Gorączka w autokarze, niesprawne bramki, zagubieni przy Giocondzie, policyjnie na Champs Elysees i brak ciepłej wody, czyli Sylwester w Paryżu 2010

Był słoneczny letni dzień. Bawiłam się z niespełna roczną Zuzką w jakieś gugu gaga i nagle pod kopułą zrodził mi się taki pomysł: a może by tak Sylwestry w stolicach? W końcu wytworne bale nie dla nas, na domówkę zawsze znajdzie się okazja, a imprezami w strażnicach, domach kultury i tego typu przybytkach przejadłam się już w liceum. Jakby nie patrzeć, przywitanie roku, co roku w innym mieście, brzmiało ciekawie i tak…inaczej…Rzuciłam pomysł Lubemu, a on, zbytnio się nie zastanawiając, stwierdził: pewnie! I tak oto rozpoczęła się nasza WSPÓLNA przygoda z (szeroko pojętymi) wyjazdami.

Jako, że nie mieliśmy jeszcze wypracowanego „swojego stylu” podróżowania, zdecydowaliśmy się na autokar. Zuza została w Bielsku; w końcu miała trochę ponad rok, a my opuszczaliśmy ją „tylko” na 4 dni…Pisząc o tym po blisko 5 latach, dostrzegam jak wiele zmieniło się w naszym podejściu i sposobie podróżowania, ale nie o tym teraz…

Wsiedliśmy w Bielsku w autokar i wyruszyliśmy. Kilka dni wcześniej dopadło mnie przeziębienie, a będąc już w drodze sytuacja zrobiła się naprawdę nieciekawa, żeby nie powiedzieć: beznadziejna. Wylazła mi gorączka, dostałam dreszczy i zaczęłam kaszleć. Do dziś pamiętam tę buteleczkę syropu tymiankowego, którą wypiłam jeszcze przed Gliwicami…Prawdziwego męża (nie tylko przyjaciela) też, okazuje się, poznajemy w biedzie – te cytrynowe „herbaty” z granulatu, którymi mnie poił, gdy trzęsłam się jak osika czekając na dworcu w Gliwicach na właściwy autokar, uratowały moje życie i nasz wyjazd.

W Paryżu wysiedliśmy na Concordzie i…się zaczęło. Przede wszystkim musieliśmy  się dowiedzieć, którędy i jakimi środkami komunikacji dostaniemy się do naszego hotelu, który od centrum oddalony był o, bagatela, 11 km. Znalazłam miłą panią w informacji i czym prędzej zarzuciłam ją tysiącem pytań. Niestety, jej angielski był taki jak mój francuski, a zatem nie pozostało nam nic innego jak tylko pozlepiać do kupy informacje, które nam „przekazała” w formie pisemnej na ulotce, z której  to ulotki i tak niczego nie można było wyczytać, jako, że znajdowały się tam tylko ogólne kierunki linii metra. Pozlepialiśmy te informacje tak twórczo, że zamiast wysiąść na drugiej z kolei stacji metra i tam przesiąść się do RERa, my przejechaliśmy sobie tych stacji chyba z 8 (jak zwiedzać to zwiedzać!) i wylądowaliśmy…w Indiach. To nie żart. Dzielnica, w której wysiedliśmy to były, najprościej rzecz ujmując, slumsy. Szybko zorientowaliśmy się, że to nie może być „nasza miejscówa” i czym prędzej wsiedliśmy do pociągu jadącego w kierunku, z którego przybyliśmy. I tutaj, właśnie w tym momencie, po raz pierwszy (i, jak się potem okazało, nie ostatni) zauważyliśmy, że większość bramek zwyczajnie nie działa, co w tamtym momencie było prawdziwym znakiem Boskiej Opatrzności, bo przecież nie mieliśmy już innych biletów, a trzeba było się czym prędzej ewakuować! W końcu mąż (co ja bym bez niego zrobiła!) z pomocą świeżutko zainstalowanego w telefonie GPSa połapał się, o co chodziło pani w informacji, dzięki czemu wiedział, gdzie wysiąść, a potem znowu wsiąść, żeby w końcu dostać się na naszą stację końcową, z której to już tylko pół godzinki marszem dzieliło nas od zarezerwowanego pokoju. Głodni i zmęczeni (ja nadal z gorączką), ale szczęśliwi dotarliśmy w końcu do hotelu. Rzuciliśmy plecak na łóżko i wyszliśmy zapoznać się z okolicą, a ściślej rzecz ujmując: coś zjeść. Nieopodal hotelu była budka z kebabem i pizzą. – A to niespodzianka! – pomyśleliśmy, bo kto by się spodziewał w Paryżu… Nie myśląc zbyt długo, zamówiliśmy żarełko, zjedliśmy na miejscu i wróciliśmy do pokoju – było ok. godziny 20:00. Stwierdziłam, że jeśli na drugi dzień mam być w stanie gdziekolwiek pójść, to muszę się położyć i wygrzać. Oboje uznaliśmy to za dobry pomysł, więc szybciutko się umyliśmy i zasnęliśmy jak dzieci 🙂

