autokarze…

Wracając do samej wycieczki. Już pierwszy postój w Berlinie, zanim dojechaliśmy na właściwy parking, zwalił mnie z nóg. Było to gdzieś w okolicy dworca ZOO, co by uczestnicy wycieczki mogli sobie pójść…na zakupy! Ciuchy, kosmetyki i te sprawy, czyli zmitrężone dwie godziny, które z powodzeniem można było przeznaczyć na coś dużo ciekawszego, jak choćby Siegessäule, pod które mieliśmy dojść, ale w końcu nie poszliśmy, bo zabrakło czasu! My oczywiście pospacerowaliśmy sobie na tyle, na ile czas pozwolił.

W końcu zatrzymaliśmy się, jeśli mnie pamięć nie myli, na Alexanderplatz, gdzie punktem orientacyjnym, gdy będziemy wracać po północy, miała być wieża telewizyjna. W sumie chyba nie da się w tamtej okolicy znaleźć bardziej charakterystycznego punktu…

Zebraliśmy się wszyscy ładnie przy pani przewodnik i wyruszyliśmy na tour po mieście. Nie powiem, zobaczyliśmy sporo tak zwanych atrakcji i wysłuchaliśmy paru ciekawostek z nimi związanych, tyle że to nie nasza bajka. Nie bawią nas po prostu tego typu imprezy, ale żeby się o tym przekonać musieliśmy najwyraźniej doświadczyć tego na własnej skórze.

Zwiedzanie zakończyło się ok. 20:30, więc zostało nam jeszcze trochę wolnego czasu. Poszliśmy coś zjeść i wróciliśmy na chwilę do autokaru, bo raz, że trzeba było szampana zabrać, a dwa chcieliśmy się chwilę ogrzać, bo piździło wtedy niemiłosiernie… Oczywiście z drugiej części naszego planu, jak w tej piosence, „wyszło dno, zero, czyli nic”. Drzwi autokaru były permanentnie otwarte i, mimo próśb pasażerów, pan kierowca, z sobie wiadomych powodów, ich nie zamknął. A, że mamy zezowate szczęście, nasze fotele znajdowały się tuż przy tych otwartych tylnych drzwiach 😀

Posiedzieliśmy chwilę, palce trochę odtajały i stwierdziliśmy, że idziemy na imprezę. Zbliżając się do Bramy Brandenburskiej, spostrzegliśmy jak wielu ludzi przyjechało na tego Sylwestra! Nie wiem, czy to prawda, ale media podawały na drugi dzień informację o MILIONIE uczestników i jestem w stanie w to uwierzyć. Jednakże nie liczba ludzi a organizacja imprezy nas powaliła. Można się śmiać, ale Niemcy naprawdę wiedzą, że Ordnung must sein, no i tak było. Wszystkie przejścia, wejścia i wyjścia przemyślane i ułożone w ten sposób, że mimo iż ludzi była masa, to nigdzie nie było kolejek. Policjanci byli wyluzowani i uśmiechnięci – nie ściemniam i nie ironizuję! Często widzieliśmy ich rozmawiających z przechodniami, sami nawet pytaliśmy ich o najkrótszą drogę – świetnie radzili sobie po angielsku.

Co do samej imprezy: była bardzo ale to bardzo huczna i bogata pod względem atrakcji różnorakich. Było właściwie wszystko: jedzenie, picie, pamiątki, wesołe miasteczko, małe sceny z różnymi rodzajami muzyki i duża scena, na której odbywała się właściwa impreza. Całość oczywiście transmitowana na żywo, słowem – Berlin bawił się na całego!

W tłumie było przyjemnie ciepło i wesoło, ale to drugie to za sprawą jakichś „papierosów”, które wielu wokół nas paliło 😉

Przez scenę co chwila przewalał się jakiś inny artysta, ale ja zapamiętałam tylko dwóch, bo tylko ich znałam 😛 Pierwszym był DJ Bobo – poczułam się jakbym znowu była dzieckiem, bo to właśnie wtedy widziałam go po raz ostatni…w telewizji… Jeśli chodzi natomiast o drugą gwiazdę, to muszę się przyznać, że byłam szczęśliwa, bo akurat ich twórczość lubię. Scorpions, bo o nich mowa, zagrali jako ostatni, tuż przed fajerwerkami (tym razem były ;)) i muszę przyznać, że to był jeden z nielicznych akcentów, dzięki którym oboje wspominamy tego Sylwestra całkiem mile. Kolejnym były właśnie wspomniane fajerwerki… Odnieśliśmy wrażenie, że Berlin zrekompensował nam ubiegłoroczny Paryż 😀 Było ich tyle, że aż szyja bolała od ciągłego wygięcia w górę.

Nowy Rok pyzwitaliśmy więc odliczaniem po niemiecku, pijąc włoskiego szampana i słuchając noworocznych życzeń w co najmniej kilku innych językach. Na marginesie dodam, że wszyscy ludzie, których spotkaliśmy po drodze byli naprawdę radośni, uśmiechnięci i serdeczni, co dodatkowo pozytywnie nas zaskoczyło, bo wiadomo przecież, że w takim tłumie można spodziewać się chyba wszystkiego… Sylwester może i nie zapowiadał się tak ciekawie jak ten paryski, ale koniec końców byliśmy naprawdę szczęśliwi i zadowoleni – grunt, że byliśmy razem!

Drogę do autokaru znalelźliśmy szybko i bezproblemowo. Wyrobiliśmy się w czasie, jako że trzeba było zdążyć do 2:00 (to naprawdę kupa czasu). Niestety, jak to chyba na wycieczkach zorganizowanych bywa, nie każdy zdążył… Dwóch od nas pobłądziło. Jak to zrobili? Nie pytajcie. Jak to mówią: Polak potrafi! 😉 Pamiętam tylko, że pani przewodnik dzwoniła do nich kilkukrotnie i była dość mocno podenerwowana, więc ona chyba nie wspomina tego Sylwestra zbyt entuzjastycznie, ale oczywiście mogę się mylić…

Podsumowując, Sylwester w Berlinie nie był zrobiony „po naszemu”, ale nie oznacza to wcale, że źle się tam bawiliśmy. Mamy po prostu lekcję na przyszłość, żeby wiedzieć, czego unikać 😉

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s