Następnego dnia wyruszyliśmy na podbój Paryża. Nie mieliśmy żadnego sprecyzowanego planu, typu: zwiedzamy to, to i to. Od początku było tak, i tak jest do tej pory, że jeśli gdzieś jedziemy, to robimy to po to, by poznać i doświadczyć czegoś nowego. Nie jesteśmy ani miłośnikami sztuki, ani znawcami architektury i nie czujemy potrzeby odwiedzania wszystkich, bez wyjątku, kościołów, pomników, filharmonii, czy muzeów, z którymi kojarzone są określone miejsca. Jeżeli decydujemy, że gdzieś idziemy, to robimy to dlatego, że najzwyczajniej w świecie chcemy zaspokoić swoją ciekawość i samemu zweryfikować, czy faktycznie jest się czym zachwycać. Poza tym, są to miejsca, które niewątpliwie od krótszego czy dłuższego czasu tworzą wybrane miejsce, a przecież po to m. in. tam jedziemy – żeby choć trochę poznać i odkryć to, co jeszcze nam nieznane.

I tak oto, postanowiliśmy zobaczyć Luwr. Kolejka, w której przyszło nam stać, nie wyglądała zbyt zachęcająco i nie wiadomo było, czy w ogóle uda nam się wejść, bo przecież był Sylwester, więc zamykali wcześniej, a rozłożone co kilkanaście metrów znaki z przybliżonym czasem oczekiwania na wejście do kasy niemiłosiernie krzyczały: 2 h! Postanowiliśmy jednak, że raz kozie śmierć, nie wiadomo czy i kiedy znów tu będziemy, więc czekamy. Okazało się, że na placu muzealnym czas płynie 4 razy szybciej i tym oto magicznym sposobem już po niespełna 30 minutach oczekiwania wchodziliśmy do jednego z największych muzeów świata. Mało tego – jako, że posiadaliśy wówczas jeszcze zaszczytne legitymacje studenckie, zwiedziliśmy Luwr za darmo 😀

Oczywiście, nie kręciliśmy się po całym muzeum, tylko po tych częściach, które nas interesowały, czyli tych związanych z Egiptem, Bliskim Wschodem, Grecją i Rzymem. Na naszej drodze nie mogło, rzecz jasna, zabraknąć Mona Lisy…Wszedłszy do pomieszczenia, w którym znajduje się obraz, doznałam lekkiego szoku. Tłum, dosłownie TŁUM ludzi, błyskające flesze, przepychanie, bo każdy chce zobaczyć z bliska, obraz za szybą grubości chyba 85 cm i ona…z niezmiennym niemalże niewidocznym uśmiechem, spokojna i niewzruszona. Zobaczyłam ją przez moment, cyknęłam nieostre zdjęcie (przecież nie będę się pchać – to nie koncert Metalliki!) i…zorientowałam się, że mąż mi zaginął w akcji. Chyba dopiero teraz możecie wyobrazić sobie, co tam się działo…Szukałam go ładnych parę minut, zanim w końcu mignął mi gdzieś w tym tłumie, chwyciłam go szybko pod rękę i uciekliśmy od Giocondy, która zdawała się nie zauważać całego tego zamieszania…

Gdy wyszliśmy na zewnątrz, ruszyliśmy na zwiedzania ciąg dalszy. I tym razem niezawodny okazał się GPS, dzięki któremu szybko i bez przeszkód docieraliśmy tam, gdzie chcieliśmy. I tak oto, pooglądaliśmy sobie obelisk, pokręciliśmy się w paryskim London Eye, okrążyliśmy sobie Muzeum Orsay, które nota bene już się zamykało, poszwendaliśmy się wzdłuż ulic i uliczek, kilkukrotnie przekroczyliśmy rzekę, by w końcu, póznym popołudniem dotrzeć do katedry Notre Dame. A sama katedra? Cicha, otulona półmrokiem,cichą muzyką organów i ciepłem świec, wewnątrz skromna szopka, mało ludzi i czas, żeby na chwilę usiąść i się wyciszyć, zanim znów wyruszymy na głośne i kolorowe ulice.

Po wyjściu poszliśmy do pobliskiej brasserie, żeby w końcu coś zjeść. Tutaj też musieliśmy się sprężać, bo przecież był Sylwester i każdy chciał już iść się bawić! Nie pamiętam już dokładnie, co jedliśmy (wiem, że u Mata w talerzu na pewno pływało jajko), ale najważniejsze, że to było ciepłe i sycące – tak wiele i tak niewiele, żeby poczuć, że znowu jesteśmy gotowi na kolejnych kilka godzin wędrówki. Gdy wyszliśmy było już całkiem ciemno, więc postanowiliśmy iść pomału w kierunku Pól Elizejskich, by zobaczyć je nocą. Zadziwiające, ale mnóstwo innych ludzi musiało pomyśleć dokładnie to samo, co my, bo gdy tam dotarliśmy, to nie było gdzie palca wsadzić. Magia Paryża…Miliony świateł i światełek – tych drogowych, samochodowych i choinkowych. Momentalnie zrobiło się cieplej. Szliśmy, trzymając się za ręce i planując kolejne odwiedziny tego miasta, tym razem na wiosnę lub latem, gdy nagle naszym oczom ukazał się widok pod tytułem: znajdz element, który nie pasuje do obrazka. Zamiast mijać kolorowe wystawy i uśmiechniętych ludzi, mijaliśmy uzbrojonych po zęby policjantów, którzy to rozstawieni co 5 kroków przeszukiwali przypartych do muru Murzynów. W tym miejscu zaznaczam: nie jestem idiotycznie poprawna politycznie i nie używam  określenia AFROAMERYKANIE, które to w moim odczuciu jest sztuczne, głupie i nijak nie odnosi się do czarnoskórych zamieszkujących tereny inne niż USA, a i z tym można polemizować…Wracając do wątku: zdziwieni i lekko poddenerwowani dotarliśmy do Łuku Triumfalnego na Placu Charles’a de Gaulle’a, jednakże nie było nam dane podejść zbyt blisko, gdyż policja dosłownie zabarykadowała całą ulicę. Nie zrażając się, wzięliśmy odwrót i…poszliśmy na zakupy. W końcu co ma człowiek zrobić z tymi tysiącami EURO, które wręcz nieprzyzwoicie wyglądają na koncie??? Projektanci potrzebują tych pieniędzy, żeby żyć! Wez sobie wynajmij powierzchnię sklepową na Avenue des Champs-Elysees, a potem mów, że ceny ubrań są z kosmosu! Prada, Versace, Dior, Armani – człowiek musi wyglądać 😉 Szczuplejsi o parę groszy, udaliśmy się w kierunku tej, która za dnia już kilkukrotnie do nas mrugała i zapraszała, by przyjść i podziwiać ją z bliska. Mrugała w tym przypadku nie było żadną metaforą – Wieża Eiflla, bo o niej mowa, cała była przystrojona małymi okrągłymi światełkami, które władze miasta „odpalały” co kilkadziesiąt minut , dzięki czemu wyglądała, jakby tańczyły na niej tysiące małych iskierek. Nawet za dnia robiło to wrażenie, a co dopiero w nocy! Pod wieżą byliśmy parę minut po 23:00. Bardzo wielu ludzi, widząc, że tam właśnie mamy zamiar świętować Nowy Rok, przyłączyło się do nas, udając, że oni niby też przyszli tu z takim zamiarem… 😉 Przed oczyma miałam te cudowny widok, tę grę świateł i kolorów na nocnym paryskim niebie, kiedy to po skończonym wspólnym odliczaniu, tysiące fajerwerków spadną nam na głowy niczym gwiazdy z nieba…Szczęściem pijani, z pochwyconym skostniałą dłonią szampanem, czekaliśmy. Czekaliśmy, a z nami czekały tysiące…

3…2…1… i…światełka na Wieży Eiffla…

Noż kur.., serio?! Te same, które widzieliśmy dziś trzynaście tysięcy razy? Tak, te same. Ale zaczekaj, może mają jakieś mały poślizg, może odpalą za minutkę, daj spokój przecież to Paryż, Wieża Eiffla, wszyscy przyszli tu na fajerwerki…No niestety, przyszli i poszli. Fajerwerków nie było, zostaliśmy po mistrzowsku strollowani i to w pierwszej minucie Nowego 2011 Roku! Brawo Władze Paryża, czy kto tam był za to odpowiedzialny…

Czy byliśmy BARDZO rozczarowani? Oczywiście, że nie 🙂 Przecież to nie o fajerwerki chodziło, tylko o tą chwilę, ten moment, to na co czekaliśmy, to po co tu przyjechaliśmy. Były światełka i było cudownie. Szkoda tylko, że droga powrotna do hotelu okazała się mniej cudowna…

Gdy dotarliśmy do stacji metra, okazało się, że transport publiczny NIE KURSUJE! Co?! Ale jak to? Przecież my mamy 11 km do hotelu, jest pierwsza w nocy, jest zimno i chce nam się spać! Sorry, no to trzeba było zostać w Bielsku i oglądać sobie telewizję pod pierzynką, a nie…zachciało się dupę wozić po wielkim mieście.

Nie minęły 3 minuty, pociąg podjechał, potem drugi i trzeci i w końcu nam też udało się wsiąść 😀 Cudownie! Wysiedliśmy, jak zwykle, dwie stacje dalej, szczęśliwi, że już niebawem będziemy w pokoju i w tym momencie jakby nam kto kubeł zimnej wody na łby wylał…Transport, owszem, był, tyle że ze ścisłego centrum i koniec. RER, którym mieliśmy się dostać na naszą St. Denis miał przyjechać za dwie godziny…Ok, nie było wyjścia, musieliśmy czekać. Przeczekaliśmy. W końcu przyjechał. Władowaliśmy się i siedzimy. W pewnym momencie wokół nas krzyki, przepychanki, pijana (prawdopodobnie też naćpana), agresywna młodzież, chłopak z dziewczyną zamykają się w kiblu tuż obok naszych siedzeń, wychodzą po 5 minutach, on zapina rozporek…Nie umiem słowami wyrazić uczucia, które wówczas mną zawładnęło…Na marginesie dodam tylko, że byliśmy jedynymi białymi w przedziale, co działało na mnie dodatkowo stresująco…Cudem udało się dojechać na naszą stację. Wysiadamy, a tam co? Pociąg stoi, nie pojedzie dalej. Kolumna policjantów z pistoletami i tarczami wpada do środka, żeby zrobić porządek… Jeszcze „tylko” pół godziny pieszo i będziemy. Na ulicy względny spokój, mało ludzi, kilku narkomanów w przejściu podziemnym. Idziemy. Po prawej mijamy znajomą pralnię – już blisko. Wpadamy na chodnik. Teraz już pół kilometra prosto i będziemy. Jeszcze nie koniec niespodzianek. Po lewej, na ulicy mijamy spalony samochód. Sylwester pełen wrażeń…Wpadamy do pokoju, zmarznięci, ale szczęśliwi – długo będziemy pamiętać tę noc. Okazuje się, że dłużej niż moglibyśmy przypuszczać…Wpadam do łazienki, na widok wanny oczy robią mi się dwa razy większe, serce w piersi mi rośnie, zapominam o Bożym świecie, odkręcam wodę. Leci. Zimna. Lodowata. – Czwarta rano – myślę, pewnie musi chwilę polecieć zanim się nagrzeje. Leci, leci i nic. Nawet nie letnia. Dzwonię na recepcję. Cichutkie, zaakcentowane po francusku: Hello? Mówię, że problem, bo wody ciepłej nie ma, na co pani grzecznie mi tłumaczy, że awaria i, że MOŻE ciepła woda będzie rano…W tej sytuacji pozostało nam już tylko się śmiać…

W Nowy Rok, wstawszy rano z łóżka, pierwszy kroki naturalnie skierowałam do łazienki. Załatwiwszy naglącą potrzebę, postanowiłam sprawdzić co z tą wodą… Była! Nie tracąc czasu na zbędne myślenie, wskoczyłam do wanny niczym zając do nory i wygrzałam się za wszystkie czasy. Lepiej wspominam tylko kąpiel po Skandynawii i Sudetach, ale o tym w kolejnych postach.

Ostatniego dnia naszego pobytu we Francji, postanowiliśmy raz jeszcze udać się pod wieżę Eiffla, ale tym razem przyjrzeć się jej z bliska, z dołu, z góry, słowem – z każdej możliwej strony. Już będąc w kolejce dowiedzieliśmy się, że na samą górę nas nie wpuszczą, bo warunki atmosferyczne nie pozwalają…No ok, przeżyjemy. Dwaj panowie, którzy stali przed nami najpewniej bardzo zmarzli, gdyż postanowili w niezwykle emocjonalny sposób ogrzać się nawzajem…W końcu zaczęliśmy wspinać się w górę. Dopiero wtedy dowiedziałam się, że na (jeśli dobrze pamiętam) pierwszym piętrze jest lodowisko, z kolorowymi światłami, muzyką i takimi tam bajerami. Jak człowiek ma ochotę to może sobie też coś zjeść i się napić. Ale my nie mieliśmy ochoty. Przyszliśmy tam, żeby pożegnać się z miastem, żeby spojrzeć na nie z góry i…z bliska przyjrzeć się spektakularnym światełkom 😉 Nasz trud został uhonorowany ostatnim pokazem, specjalnie dla nas… Dotknęłam tych pieprzonych światełek i mogłam spokojnie wracać do domu. Zanim jednak to nastąpiło, zdążyliśmy jeszcze ostatni raz powłóczyć się po ulicach, doszliśmy na Plac Inwalidów i ubiliśmy interes życia – pod wieżą stało mnóstwo handlarzy wszelkiej maści. Jedni piekli kasztany, inni sprzedawali podświetlane miniaturki W. Eiffla. – Fajna pamiątka – pomyślałam. Podchodzę do jednego ze sprzedawców, który jak mantrę powtarzał: łanero łanero łanero z szybkością Scattmana, i pytam po ile te średnie, bo wiedziałam, że na pewno nie za 1 €. Mówi, że po 4. Odpowiadam, że chcę 3 i płacę 10 €. Nie wiem, czy matematyka go przerosła, czy po prostu bez zbędnego targowania przyjął, że lepszy taki zarobek niż żaden, ale wziął dyszkę, spakował 3 wieże i na koniec jeszcze ładnie się uśmiechnął.

I tym oto optymistycznym akcentem kończę mój pierwszy post. Wyjechaliśmy z Paryża ze łzą w oku, ale mieliśmy tu do kogo wracać, więc koniec końców byliśmy szczęśliwi.

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s